"Mity greckie" - Robert Graves. Część VI (E) "Potop: Bogini Wilczyca, Deukalionowy golem oraz przekleństwo Stezichorosa".



"Pięć Wieków Ludzkości: Odwieczna walka Dobra ze Złem;  Pościg za kobietą, oblubienicą Synów Bożych i jej potomstwem;  Bunt dzieci Matki Ziemi -- Tytanomachia, Gigantomachia i Tyfonomachia;  Trzy próby zniszczenia ludzkości przez pogańskich bogów i cudowne ocalenie ludzi przez pół-boga, który własną śmiercią zapłacił za niesioną pomoc.  Potop -- ostateczna rozgrywka z rodzajem ludzkim?".



(E)



Meandrami ścieżek kroczę, opisując sobie i Wam, niezwykłą opowieść pt: "Potop", układając drobne elementy większej całości, którą być może nikt tak do końca nie złoży. Poprzez Indie, Mezopotamię, Izrael i Afrykę, zahaczając myślami o ludy Azji oraz obu Ameryk, których bogactwo mitów nie pozwala zmieścić wszystkiego, dochodzę w końcu do punktu wyjścia, do rozstajnych dróg historii, kolebki Zachodniej Cywilizacji, demokracji oraz wolności, skundlonych w naszych czasach przez: władzę świecką i duchową oraz pieniądz. Gdzieś w tym wielkim worze, bez wątpienia, spoczywa klucz do prawdy o nas samych, lecz cóż więcej można osiągnąć, nie znając go, aniżeli porównując dostępne ogółowi teksty, zadawać niewygodne dla "niektórych" pytania? Tyle przecież mamy prawo zrobić, czyż nie?


Wszystko to może być tylko czczą gadaniną, jałową spekulacją, zdaję sobie z tego sprawę, ale przecież nie o to chodzi, aby zawsze mieć rację, lecz aby szukać, dziwić się i nie poprzestawać na tym, co znane, obiegowe, utarte. Gdyby swego czasu pewni ludzie nie drążyli tematu położenia Ziemi względem Słońca, choć wówczas ryzykowali coś więcej, niż tylko śmieszność, być może dzisiaj bylibyśmy zmuszeni wierzyć, że Ziemia jest płaska i znajduje się w centrum wszechświata.





Jakiś czas temu zauważyłam, że wszystkie symbole onegdaj związane z kultem Bogini, w naszych czasach (mam na myśli od Średniowiecza do teraz...) przedstawia się raczej w mrocznej, negatywnej otoczce. Dzięki "Mitom Greckim" i "Białej Bogini" - R. Gravesa czy "Złotej Gałęzi - J.G. Frazera, które okazały się cennym przewodnikiem po mitologii świata (głównie odsyłając do źródeł starożytnych historyków, mitologów, poetów oraz filozofów, bo nie wierzę ślepo we wszystko co tam stoi), wiem już np. że wszystkie te węże, demony, smoki i insze wywrotowe postaci patriarchalnego porządku oraz pożerane przezeń dziewice, to relikt matriarchalnego świata, którego kapłanki wolały zginąć, aniżeli poddać się męskiej dominacji. Faktem jest także, że smok nie zawszy był symbolem zła, co najwyżej w takie szaty ubierały go duchowe władze, gdy znajdowano na terenie Europy monstrualne kości. Różni się bowiem "smok" od metafizycznego Lewiatana. Mnie samą ów mit wychowywał, stąd nie raz jeszcze zdarza mi się zadrżeć na widok serwowanych dzieciom w bajkach postaci, które w mentalności prostego ludu utożsamiane były z siłami nieczystymi, podczas gdy dzisiaj, stają się one całkiem swojskie. Np. takie wampirokłaki, za którymi nie przepadam, czyż jednak nie zawdzięczamy ich istnienie mitologii słowiańskiej i B. Stokerowi, który zafascynowany podaniami ludowymi kręgu karpackiego, przyszył złowróżebną łatkę Hrabiemu Draculi, z Vlada-Palownika, pogromcy islamu, czyniąc wynaturzoną bestię, chłepczącą krew wiadrami? Toż to ten sam mechanizm, który w Średniowieczu ubrał węża i dinozaura w smoka zionącego siarką, zaś ze zbuntowanych kapłanek uczynił biedne dziewice rzucone bestii na pożarcie. Zabawne w tym wszystkim jest to, moi drodzy, że dzisiaj jakoś nikogo nie dziwią, ani nie bulwersują, paleontologiczne znaleziska leżące w muzealnych gablotach, wręcz przeciwnie, uczą one kolejne pokolenia o potężniejszych niż rodzaj ludzki właścicielach Ziemi sprzed milionów lat. Śmiem nawet twierdzić, że patrząc na skamieliny możemy dowiedzieć się więcej o swoim przyszłym losie, aniżeli ze wszystkich świętych ksiąg razem wziętych. One to, jak nic innego, uczą prawdziwej pokory.


