"Ludzie jako kozły ofiarne w starożytności klasycznej" - James George Frazer



"The dragonbone chair back" -- Michael Whelan



Kiedy byłam małą dziewczynką i mieszkałam w starym dworku z przełomu wieków przerobionym przez PRL na mieszkania dla wielu rodzin, w dworku otoczonym przez las, nad spokojnie płynącą rzeką, usłyszałam od jednego z dorosłych, mieszkających po sąsiedzku, pewną ciekawą opowiastkę. Na pewno część z Was dobrze ją zna, być może słyszało ją w innej formie, ale każdorazowo, z tym samym -- jak mniemam -- morałem.


Dawno, dawno temu, w pewnej wiosce żył sobie pewien niesforny młodzian. Uwielbiał psocić, nabierać ludzi, jednym słowem, czynić -- zamieszanie. W dawnych czasach zwykło się osobniki takowe ubierać w szaty dokuczliwych elfów, psotnych skrzatów czy wrednych chochlików, jak to jednak bywa z opowieściami, za każdym złym czy po prostu złośliwym uczynkiem, skrywał się przeważnie jakiś człowiek.


Pewnego razu, młodzian ów wpadł na genialny (jego zdaniem) pomysł, aby nabrać mieszkańców swojej wioski w dość spektakularny sposób. Chciał zapewne ujrzeć na ich twarzach przestrach, niczym w Prima Aprilis, zagrać sobie na ich nosie. Przypuszczam, że nie znosił zwyczajnego, spokojnego życia jakie wiedli. Wychowany na baśniach i legendach, marzył o ekscytujących przygodach, jak np. literacki bohater naszych czasów: John Carter (nawiasem mówiąc obejrzałam sobie wczoraj ów film i stwierdzić tylko mogę, że o ile w książce Edgara R. Burroughsa "Księżniczka Marsa" mnogość postaci, miejsc i wydarzeń nie raził mnie ani trochę, o tyle w filmowej adaptacji, czułam przygniatający, że się tak wyrażę, przesyt). 



Ale wracając do sedna... Zamyślił więc sobie, ów młodzian, niczym aktor dramatyczny, aby wpaść z przeraźliwym krzykiem do wioski, że jakoby zbliża się zły wilk i zaraz kogoś pożre. Jak też zamyślił, tak też uczynił... I to nie raz, gdyż ubaw miał po pachy... A za każdym razem, przerażenie mieszkańców objawiało się biegiem do domów w podskokach. Jak myślicie, skąd się wzięło powiedzenie: "Niósł wilk razy kilka, aż ponieśli wilka"

Mity, legendy, a zwłaszcza, tzw. archetypy, mitotwórcze przykłady, na których winniśmy uczyć się pewnego typu zachowań, unikając innego, przez niezliczone pokolenia towarzyszył ludzkości pod różnymi postaciami. Tak i tutaj, ów symboliczny, nieokrzesany młodzian, sprowadził w końcu to, przed czym fałszywie ostrzegał innych. Gdy bowiem z lasu naprawdę wypadł głodny wilk, musiał biedak ratować się ucieczką, lecz przyzwyczajeni do jego krzyków o pomoc mieszkańcy wioski, tym razem nie dali się nabrać i jak jeden zamknęli wszystkie drzwi na rygiel tuż przed jego nosem. Skończył, jak skończył...

"The end of nature" -- Michael Whelan


Dlaczego o tym piszę? Jak nietrudno się domyślić po tytule dzisiejszego posta, tematem przewodnim dla moich rozważań jest symboliczny "kozioł ofiarny". Sama takim byłam przez okres szkoły podstawowej, średniej a nawet na studiach, z czego dobitnie zdałam sobie sprawę na "obronie". Byłam obwiniania za wszelkie zło dziejące się wokół, miałam przeciwko sobie zarówno rówieśników, jak i grono pedagogiczne, które -- jak to kiedyś wygarnął im mój pape -- bardziej powinno (przynajmniej w POlsce) krowy paść czy rowy kopać, aniżeli mieć przystęp do dzieci. 


To Oni bowiem czynią z kolejnych, młodych i otwartych na świat, na wiedzę i wszelkie inne pasje pokoleń, bandę bezrozumnych (poza nielicznymi wyjątkami, do których, powiem nieskromnie, samą siebie zaliczam, nie zabili wszak we mnie woli i inteligencji odziedziczonej po przodkach) mrówkojadów, gnojożerców i inszych patałachów. 


To Oni ustawiają do pionu, w równiutki szereg młodocianą ciżbę, podcinając weń skrzydła ledwo ujawni się weń cień geniuszu, wyjątkowości. To Oni pilnują, aby ani jedno nie-poprawne politycznie słowo nie wymsknęło się świeżej krwi, lansując między rzędami posłusznych szympansów napisaną dekady temu i przez kolejne dyżury Kuratorium Oświaty (w rękach zaprawionych w boju Goebbelsów) doktrynę; doktrynę, podług której wszystko co prawe, normalne, święte, oparte na tradycji, należy przemienić w obciach i rzecz wstrętną. 