W czasach "matriarchatu"
W dobie "patriarchatu"

Podobnie sam księżyc i tańczące w jego blasku kobiety - czyż może być coś mniej szkodliwego? - zwykło nazywać się czarownicami, wiedźmami (jak gdyby słowo "wiedźma" było jakimś plugastwem; a znaczy tyle co "wiedząca kobieta"), ba, czcicielkami Szatana, z czarnego kota czyniąc demonicznego chowańca a z atrybutów Cór Bogini, jak i z samej liczby - 13 - liczbę pechową, pomimo iż przez długi czas tyle panowało na świecie miesięcy, zaś o pechu mógł mówić jedynie stary Święty Król, którego korona spadała każdej zimy, by mógł odrodzić się na Wiosnę jako młody bóg (swoją drogą ten właśnie mit kryje się pod dogmatem Chrześcijaństwa). A czy jabłko z drzewa poznania Dobra i Zła, nie obarczyło kobiety grzechem pierworodnym, pomimo iż sam ów mit pokazuje dobitnie, jakim typem człowieka była pierwsza kobieta i jakie mogą być wszystkie jej córki, a więc: mądra, ciekawa świata, kierująca się pragnieniem poznania co jest słuszne, a co nie? Przecież to ona, zaszczepiła tę ciekawość w mężczyźnie, który najchętniej, pozostałby w błogiej nieświadomości, co też czyni całej ludzkości od tysięcy lat, ucząc wyłącznie posłuszeństwa, spolegliwości, tępoty umysłowej, zwalczając w niektórych kulturach kobietę - jako symbol, właśnie za tę jej "ciekawość", niczym najgorsze zło.


I tak ze wszystkim, co kiedykolwiek, miało jakikolwiek związek z Nią... z zapomnianą Matką Wszystkich Bogów. Podkreślam jednak: Moje rozważania nad Matriarchatem nie mają żadnego ukrytego przesłania. Nie wyznaję żadnego kultu politeistycznego, wicca czy innego okultyzmu. Zajmuje mnie ta tematyka wyłącznie na podłożu archeologii-antropologii czy mitologii.



Hekate  by  Genevieve Amelia  ©


Podobnie jak "Potop" w innych mitologiach, także grecka jego wersja jest następstwem gniewu najwyższego boga: Zeusa. Trudno jednak, gdy zna się poboczne wątki tego mitu, oprzeć się wrażeniu, że ktoś maczał swoje brudne paluchy w wykładni, dopasowując w sobie tylko znanym celu, pewne detale do nowego paradygmatu świata. W obiegowej wersji rzecz dotyczy pewnego śmiertelnika, o imieniu Likaon (syn Pelasgosa,  król Arkadii*), który niczym Syzyf, był w łaskach Olimpian i z tej racji też, Zeus - w przebraniu żebraka - miał udać się do jego pałacu, by wraz z nim i jego synami (a miał ich według różnych relacji albo 50, albo co bardziej prawdopodobne -- 22) spożyć wieczerzę. Chciał w ten sposób przekonać się o słuszności pogłosek, iż Likaon i jego rodzina, prowadzą się w niemoralny sposób. Przewrotny Likaon miał jednak nosa do Olimpian. Wystawiając boga na próbę, podał mu własnego syna w potrawce do zjedzenia, Zeus jednak od razu przejrzał podstęp i wściekły zaczął ciskać gromami. Trudno mu się dziwić -- wszak kanibalizm to odrażający zwyczaj!


Także i tutaj, istnieją dwie różne wersje wydarzeń. Jedna zakłada, że pioruny Zeusa pozabijały wszystkich biesiadników i tylko najmłodszy syn, rzekomo za sprawą błagania Gai, został ocalony, czy raczej - wskrzeszony, gdyż to on znajdował się bidula na półmisku. Druga wersja mówi jednak o przemianie Likaona i jego synów w wilki. Jest najbardziej znana, ja jednak przedstawię wam inne źródła. Nie mnie rozstrzygać, która wersja jest prawdziwa. Sami musicie osądzić w sercu i kierując się logiką (ale bądźcie przy tym ostrożni, bo nie wszystko, co wiąże się z religią jest święte i nie wszystko absurdalne co ma wytłumaczenie wyłącznie w kwestii ducha).


Może tego nie wiecie, ale jednym z przydomków Zeusowego syna - Apolla, było miano Lykios / Lykeios. Pisałam o nim więcej w odrębnej części -- *TUTAJ* i tak też był postrzegany ów "młody bóg" w Pn-Europie oraz w Pn-częściach Grecji. Z kolei sam Zeus, miał ponoć na swym koncie, niechlubne obrzędy ku swej czci, właśnie w Arkadii*, podczas których dopuszczano się kanibalizmu.


Przed nastaniem olimpijskich choleryków ze skłonnością do pożerania własnych dzieci (czy nie dziwi iż 2 tyś. lat temu o tego rodzaju praktyki posądzano zarówno wyznawców judaizmu jak i chrześcijaństwa?), na ziemiach tych czczono powszechnie boginię księżyca - Hekate, której symbolem była właśnie -- wilczyca.


A dokładnie... biała wilczyca, która za panowania Oresteusza, syna Deukaliona (greckiego Noego), powiła winną latorośl*. Wg. informacji, do których dotarł Graves, jest to - skądinąd - prawdopodobnie najstarszy mit o pojawieniu się wina na świecie. Według niego także, przypisanie kultowi wilczycy, winy za "Potop", jest oczerniającą ów kult, jak wiele innych, przeróbką, gdyż -- jakże dogodnie -- jeden z występnych synów Likaona, również nosił imię Oresteusz. Średniowiecznym mitografom, bardzo łatwo przyszło zlać w całość podobne nazwy i imiona, obarczając pre-olimpijskie kulty Grecji, odpowiedzialnością za znacznie późniejsze wybryki patriarchalnych bożków, dla których od południa do północy, cechą znamienną było składanie dzieci w ofierze, jak i pożeranie swoich przeciwników. Czyż nie dzieje się tak po dziś dzień, np. w krajach afrykańskich i muzułmańskich? Ale abstrahując od tego wszystkiego, czyż najlepszym dowodem, przemawiającym za fałszywym oskarżeniem bogini wilczycy, nie jest to, iż Wilczyca od dawien dawna jest symbolem troskliwej matki i ofiarnej Przywódczyni / Opiekunki stada, podczas gdy wyłącznie w kręgu patriarchalnym, krąży jej zgoła odmienny wizerunek, jako dzikiej bestii, nieznającej umiaru w zabijaniu?





Przypomnijmy sobie, choćby słynną wilczycę, która wykarmiła porzucone bliźnięta Romulusa i Remusa, założycieli Rzymu, a przez to, stała się godłem największego w dziejach świata imperium. Owszem, wilczyca jest ambiwalentnym zwierzęciem, w czasach pokoju karmi własną piersią jak matka, w czasie wojny, straszliwy z niej przeciwnik, lecz należy pamiętać, że wilczyca zawsze bije się w imię pokoju, o którym współcześni ludzie zapomnieli. Współczesne wojny, sterowane przez żądnych władzy i pieniądza mężczyzn, nie wybuchają w obronie tego co słuszne, w imię pokoju, bezpieczeństwa obywateli, przyszłych pokoleń; toczą się zaś o smolisty pieniądz w imieniu którego, cierpią miliony.