To Oni z jednostki, czynią -- gromadę, jak w ulu, choć nie przyświeca im pamięć o dawnych, miłujących Boginię czasach. To Oni walczą z każdym przejawem indywidualności, tak jak czyniono ze mną... Zwłaszcza gdy poznali korzenie, poznali dzieje, zwłaszcza kiedy zrozumieli, że nie pójdę wskazaną przez nich drogą. Kozłów ofiarnych, takich jakim ja byłam swego czasu i zapewne wciąż jestem dla tych, którzy dla pieniędzy i władzy zdradzili swoje korzenie, jest ci bez liku w tym smutnym kraju. Kozłów ofiarnych, którym nikt nie próbuje przyjść z pomocą, gdyż większość jak te myszy pod miotłą siedzi sobie wygodnie przed plazmowym telewizorem, chłonąc pod-progowo wysyłany wprost do ich mózgownic przekaz: "Prochem marnym jesteś i takim pozostaniesz"


"Otherland" -- Michael Whelan


Ale nie zawsze tak było... Dawniej -- mam na myśli odległą Starożytność -- w czasach, o których tylko zdawkowo piszą historycy-agenci, ludzie mieli dostęp do wyższej wiedzy, z której tyle pozostało, że choć o nią każdego dnia się potykamy, dziś ubrana w inne szaty, śmie uchodzić za coś innego. Jakże często wynaturzonego, przekombinowanego. Gdy np. bierzemy do ręki podstawowe źródła historyczne, co rusz natykamy się na "puste pola", "urwane w połowie zdania fragmenty", które spoczywają w rękach władzy -- Oni nawet nie ukrywają, że tak jest -- w największych, najlepiej zabezpieczonych ośrodkach, bibliotekach, muzeach, których żaden z was nigdy nie ujrzy na własne oczy. Nie żebyście garnęli się do tego, o nie, skutecznie stłumiono w ludziach gen-ciekawości, twierdząc z modnych reklam, że tzw. "gen jakości" znajduje się wyłącznie w arabsko-czarnej rasie. Reszta śpi, nie mając wiedzy, czym było Mohenjo Daro, czym była Harappa, że Atlantyda naprawdę istniała, a jedynym wrogiem tego, co się zbliża, jest "wiedza" sama w sobie, o tym, co minione, utracone, co znowu mają pochłonąć piaski czasu, aby mała garstka mogła rządzić po wieczność. Na to są potrzebne "kozły ofiarne", na to potrzebne są "teorie spiskowe", ażeby prosty lud, czyli 99% mieszkańców tej planety, patrzyło w... inną stronę. Podczas gdy "Oni", jak te pracowite pszczółki, robią swoje.



Wiedza moi koffani, to coś więcej niż "słowa" zapisane na zwojach czasu. To podstawowa jednostka wszelkiego życia. Jako jednostka, mogę nie znać całej prawdy o własnych korzeniach, nie znać swej matki, stale zderzając się z murem złowrogiego milczenia ze strony tych, którzy strzegą o sobie prawdy, lecz w perspektywie szerszej, jaką jest "wiedza o istnieniu w ogóle", o moim własnym rodzaju, bez znaczenia jest to co i kiedy uczynili moi przodkowie, gdyż historia zawsze się powtarza, więc ja sama, prędzej czy później, na pewno stanę przed takim samym, jak przodkowie, wyborem. 


Wiedza -- to skarb najcenniejszy. Można stracić dom, pracę, bliskich nawet ludzi, ostatnią koszulę i parę butów, lecz posiadając "dar wiedzy", a więc i dążenie przez całe życie do "mądrości", człowiek nigdy nie jest sam, lecz pokolenia bezimiennych jej poszukiwaczy, krzyczą doń poprzez eony czasu. Ja wiem, nie tylko wierzę, że pod całą tą rozgrywką jaka toczy się na naszych oczach na arenie międzynarodowej, jak i na rodzimym nam podwórku, kryje się coś więcej niż walka o mamonę i wpływy. To walka z duchem prawdy, którego zmóc nie sposób czczymi pogróżkami, kłamstwami i knowaniem. To prawda o nas samych, o tym kim jesteśmy i skąd się wywodzimy. Każdy z nas ma własną historię, lecz jako indywidualności jesteśmy w stanie na wspólnych sztandarach wznieść się ponad to wszystko, co przeżera zgnilizną cały świat. Gdybyśmy tylko chcieli... Rzecz nie w tym, aby rzucić się z bronią na żmije i skorpiony, bo to wszystko uczynić można jednego dnia. Najtrudniej jest w nas samych zniwelować: "kłamstwo", "manipulatorów", ludzi bez wartości i sumienia, którym bliższy obcy niż własna matka. Trudniej jest przebudzić w ludziach "gen ciekawości", który cały nasz rodzaj, przez millenia prowadził ku nowoczesności, a który co pewien czas, tak jak na Atlantydzie, w Mohenjo Daro czy w Bibliotece Aleksandryjskiej, komuś wydał się śmiertelnym zagrożeniem dla jego planów. 


Wiedza -- moi koffani -- z tym Oni, kimkolwiek są, walczą. Wiedza o przeszłości, o możliwościach, o nadziei, o szczęściu i sprawiedliwości Złotego Wieku, który nam odebrali... Jeśli więc potrzeba wam "kozłów ofiarnych", szukajcie głębiej niż tylko w prostych ludziach, którzy ogłupieni, czy obcych, którzy ledwo narzędziem, szukajcie owego kozła tam gdzie go nie widać, na najwyższych szczeblach. Dziś toczą między sobą boje o złoty tron, nie zdając sobie sprawy, że choć nie My rozpoczęliśmy tę wojnę, My -- ją zakończymy. Dosyć wmawiania ludziom, że "wiedza" należy się tylko wybranym. Nie do nich należą klucze do tej Opowieści, jaką jest nasze wspólne, ludzkie życie.


* * *


Tekst Jamesa G. Frazera niech będzie zarazem dopełnieniem, odniesieniem oraz częścią starożytnej wiedzy o naszych antenatach, która, taką mam nadzieję, części z was pozwoli zrozumieć, czym naprawdę był -- jest -- lub powinien być ów "kozioł ofiarny". Znalazłam ten tekst w sieci jakiś czas temu, całkiem przez przypadek. Nie roszczę sobie do niego żadnego prawa, co jedynie starałam się poprawić w nim błędy stylistyczno-ortograficzne. Dla własnej jak i waszej przyjemności czytania. A zatem, miłej i owocnej w przemyślenia, lektury...




JAMES GEORGE FRAZER
"Ludzie jako kozły ofiarne w starożytności klasycznej"




"Co roku czternastego marca prowadzono w procesji po ulicach Rzymu człowieka przybranego w skóry, bijąc go długimi, białymi prętami i wypędzając z miasta. Zwano go Mamurius Veturius, czyli starym Marsem, a ponieważ obrządek odbywał się w przeddzień pierwszej pełni księżyca w starym rzymskim nowym roku wypadającym 1 marca, człowiek w skórach widocznie przedstawiał zeszłorocznego Marsa wypędzanego z nadejściem nowego roku.


Otóż Mars był pierwotnie bogiem roślinności, a nie wojny. Do Marsa bowiem modlił się rzymski rolnik o pomyślne plony na polach i w winnicach, w sadach i lasach. Niemal wyłącznie do Marsa zwracali się kapłani kolegium Bractwa Arwalskiego, na których spoczywał obowiązek składania ofiar za pomyślny rozwój zbóż, i jak wiemy, Marsowi składano w październiku konia w ofierze, by zapewnić bogate plony. Co więcej, to właśnie Marsowi zwanemu Marsem Lasów (Mars Silvanus) składali chłopi ofiary, by zapewnić swym trzodom dobry rok. Wiemy już, że trzody były zazwyczaj pod szczególną opieką bogów drzew. Ponadto poświęcenie wiosennego miesiąca marca Marsowi zdaje się wskazywać na to, że był on bogiem pojawiającej się roślinności. 
 



Tak więc rzymski zwyczaj wypędzania na wiosnę, z początkiem nowego roku, starego Marsa jest identyczny ze słowiańskim wynoszeniem Śmierci, jeżeli właściwie  zinterpretowaliśmy ten ostatni zwyczaj. Wielu uczonych zwróciło już uwagę na podobieństwo zachodzące między rzymskim a słowiańskim zwyczajem, są jednak skłonni uważać Mamuriusa Veturiusa i odpowiadające mu postacie w obrządkach słowiańskich za przedstawicieli starego roku, a nie za dawnego boga roślinności.


Jest rzeczą możliwą, że tak interpretowali owe ceremonie nawet ludzie, którzy je w późniejszych czasach stosowali. W rzymskim jednak i słowiańskim obyczaju przedstawiciel boga występował przypuszczalnie nie tylko w postaci bóstwa roślinności, lecz również w postaci kozła ofiarnego. Wskazuje na to jego wygnanie, nie ma bowiem żadnego powodu, by boga roślinności jako takiego wypędzać z miasta.

 
Inaczej jednak przedstawia się sprawa, gdy jest on również kozłem ofiarnym; wówczas należy go wypędzić, by swoje smutne brzemię zabrał do innych krajów. I rzeczywiście, wydaje się, że Mamuriusa Veturiusa wypędzano do kraju Osków, wrogów Rzymu.