Wilczyca - była dla starożytnych (aż po nasze czasy wśród rdzennych mieszkańców Ameryki Pn), potężnym symbolem zwierzęcym, totemicznym, chtonicznym. Jest to bowiem zwierzę odważne, lecz i nad wyraz ostrożne. Lojalne względem swoich, nie poluje w pojedynkę, wie co to współpraca a więzi rodzinne są u niego najsilniejsze. Nie pożera także, wzorem patriarchalnych zdobywców Ziemi, więcej, niż jest mu potrzeba, niczego nie marnuje, wręcz przeciwnie, odkłada na gorsze czasy, by wykarmić swe potomstwo.


Podobnie jak pies, tak też i wilk bywa przedstawiany w podaniach ludowych, jako przewodnik dusz i choć tyle samo w nim dobra co zła, to właśnie to połączenie elementów czyni to zwierzę odmiennym od wizji średniowiecznych kronikarzy. Mam na myśli wszystkie te średniowieczne bajki o człowieku przemieniającym się w wilka podczas pełni księżyca, skądś w końcu to musiało się wziąć. Według mojej opinii, makabryczne praktyki pierwszych patriarchalnych przywódców Grecji, były nie do zniesienia nawet dla ich własnych potomków, należało więc zepchnąć na margines to, co złe, o czym tak łatwo ludność nie mogła zapomnieć, wmawiając im, że owe ekscesy należały do Starego Świata, starego porządku.


Synem, którego jakże w wielu mitologiach świata, ojciec miał złożyć w ofierze bogu w formie najwyższego dlań zaufania, był nie kto inny jak sam Apollo (w mitologii hebrajskiej mamy Izaaka), dziwne bowiem by było, gdyby błagania Gai o jego uratowanie, przyczyniły się później do jej znienawidzenia i obarczenia winą za tę zbrodnię. Takoż i sam Apollo nie ubierał by się później w wilcze szaty, podróżując do Hiperborejczyków, gdzieś w kręgu karpackim, gdyby symbol wilka był plugawy. Mogę tylko zachodzić w głowę czy pod wierzchnią warstwą tego mitu nie kryje się jakieś realne zdarzenie, jak np. wielka rzeź wyznawców Szarej Bogini lub bogini Hekate i jej wilczego stada? Zbyt wiele bowiem nazw, symboli przejął patriarchalizm, pisząc na nowo grecką mitologię. Mam na myśli w szczególności Chrześcijaństwo na terenie Europy.

Szczyt Parnas (grecki odpowiednik góry Ararat?)


Parnas przede wszystkim był miejscem uciech greckich bogów, szczególnie Apolla i jego Dziesięciu Muz. U podnóża tej góry zbudowano wszak najsłynniejszą świątynię (Delfy), w której wieszczyła Pytia... (dawniej kapłanka Szarej Bogini, strażniczka świętego węża - Pytona)

Do "Potopu" jednak doszło, to nie ulega wątpliwości, zbyt wiele bowiem o nim relacji w mitach z czterech stron świata. Także i tym razem, ludzkość zawdzięcza swe ocalenie krnąbrnemu mieszkańcowi nieba -- dokładniej rzecz biorąc, tytanowi Prometeuszowi. Podarowanie ludziom ognia to zaledwie jedna z jego mniejszych zasług. Wg. mnie trzeba było czegoś więcej, aby Zeus skazał nieśmiertelnego z dawnych dni, na męki w górach Kaukazu (skąd też wywodzi się cała Rasa Białych Ludzi = White Caucasian).


Prometeusz ośmielił się bowiem ostrzec swego śmiertelnego syna, Deukaliona (swoją drogą króla Ftyi), aby zbudował specjalną arkę i zaopatrzył się w odpowiedni zapas jedzenia i picia, następnie wraz z żoną Pyrrą, schronił się w niej. Kiedy wody zalały cały świat, arka płynęła jeszcze przez 9 dni, aż utknęła na górze Parnas (inne źródła podają, że była to: Etna, Atos czy Otys w Tesalii). Deukalion, na wzór Noego, upewnił się po tym czasie, że wody opadły, wysyłając ... gołębia na zwiady. I znowuż, jak we wcześniejszych mitach, ocalały cudem (za sprawą niebiańskiego zdrajcy) człowiek, zostaje ochrzczony mianem "odrośli", nasieniem rodzaju ludzkiego.

Ciekawostką, tak mi się przynajmniej wydaje, są źródła, które łączą Deukaliona ze słynną Ariadną (z Krety Minojskiej... czyżby był jej bratem? Cóż więc stało się z nią samą?), przez co zwano go "żeglarzem nowego wina" (od: "deukos" i "halieus"). Arka, którą płynął Deukalion, została za to nazwana "łodzią księżycową". Według starszego, mezopotamskiego mitu, łódź tę miała zesłać wybrańcowi bogów, bogini Isztar (Star = Gwiazda), która w kręgu greckim, nosiła miano -- Pyrra. Cóż za zbieg okoliczności, nie sądzicie? A jeszcze pikantniejszym wydaje mi się szczegół, iż "pyrrha" znaczy "ogniście czerwona" i od starożytności był to przymiotnik stosowany wobec ... wina. Kto jak kto, ale sami przyznacie, że nikt tak nie podkradał matriarchalnych symboli i nazw / imion, jak wyrodny syn Bogini, "patriarchalizm".

Inna ciekawostka jest taka, iż na Parnasie odnaleziono liczne artefakty związane z kultem bożka Pana, a więc kultem płodności, ekstatycznym, podczas którego nie szczędzono .... wina.

Bogini (tytanka) Temida
Ale wracając do meritum... Po szczęśliwym wylądowaniu, Deukalion wraz ze swą "boską" małżonką, złożyli ofiarę Zeusowi (co samo w sobie tchnie fałszem, jako iż ostrzegł ich przecież Prometeusz, ojciec Deukaliona, sponiewierany potem przez tegoż Zeusa... no więc jak to? Deukalion miałby składać dzięki swemu oprawcy?), tak jednak zapisano i widać przez ost. 3 tyś. lat nikt nie kwapił się, aby ów lapsus poprawić. W końcu czyż Zeus nie stał się potem głównym bogiem Rzymu (Jowisz), dzięki czemu Europie łatwiej było uwierzyć w Jahwe?


Jednak w tym momencie pojawia się kolejny problem. Deukalion i Pyrra mieli już swoje lata (niczym Abram i Sarai). Prosili więc w swej modlitwie o ponowne zrodzenie ludzkości i jak głosi jedna z wersji mitu, Zeus nie chciał na to przystać. No to jak w końcu było z tą "tęczą pokoju"? Dopiero w późniejszych wiekach skorygowano ów błąd, tymczasem na ratunek ludziom, po raz kolejny, ruszyła wysłanniczka Bogini, tytanka Temida (Sprawiedliwość) = która bynajmniej, wcale nie była ślepa na krzywdę ludzką. Nakazała ocalałym okryć głowy jakimś suknem i idąc przed siebie, rzucać przez ramię na ziemię "kości swej matki". Deukalion wraz z Pyrrą, wnet pojęli, że nie o dosłowne "kości" tutaj chodzi, lecz jest to metafora. Tak jak Ziemia jest ich matką, tak jej kośćmi były... kamienie / glina.