Również i starożytna Grecja znała kozły ofiarne w ludzkiej postaci. W Cheronei, rodzinnym mieście Plutarcha, tego rodzaju ceremonii dokonywał na ratuszu główny urzędnik miasta, w każdym zaś domu poszczególni gospodarze, obrządek nazywano wypędzeniem Głodu. Niewolnika bito prętami z agnus castus [1] i wyrzucano z domu ze słowami: "Uciekaj, głodzie, wchodźcie, zdrowie i bogactwo". Gdy Plutarch był najwyższym urzędnikiem w swoim rodzinnym mieście, dokonał tej ceremonii na ratuszu i później zapisał dyskusję, jaką ona wywołała.
Ad: [1] Agnus castus -- Baranek niewinny, nazwa krzewu o mocnym, aromatycznym zapachu, należącego do rodzaju Vitex z rodziny Verbenaceae, starożytni przypisywali mu własności antyafrodyzyjne, choć pobudza on raczej, niż hamuje popędy płciowe.
Ale w cywilizowanej Grecji zwyczaj poświęcania kozła ofiarnego przybrał bardziej ponure formy aniżeli niewinny obrządek, któremu przewodniczył dobroduszny i nabożny Plutarch. Gdy w Marsylii (Massalii), jednej z najludniejszych i najświetniejszych kolonii greckich, wybuchała epidemia dżumy, człowiek z pospólstwa zgłaszał się na kozła ofiarnego. Przez cały rok utrzymywany był na koszt społeczeństwa, otrzymując najlepsze i najbardziej wyszukane jedzenie. Po upływie tego czasu ubierano go w uroczyste szaty, przybierano w święte gałęzie i prowadzono przez miasto modląc się, by wszystkie niedole, jakie spotkały ludzi, spadły na jego głowę. Następnie wydalano go z miasta lub kamienowano za murami.


"Thuvia maid of Mars" -- Michael Whelan



Ateńczycy stale utrzymywali z pieniędzy publicznych wiele zwyrodniałych istot, niezdatnych do żadnej pracy. Dwoje takich wyrzutków składano w ofierze, gdy na miasto spadła jakaś klęska w postaci epidemii, posuchy czy głodu. Jedną ofiarę składano za mężczyzn, drugą za kobiety. Pierwsza ofiara miała na sobie sznur czarnych fig, druga - białych. Przypuszczalnie ofiara składana za kobiety była niekiedy kobietą. Prowadzono je przez miasto i następnie poświęcano, prawdopodobnie kamienując za murami. Ofiary tego rodzaju nie ograniczały się jedynie do wymienionych wyżej niezwykłych okazji.


Co roku podczas majowego święta Targelii wyprowadzano z Aten dwie ofiary, mężczyznę i kobietę, i kamienowano je za miastem na śmierć. Trackie miasto Abdera podlegało obrządkowi publicznego oczyszczenia raz do roku, kiedy to jeden z mieszkańców miasta, specjalnie wybrany, bywał kamienowany jako kozioł ofiarny czy też jako zastępcza ofiara za innych. Na sześć dni przed egzekucją był ekskomunikowany po to, by on jeden dźwigał grzechy wszystkich ludzi.
 

Leukadianie co roku wybierali jednego przestępcę, którego -- jako kozła ofiarnego -- zrzucali do morza ze Skoku Kochanka, białej skały znajdującej się na południowym krańcu wyspy. Po to jednak, by ulżyć jego losowi, przyczepiano do niego żywe ptaki i pióra, a na morzu czekała flotylla małych łodzi, która go wyławiała i odpływała z nim za granice kraju.


Tego, rodzaju humanitarne środki ostrożności były prawdopodobnie modyfikacją dawnego zwyczaju topienia ofiary. Obrządek leukadyjski spełniano w czasie składania ofiary Apollinowi, który miał w tym miejscu świątynię czy też sanktuarium. W innych okolicach istniał doroczny zwyczaj wrzucania młodzieńca do morza z modlitwą: "Bądź naszym wyrzutkiem"; uwalniało to ludzi od niedoli, jakie ich nawiedziły, lub też według innego tłumaczenia wybawiało spłacając dług przez nich zaciągnięty u boga morza.


U Greków zamieszkujących w szóstym wieku przed naszą erą Azję Mniejszą zwyczaj poświęcania kozła ofiarnego miał następujące formy: Gdy na miasto spadała epidemia, głód czy inne nieszczęście, wybierano brzydkiego lub kalekiego człowieka, który brał na siebie wszystkie niedole społeczności. Po zaprowadzeniu go na wyznaczone miejsce, dostawał suszone figi, bochenek jęczmiennego chleba i ser. Zjadał to wszystko, po czym uderzano go siedmiokrotnie po genitaliach morskimi cebulami i gałęziami dzikiej figi oraz innych dziko rosnących drzew, a flety przez cały czas grały pewną tradycyjną melodię. Następnie palono go na stosie zbudowanym z leśnych drzew, a popioły wrzucano do morza. Podobny obyczaj był, prawdopodobnie, przestrzegany przez azjatyckich Greków podczas żniwnych uroczystości Targelii.





W opisanym wyżej rytuale, bicie ofiary cebulą morską i gałęziami dzikiej figi nie mogło mieć na celu zwiększenia jej cierpień, gdyż w takim wypadku wystarczyłby zwykły kij. Prawdziwy sens tej części ceremonii wyjaśnił W. Mannhardt.