"W dolinę schodzą oboje, zakrywają głowy
I rozpasują szaty. Krok za krokiem
Te nakazane kamienie za siebie
Rzucają. Głazy zaś, któż by uwierzył,
Gdyby czas o tym nie świadczył pradawny? --
Zaraz z twardości się drętwej wyzuwać
Poczęły. Mięknąc powolutku, brały
Kształt, a żyźniejszą też naturę w miarę
Jak rosły; zarys dał się widzieć ludzkiej
Postaci, rzekłbyś: wykute w marmurze,
Lecz dłutem jeszcze nie dosyć gładzone
I niewytworne posągi. Co było
W głazach wilgotne, ziemiste, to w ciało
Zmienia się, sztywne zaś, mocniejsze części
W kości; co żyłą jest w kamieniu, w ciele
Żyłą zostało. Tak w niedługiej porze,
Jak bogi chciały, głazy z męskiej ręki
Przybrały postać mężów, a z kamieni,
Które niewieścia dłoń wonczas rzucała,
Kobiety były na nowo stworzone.
Z onej przyczyny jesteśmy ród twardy

I zaprawiony do trudu. Dajemy
Świadectwo temu, z czegośmy powstali".

-- Z. Kubiak, "Mitologia Greków i Rzymian" (Świat Książki, W-wa 1997); str. 127-28


A zatem... "... z prochu powstałeś...", czy nie tak to leciało? W Biblii zresztą czyni się więcej aluzji do tej legendy, wiążąc ją z czasami Abrahama (a kto wie, może i z nim samym? W końcu czyż to nie on, na rozkaz swego Boga, głosu z nieba, zabrał całą rodzinę wraz z dobytkiem i ruszył w nieznane? I czy to nie on, aby zadowolić swego Boga, gotów był złożyć w ofierze Izaaka - a jak twierdzą pewne apokryfy, tak w rzeczy samej uczynił? - i czy w końcu nie on stał się pra-ojcem wszystkich późniejszych szczepów ludzkości?). Szczególnie w NT po wielokroć padają słowa nawiązujące do tego mitu, widać dobrze znanego Ojcom Kościoła, którzy w IV-V w. n.e. spisywali Ewangelie.  Kto nie wierzy, niech zajrzy do św. Mateusza 3, 9 lub św. Łukasza 3, 8 -- oczywiście obydwa źródła nakierowują sprytnie czytelnika na "przyszłość", nas zaś interesuje "przeszłość". Intrygujące w tym jest jednak to, iż twórcom NT w ogóle przyszło do głowy takie porównanie... i dlaczego akurat powiązali je z Abrahamem?? Może dlatego...?

Zarówno w Genesis, jak i w Kabale (ale i w mitach Sumeru i Babilonu), mowa jest o tzw. "golemie", czyli człowieku ulepionym z gliny przez Czarnoksiężnika albo inny byt posiadający wielką moc. Jakby nie tłumaczyć sobie tej bajeczki, znaczące jest w jak wielkim stopniu człowiek składa się z wody i węgla. Znawcom biologii i chemii, na pewno o wiele łatwiej powiązać istotę ludzką z Matką Ziemią, niż najsprytniejszym nawet mitotwórcom i ludziom z wybujałą wyobraźnią (zwłaszcza sprzed tysięcy lat).


Fryksos i Helle

Według mitów greckich, tyle że z różnych źródeł, nie tylko Deukalion uniknął śmierci. Jest to bardzo ciekawa koncepcja, gdy ma się w pamięci powtarzające się od mitologii indyjskiej po sumeryjską, wzmianki o tzw. Siedmiu Mędrcach*, którzy mieli wyjść na suchy ląd z arki wraz z ocalonym człowiekiem (jednym z nich był - Solon). Przeżył zatem niejaki Megareus (syn Zeusa = istny nepotyzm, czyż nie?), który słysząc krzyk żurawi (symbol długiego życia i nieśmiertelności), schronił się na górze Gerania. Hm... A także niejaki Kerambos z Pelionu, którego służki Bogini Matki (nimfy) przemieniły w skarabeusza i tak doleciał na szczyt Parnasu, ratując swe życie. Ciekawa wariacja, gdyż w starożytnym Egipcie, owad ten był symbolem nieśmiertelności, jako iż doskonale radzi on sobie podczas wylewów Nilu. Sam faraon miał przemieniać się weń, wchodząc do łodzi -- tzw. słonecznej (b)arki i stąd też, najprawdopodobniej, mit ów przywędrował do Grecji.


Graje (Służki Bogini)

Wg. Arystotelesa (w: "Meteorologica"), "Potop Deukalionowy" wydarzył się w starożytnej Grecji (Graikia), czyli zanim podbił ją patriarchalizm, w okolicy rzeki Dodony i Acheloos. Już samo wspomnienie o Graikii jest znaczące, gdyż nazwa ta oznacza ("Graikoi") -- "czcicieli Staruchy", ergo -- Bogini Ziemi (Grai / Gai / Szarej Bogini). Stąd też narodził się kult Grai (służek-wyroczni Bogini, pisałam o nich przy okazji tekstu -- TUTAJ).


Były to młode, jasnolice z wyglądu niewiasty o postawie łabędzia (= łabędź w kulturze celtyckiej jest symbolem Bogini), lecz o siwych, starczych włosach i wszystkie trzy (bo tyle ich było, zupełnie jak osób w Św. Trójcy), miały jedno, wspólne oko ("oko wieszczące", którym wymieniały się co rusz, przepowiadając inną część przyszłości; Oko Boga w Chrześcijaństwie?). W całym matriarchalnym świecie, uosabiały moc Trój-Bogini, co też odnaleźć można na wielu przedstawieniach: młódki, kobiety ciężarnej-dojrzałej i staruchy. Według Arystotelesa, tak właśnie Achajowie dotarli na Peloponez z Bliskiego Wschodu, uciekając przed silnymi deszczami, wielką powodzią. Kwestią czasu było, kiedy rodzimy kult Grai, przegra z nowym, patriarchalnym kultem Helle.


W tym miejscu powinnam napisać parę słów o mitycznej Atlantydzie, jednak ze względu na obszerność tematu, poświęcę temu zagadnieniu osobną notkę. Muszę jednak odnieść się do owej Helle, tej samej, której imię po dziś dzień opiewa wody Hellespontu. Widzicie... Także i tutaj, patriarchalizm olimpijski posłużył się kobiecym mianem, by łatwiej zakorzenić się w mentalności ludzkiej. Obiegowa wiedza uczy nas, że Hellen ("praprzodek" wszystkich Greków), był synem Deukaliona, tymczasem jego imię dowodzi, że wręcz przeciwnie, był królewskim zastępcą kapłanki Helle = kapłanki b. księżyca, czyli mitycznej Heleny lub Selene (wg. rzymskiego opisu). Sam Pauzaniasz, twierdzi, że pierwsze plemię, które zwało się Hellenami, przybyło z Tesalii, gdzie czczono właśnie Helle. Nie od razu wszak najeźdźcy z Tyru i Sydonu, pozbyli się pierwiastka żeńskiego z panteonu. Czyniono to stopniowo, z pokolenia na pokolenie, odbierając po trochu wpływy bogiń na rzecz ich boskich małżonków. Najwyższe kapłanki stopniowo stawały się wyłącznie narzędziem w rękach ich męskich (dawnych) służących. W ten sposób, jak donosi Pauzaniasz, księżycowa bogini Helle ustąpiła miejsca słonecznemu kultowi Zeusa. Mam uwierzyć, że stało się to "bezboleśnie"? Dlaczego zatem wszystko, co związane z tamtymi czasami jak i same kapłanki-Bogini, ubierane są w parszywe szaty? Jeden z najstarszych mitów podaje, że Helle, miała sama jako Stworzycielka złożyć kosmiczne jajo z próżni (tutaj ma miejsce nawiązanie do mitologii egipskiej),  po spółkowaniu z Ofionem, a potem, wysiadując je na bezmiarze wód, przybrać postać gołębicy.