Zwraca on uwagę na to, że starożytni przypisywali cebuli morskiej magiczne właściwości odwracania złych uroków i wobec tego zawieszali ją na drzwiach domów i używali jej przy obrządkach puryfikacyjnych [2].
Ad: [2] -- Obrzęd oczyszczający.


Stąd pochodzi arkadyjski zwyczaj bicia cebulą morską wizerunku Pana podczas jego święta, a także za każdym razem, gdy myśliwi wracali z pustymi rękami. Nie była to zapewne kara wymierzana bogu, lecz pragnienie uwolnienia go od złych duchów, przeszkadzających mu w wypełnianiu jego boskich funkcji, a mianowicie zaopatrywaniu myśliwych w zwierzynę. Podobnie też bicie ludzkiej ofiary cebulami morskimi po genitaliach miało na celu wyzwolenie jej sił płodnych od wszelkich hamulców czy uroków, które rzucić mogły jakieś demony czy inne złośliwe duchy. A ponieważ Targelia, podczas których składano w ofierze człowieka, były wczesnym świętem żniwnym, obchodzonym w maju, rozpoznajemy w nim wcielenie twórczego i płodnego boga roślinności.


Jeśli nasze rozważania są słuszne, wówczas nasuwa się wniosek, że ludzkie ofiary, składane podczas Targelii w późniejszych klasycznych czasach, były niewątpliwie przede wszystkim kozłami ofiarnymi, które zabierały z sobą grzechy, niepowodzenia i troski wszystkich ludzi, wcześniej jednak mogły one uchodzić za wcielenia roślinności, być maże zboża, ale przede wszystkim figowca. Bicie zaś i uśmiercanie ich miało głównie na celu wzmocnienie i odnowienie sił wegetacyjnych, które w tym czasie zaczynają słabnąć i zamierać pod wpływem suchych upałów greckiego lata.


Jeśli przedstawiany w tym miejscu pogląd na greckie kozły ofiarne jest właściwy, wówczas przestaje mieć rację bytu pewien zarzut, który w innym wypadku można byłoby wysunąć przeciw głównemu tokowi rozumowania -- teorii głoszącej, że kapłan w Arycji był zabijany jako wcielenie ducha gaju, można byłoby mianowicie postawić zarzut, że w klasycznej starożytności nie znajdujemy analogicznego obyczaju.


Teraz jednak mamy podstawy przypuszczać, że istoty ludzkie zabijane okresowo czy też sporadycznie przez azjatyckich Greków traktowane były stale jako wcielenia bóstwa roślinności. Prawdopodobnie osoby, które Ateńczycy trzymali, aby złożyć je w ofierze, były również traktowane jako święte. To, że były one równocześnie wyrzutkami społeczeństwa, nie miało żadnego znaczenia.

Ode mnie: Kłania się w tym starożytny zwyczaj ofiary składanej z Króla Lasu (Świętego Króla), małżonka Najwyższej Kapłanki, Bogini Matki. Należy jednak pamiętać, że w każdym z tych wypadków, postać Świętego Króla, czy "kozła ofiarnego" była ucieleśnieniem sił witalnych, tak świata przyrody, jak i świata ludzi. Nie-nienawidzono Go zatem. Współczesne rozumienie "kozła ofiarnego" jest zgoła odmienne, lecz błąd ów wynika z niewiedzy jak i świadomej ingerencji kultów monoteistycznych we wszelkie odmiany politeizmu.


"Arrival" -- Michael Whelan


Z prymitywnego punktu widzenia człowiek nie jest wybierany na rzecznika czy wcielenie bóstwa ze względu na swe wysokie walory moralne czy stanowisko społeczne. Duch boży zstępuje zarówno na dobrych, jak i złych, wielkich i małych. Skoro więc cywilizowani Grecy Azji i Aten składali regularnie w ofierze ludzi, których uważali za wcielanych bogów, wówczas przypuszczenie, że w zaraniu historii podobny obyczaj był przestrzegany przez półbarbarzyńskich Latynów w arycyjskim gaju, nie jest bynajmniej nieprawdopodobne.
 

Aby jednak przesądzić sprawę, należałoby udowodnić, że obyczaj uśmiercania ludzkiego wcielenia boga znany był i praktykowany w starożytnej Italii również i poza arycyjskim gajem.  Wiemy już, że wiele ludów obchodziło doroczny okres rozwiązłości, kiedy to obowiązujące normalnie zasady i obyczaje są lekceważone, cała zaś ludność oddaje się nieposkromionej wesołości, a mroczne namiętności znajdują upust, na który nie ma miejsca w bardziej statecznej i spokojnej atmosferze dnia powszedniego.

 Ode mnie:  Dzisiaj nazywamy ów czas -- Karnawałem (Carnivale).