Z kolei Helena (przydomek bogini księżyca), najwięcej świątyń miała na Sparcie i związana była...  z kultem drzew. Jedno ze spartańskich świąt, Helenoforia (odpowiednik ateńskich Tesmoforiów na cześć b. Ateny), należało do głównych obchodów jej imienia. Bez zagłębiania się w detale, powiem tylko tyle, że liczne emblematy falliczne - była ona bowiem na wzór kultu bożka Pana - boginią orgiastyczną, b. płodności - obnoszone były w specjalnym koszyku zwanym helene, po wszystkich osadach. Dziwne jest zatem, że tradycyjna wykładnia dziejów Grecji milczy o tym, tworząc sztuczne postacie i przydomki (Patrz: Lukian, "Dialogi bogów"; Hyginus, "Fabulae" czy Eurypides, "Fenicjanki").

Na koniec więc, zasadnym staje się pytanie: Czy kiedykolwiek prawdziwa kobieta z krwi i kości, przybyła do Troi, z własnej lub nie, woli? Niejaki Stezichoros, poeta sycylijski z VI w . n.e. , który śmiał oczerniać Helenę, wyzywając ją od nikczemnych, rozpustnych kobiet, tuż po tym stracił wzrok. Można się kłócić, co było tego przyczyną, jedno jednak zachowało się w źródłach, iż odzyskał go momentalnie, gdy przyznał się do swego błędu publicznie, ogłaszając, iż: "Prawdziwa jest ta opowieść: nigdy nie wstąpiłaś (Heleno) na okręty o licznej załodze i nie przybyłaś pod wieże Troi".


"Ty jesteś tylko Mądrością" Adam Mickiewicz

Czyż nie jest tak, że my - kobiety - od niezliczonych pokoleń stale jesteśmy odsuwane w cień, odmawia się nam prawa do mądrości, zamyka drzwi przed prawdą, która wcale nie jest tak spolaryzowana, jakby tego chcieli kapłani-mężczyźni? Jeśli ich celem walka ze Złem, to dlaczego w największym stopniu - wciąż - skupiają się na walce z kobiecą mocą, aniżeli na ostrzeganiu ludzi przed złem islamu, czającym się za rogiem jak wąż gotowy do ukąszenia? Wg. mnie, jeśli naprawdę kapłani tropią węża-zła pośród ludzi, właśnie tam winni skierować swój wzrok, by go zdeptać.


Według mnie "Potop" miał miejsce, ale nie wierzę, że Bóg zesłał Go przeciw homo sapiens. Z samej racji, iż Absolut nie może być skończonym łajdakiem czy wyrodną suką, nie biorę takiej ewentualności w ogóle pod uwagę. Przeróbki w mitach i religiach są dziełem ludzi a jakie czasy, takie przyświecały im paradygmaty. Jedno co jest za to pewne - przynajmniej dla mnie - że dobrze się stało, że mieszkańcy przed-potopowej Ziemi zniknęli. Kanibalizm i inne zwyrodnienia, powinny być tępione a takie jest w gruncie rzeczy wszelkie tłumaczenie mitu o Potopie w różnych kulturach.

Czy i dzisiaj, musi wydarzyć się coś naprawdę złego, aby ludzkość odrodziła się do pełniejszej formy, tym razem zjednoczonej przede wszystkim pod względem płci? I kiedy to będzie, skoro żyjemy w czasie szerzącego się homoseksualizmu oraz aborcji i eutanazji - a więc negacji wszelkiej harmonii w przyrodzie, jak i wielkiej nienawiści dla wolności w każdej formie z drugiej strony, znowuż - o dziwo - uderzającej w "kobietę"? Czy dożyję dnia, kiedy żadne drzwi i żadna mądrość nie będą stały przede mną zamknięte tylko dlatego, że jestem kobietą? Tak bardzo tego pragnę, czekam na to z utęsknieniem!

________________________________

Popularne posty z tego bloga

"Ulecz się sam" - Andrzej Żak. Część II - Wolność jest jak zdrowie: uzyskuje wartość i stajemy się jej świadomi tylko wtedy, gdy ją tracimy...

Mitologia Indyjska: Mit o powstaniu świata, Bogini Matce i wojnie bogów!

"Myśli" - Seneka. Część VII