 
Tego rodzaju wybuchy spętanych sił ludzkiej natury, zbyt często wyradzającej się w dzikie orgie żądzy i zbrodni, przypadają najczęściej na koniec roku i wiążą się zazwyczaj z którąś z rolniczych pór roku, szczególnie z okresem siewu i żniw. Najlepiej z tych wszystkich okresów rozwiązłości znane są nam Saturnalia (<-- polecam post) i tą nazwą określamy w językach współczesnych wszystkie inne tego rodzaju obchody.


Słynne święto Saturnaliów wypadało w grudniu, ostatnim miesiącu rzymskiego roku, i powszechnie uważano, że zostało ustanowione dla upamiętnienia wesołego panowania Saturna, boga siewów i rolnictwa, który w bardzo dawnych czasach zamieszkiwał ziemię jako sprawiedliwy i dobry król Italii. Zebrał on razem rozproszonych i dzikich mieszkańców gór, nauczył ich uprawiać rolę, nadał im prawa i rządził w pokoju. Jego panowanie było bajecznym złotym wiekiem. Ziemia przynosiła obfite płody, spokoju szczęśliwego świata nie zakłócały żadne odgłosy niezgody czy wojny. Zgubna żądza zysku nie zatruwała krwi pracowitych i zadowolonych wieśniaków. Nie znano niewolnictwa i własności prywatnej, wszyscy posiadali wszystko wspólnie.


Aż wreszcie dobry bóg i dobrotliwy król nagle znikł, ale pamięć jego przetrwała przez wiele stuleci, ku jego czci wznoszono świątynie -- a wiele italskich gór i wzniesień nazwano jego imieniem. Jedna tylko smuga cienia kładła się na jasne legendy o jego panowaniu: jego ołtarze były podobno splamione krwią ludzkich ofiar, które następnie bardziej litościwe czasy zastąpiły wizerunkami.


W opisach Saturnaliów pozostawionych nam przez starożytnych pisarzy nie ma prawie żadnej wzmianki o bardziej mrocznej stronie religii tego boga. Siedmiodniowe zabawy i ucztowanie, obłędne uganianie się za przyjemnościami po ulicach, placach i w domach starożytnego Rzymu -- oto charakterystyczne cechy tego rzymskiego karnawału, odbywającego się w dniach od siedemnastego do dwudziestego trzeciego lub piątego grudnia. Najbardziej jednak uderzającą cechą tego święta, która zaskakiwała samych starożytnych, była swoboda, jaką w tym czasie otrzymywali niewolnicy. Chwilowo przestawały istnieć różnice między wolnymi i niewolnikami. Niewolnik mógł narzekać na swego pana, upijać się tak samo jak jego uprzywilejowani bliźni, zasiadać z nimi do stołu i nawet słowo wyrzutu nie mogło paść za zachowanie, za które w każdym innym czasie czekała kara chłosty, więzienia, a nawet śmierci. Co więcej, panowie zamieniali się rolami ze swymi niewolnikami; usługiwali im przy stole i dopiero wtedy, gdy sługa popił sobie i podjadł, można było sprzątnąć ze stołu i nakryć dla pana.


Rolami zamieniano się tak gruntownie, że na czas trwania święta każdy dom był naśladowaniem republiki, w której niewolnicy przejmowali wysokie stanowiska państwowe i ustanawiali prawa, jakby w istocie byli obleczeni w godności konsulów, pretorian i senatorów. Bladym odzwierciedleniem władzy przyznanej niewolnikom było urządzane o tej samej porze roku losowanie udawanej władzy królewskiej między wolnymi. Osoba, której ten los przypadł, otrzymywała tytuł króla i wydawała śmieszne i żartobliwe rozkazy swoim chwilowym poddanym. Taki król mógł jednemu rozkazać mieszać wino, drugiemu pić, trzeciemu śpiewać, czwartemu tańczyć, piątemu wygłosić przemówienie, w którym samego siebie wydrwi, a jeszcze innemu nosić po całym domu na plecach flecistkę.

 
Jeśli przypomnimy sobie, że swoboda nadawana niewolnikom podczas tego świątecznego okresu miała być rzekomo naśladowaniem stanu rzeczy panującego w społeczeństwie za czasów Saturna i że Saturnalia, uchodziły ni mniej, ni więcej tylko za chwilowe wskrzeszenie lub restaurację panowania owego wesołego władcy, nie możemy oprzeć się pokusie wysunięcia hipotezy, że udawany król kierujący zabawą mógł pierwotnie być zastępcą samego Saturna.

Bardzo ciekawy i dziwny opis obchodu Saturnaliów przez rzymskich żołnierzy, stacjonujących nad Dunajem za panowania Maksymiana i Dioklecjana, potwierdza tę hipotezę, a nawet pozwala ją uważać za ustalony fakt. Opis ten zachował się w Opowieści o męczeństwie św. Dazjusza, odnalezionej w greckim rękopisie w Bibliotece Paryskiej i opublikowanej przez profesora Franza Cumonta z Gandawy. Dwa krótsze opisy tego samego wydarzenia i obyczaju znajdują się w rękopisach w Mediolanie i Berlinie; jeden z nich ujrzał już wcześniej światło dzienne w zapoznanym tomie, wydrukowanym w Urbino w 1727 r., ale jego znaczenie dla historii religii rzymskiej -- zarówno starożytnej, jak i nowej -- nie było, jak się zdaje, docenione, dopóki prof. Cumont nie zwrócił uwagi naukowców na wszystkie trzy relacje publikując je kilka lat temu razem. 
 
Według tych relacji, wyglądających na autentyczne, z których najdłuższa opiera się prawdopodobnie na oficjalnych dokumentach, żołnierze rzymscy w Durostorum w Dolnej Mezji obchodzili rokrocznie Saturnalia w następujący sposób: na trzydzieści dni przed świętem wybierali spośród siebie przez losowanie młodego i przystojnego mężczyznę, którego ubierano w królewskie szaty, by przedstawiał Saturna. Wystrojony w ten sposób i otoczony świtą żołnierzy, poruszał się swobodnie i miał prawo dawać upust swoim namiętnościom oraz próbować wszelkich przyjemności, nawet najbardziej haniebnych i zawstydzających. Panowanie jego było wesołe, ale krótkie, i kończyło się tragicznie. Po trzydziestu dniach, gdy zaczynało się święto Saturna, podrzynał sobie gardło na ołtarzu boga, którego był ucieleśnieniem. 
 
W roku 303 po Chr. los padł na żołnierza, chrześcijanina Dazjusza, który nie chciał odgrywać roli pogańskiego boga i splamić ostatnich dni swego życia rozpustą. Pogróżki i argumenty dowódcy Bassusa nie zachwiały postawy żołnierza, wobec czego został ścięty w Durostorum przez żołnierza Jana w piątek dwudziestego listopada, w dwudziesty czwarty dzień księżyca, o godzinie czwartej, jak to skrupulatnie zapisał chrześcijański martyrolog.

"Prophet" -- John Jude Palencar


Historyczny charakter opublikowanej przez prof. Cumonta opowieści podawano w wątpliwość i wręcz mu zaprzeczano, ale ciekawe odkrycie dokonane w katedrze królującej na przylądku Ankony stało się poważnym dowodem przemawiającym za autentycznością dokumentu.


W krypcie katedry, między innymi cennymi zabytkami, znaleziono biały marmurowy sarkofag z greckim napisem krojem czcionki z czasów Justyniana, głoszący, co następuje: "Tu spoczywa święty męczennik Dazjusz, sprowadzony z Durostorum". Sarkofag został przeniesiony do krypty katedry w 1848 roku z kościoła San Pellegrino, gdzie pod wielkim ołtarzem kości męczennika -- jak głosi łaciński napis wmurowany w ścianę krypty -- nadal spoczywają wraz z kośćmi dwóch innych świętych. Nie wiemy, jak długo spoczywał sarkofag w kościele San Pellegrino, ale istnieje zapis, świadczący, że znajdował się tam w roku 1650. Relikwie świętego zostały zapewne przeniesione do Ankony, by zabezpieczyć je w ciągu niespokojnych stuleci, które nastąpiły po jego męczeństwie, gdy Mezję okupowały i grabiły kolejne fale barbarzyńskich najeźdźców. W każdym razie, z niezależnych i wzajemnie potwierdzających się dokumentów i zabytków, zdaje się wynikać z całą pewnością, że Dazjusz nie był świętym mitycznym, lecz realną postacią, człowiekiem, który rzeczywiście poniósł męczeńską śmierć za wiarę w Durostorum w pierwszych wiekach ery chrześcijańskiej.


Skoro więc potwierdza się w ten sposób główny fakt przedstawiony przez anonimowego martyrologa, a mianowicie męczeństwo św. Dazjusza, możemy również przyjąć jego świadectwo o sposobie i przyczynach męczeństwa, tym bardziej że opowieść jest ścisła, szczegółowa i w zupełności pozbawiona wszelkich cudownych elementów. Ta relacja rzuca nowe i mroczne światło na urząd Króla Saturnaliów, starożytnego Pana Nierządu, który przewodniczył zimowym hulankom w Rzymie w czasach Horacego i Tacyta. Dowodzi ona, jak się zdaje, że nie zawsze było to jedynie błazeńskie stanowisko, na którym Król Saturnaliów musiał dbać tylko o to, by hulanki toczyły się żwawo i zabawa szybko wzmagała się przy trzaskającym ogniu, gdy po ulicach przelewały się świąteczne tłumy, a w dali, w czystym mroźnym powietrzu migotał śnieżny diadem Sorakte.


Gdy porównamy tego komicznego władcę wesołej cywilizowanej metropolii z jego ponurym odpowiednikiem w prymitywnym obozie wojskowym nad Dunajem i gdy przypomnimy sobie długi poczet podobnych postaci, śmiesznych, a przecież tragicznych -- przybranych w błazeńskie korony i królewskie paliusze, które w innych wiekach i innych krajach przez kilka godzin lub dni stroiły swe błahe figle, by potem
przedwcześnie zginąć, wówczas nie mamy już prawie żadnych wątpliwości, że opisywany przez klasycznych pisarzy Król Saturnaliów rzymskich był jedynie  słabą, wyblakłą kopią oryginału, którego męskie rysy przekazał nam na szczęście autor Męczeństwa świętego Dazjusza. 



Innymi słowy, opis Saturnaliów podany przez niego tak bardzo zbieżny jest z relacjami o podobnych obrządkach w innych krajach, których przecież nie mógł znać, że autentyczność zasadniczych zarysów można uważać za ustaloną. Co więcej, ponieważ obyczaj zgładzania udawanego króla jako wcielenia boga nie mógł zrodzić się ze zwyczaju wyznaczania go na przywódcę świątecznych hulanek, natomiast bez trudu mogły się sprawy potoczyć odwrotnie, wolno nam uważać, że w dawniejszych czasach w starożytnej Italii, tam gdzie istniał kult Saturna, wybierano człowieka, który odgrywał rolę tego boga i cieszył się jego wszystkimi tradycyjnymi przywilejami przez pewien okres czasu, aby następnie zginąć z własnej lub cudzej ręki, od noża, ognia czy na szubienicy jako dobry bóg, który swoje życie oddał za cały świat.


W samym Rzymie i innych wielkich miastach rozwój cywilizacji prawdopodobnie złagodził ten okrutny zwyczaj na długo jeszcze przed wiekiem Augusta i nadał mu tę niewinną postać, jaką nosi w dziełach kilku klasycznych pisarzy, wspominających przelotnie o święcie Króla Saturnaliów. Ale w bardziej odległych okolicach, być może, długo jeszcze utrzymywały się obyczaje dawniejsze i surowsze. I nawet gdy po zjednoczeniu Italii przez rząd rzymski barbarzyński obyczaj został zakazany, wspomnienie o nim, przekazywane przez pokolenia chłopów, doprowadzało czasami do wskrzeszenia tych praktyk, jak to się jeszcze dzieje z najprymitywniejszymi przesądami u nas, a szczególnie mogło się to zdarzyć wśród barbarzyńskiej soldateski na kresach imperium, gdzie żelazna niegdyś dłoń Rzymu zaczynała rozluźniać uścisk.

"Chasing fire" -- John Jude Palencar


Często zwracano już uwagę na podobieństwo między starożytnymi Saturnaliami a współczesnym włoskim karnawałem, ale w świetle faktów, które poznaliśmy, możemy zadać sobie pytanie, czy podobieństwo to nie jest właściwie tożsamością. Wiemy, że we Włoszech, Hiszpanii i Francji, to jest w krajach, w których wpływy Rzymu sięgały najgłębiej i były najtrwalsze, jedną z głównych postaci karnawału jest błazeńska figura uosabiająca okres świąteczny.


Po krótkiej karierze, pełnej chwały i rozpusty, zostaje ona publicznie rozstrzelana lub spalona ku udawanemu
żalowi i szczerej radości gawiedzi. Jeśli wysunięta przeze mnie koncepcja karnawału jest słuszna, wówczas groteskowa postać jest nie kim innym jak bezpośrednim następcą dawnego Króla Saturnaliów, mistrza hulanki, prawdziwego człowieka, który uosabiał Saturna i w swej przybranej postaci ponosił po zakończeniu hulanek prawdziwą śmierć.


Król Fasolowy wieczoru Trzech Króli, średniowieczny Biskup Błaznów, Opat Nierozsądku czy Pan Nierządu są podobnymi postaciami i przypuszczalnie wywodzą się z podobnego źródła. W każdym razie możemy zakończyć wielce prawdopodobnym wnioskiem, że jeśli Król Lasu w Arycji żył i umierał jako wcielenie leśnego bóstwa, odpowiednikami jego w Rzymie byli ludzie, których co roku zabijano jako Króla Saturna, boga ziarna sianego i kiełkującego".




I na tym koniec tego tekstu. Jest to 50 rozdział z książki "Złota Gałąź" (dwu-tomowe wydawnictwo) Frazera, w całości pochodzi ze strony z darmowymi ebookami:
www.e-biblioteka.com.


Polecam również 5-odcinkowy wywiad z  René Girardem (poniżej, wersja angielska), światowej sławy filozofem i antropologiem kulturowym, w tym konkretnym wywiadzie zostaje poruszony temat owego "Świętego Króla"Polecam również: Notkę biograficzną tegoż pana oraz ciekawy tekst w formacie pdf po polsku -- Tutaj.


 
 
 
 
 

Popularne posty z tego bloga

"Wędrówka Dusz" - dr Michael Newton. "Śmierć nie jest ciemnością, lecz światłem". Część I

"Ulecz się sam" - Andrzej Żak. Część II - Wolność jest jak zdrowie: uzyskuje wartość i stajemy się jej świadomi tylko wtedy, gdy ją tracimy...

Mitologia Indyjska: Mit o powstaniu świata, Bogini Matce i wojnie bogów!