"Tako rzecze Zaratustra" - Friedrich Wilhelm Nietzsche. Część III





Część III


8.


Co rzekłszy do swego serca, wziął Zaratustra trupa na plecy i ruszył w drogę. Stu kroków jeszcze nie uszedł, gdy podkradł się do niego człowiek jakiś i począł coś szeptać na ucho — był to ów śmieszek z wieży.


— Uciekaj, o Zaratustro, z tego miasta — szeptał doń — zbyt wielu nienawidzi cię tutaj. Nienawidzą cię dobrzy i sprawiedliwi, i zwą cię swoim wrogiem a wzgardzicielem; nienawidzą cię wierzący wiary prawej, i zwą cię niebezpieczeństwem dla tłumu. Całe twe szczęście, że śmiano się z ciebie: i zaprawdę, mówiłeś jako śmieszek. Całe twe szczęście, żeś się do tego zdechłego psa przyłączył; a żeś się tak poniżył, uratowałeś się jeszcze na dzisiaj. Uchodź jednak precz z tego miasta, gdyż jutro przeskoczę przez ciebie ja, żywy przez umarłego. — Powiedziawszy to, przepadł człowiek. 

Zaratustra szedł dalej w ciemne zaułki. U wrót miejskich zaczepili go grabarze. Zaświeciwszy pochodnią w twarz, poznali Zaratustrę i szydzili z niego.


— Zaratustra wynosi zdechłego psa; pięknie, że Zaratustra stał się grabarzem! Gdyż nasze ręce są, jak na tę pieczeń, za czyste. Pragnież, Zaratustro, diabłu kąsek jego ukraść? Powodzenia! I szczęśliwej wieczerzy! Bodaj jednak, że diabeł lepszym jest złodziejem od Zaratustry! Porwie ich obu, pożre ich obu! — I śmiali się tak społem, i szeptali ze sobą.




Zaratustra nie odparł ani słowa i swoją szedł drogą. Gdy tak dwie godziny skrajem lasów i bagien wędrował, za wiele nasłuchał się wycia zgłodniałych wilków, więc i jego głód nawiedził. Zatrzymał się przeto u samotnej chaty, w której płonęło światło.




— Głód mnie opada — rzekł Zaratustra, jak zbój. — W lasach i na bagniskach opada mnie głód i po nocy głębokiej. Przedziwne kaprysy miewa głód mój. Często po posiłku nawiedza mnie dopiero, dziś w ciągu dnia nie przychodził: gdzież bawił on?




To mówiąc, uderzał Zaratustra we wrota. Wyszedł starzec; światło niósł w ręku i pytał:


— Któż to nawiedza mnie i zły mój sen?


— Żywy i umarły — odparł Zaratustra. — Dajcież mi jeść i pić, zapomniałem o tem za dnia. Kto głodnego karmi, duszę własną orzeźwia: tak mówi mądrość.




Stary odszedł, powrócił jednak niebawem i częstował Zaratustrę chlebem i winem. 

— Złe to strony dla zgłodniałych — mówił — dlatego też ja tu mieszkam. Zwierzę i człowiek przychodzi tu do mnie samotnika. Lecz każe jeść i pić towarzyszowi swemu, bardziej on od ciebie znużony.


Zaratustra odparł:


— Martwym jest mój towarzysz, trudno go będzie do tego namówić.


— To mnie nic nie obchodzi — odparł stary mrukliwie — kto do mego domu zapuka, winien przyjmować, czem go ugaszczam. Jedzcież i bywajcie zdrowi!


Po czym wędrował Zaratustra jeszcze dwie godziny, zawierzając się drodze i światłu gwiazd: gdyż z nawyknienia był nocnym łazęgą i upodobał był sobie spoglądanie śpiącym w oblicza. Gdy ranek szarzeć począł, znalazł się Zaratustra w głębokim borze, gdzie gubiły się już drogi. Wówczas złożył trupa w dziuplaste drzewo u swego wezgłowia, gdyż pragnął go od wilków uchronić; sam zaś spoczął na ziemi we mchu. Niebawem zasnął, zmęczony ciałem, lecz z nieporuszoną duszą.




9.


Długo spał Zaratustra; nie tylko jutrznia, lecz i przedpołudnie zajrzało w jego oblicze. Wreszcie rozchylił powieki i ze zdziwieniem spojrzał wokół siebie: zadziwił go las i cisza samotna, ze zdziwieniem spojrzał w samego siebie. Poczym zerwał się szybko, jako żeglarz, gdy nagle ląd spostrzeże. Rozradowało się serce jego, gdyż nową prawdę ujrzał. I rzekł wonczas do serca swego:




„Nowe wzeszło mi światło: towarzyszy potrzebuję, ludzi żywych, nie martwych towarzyszy lub trupów, których tam niosę, dokąd zechcę. Żywych ludzi potrzebuję, którzy dlatego ze mną pójdą, iż taka jest ich wola, by pójść tam, dokąd i ja podążam. Nowe wzeszło mi światło. Nie do ludu, lecz do towarzyszy niechaj przemawia Zaratustra! Psem trzody lub jej pasterzem niechaj być nie pragnie! Wielu z trzody wynęcać — oto do czegom doszedł. Niechaj mnie lud i trzoda nienawidzą. Niech się zwę zbójem u pasterzy. Pasterzy, powiadam, lecz oni zwą się dobrymi i sprawiedliwymi. Pasterzy, powiadam, lecz oni zwą się wierzącymi wiary prawdziwej. Patrzcie na tych dobrych i sprawiedliwych! Kogóż oni najbardziej nienawidzą? Tego, kto kruszy tablice ich wartości, tego burzyciela, tego niszczyciela: ten jednak jest twórcą.


Patrzcie na tych wierzących wszelkich wiar! Kogóż oni najbardziej nienawidzą? Tego, kto kruszy tablice ich wartości, tego burzyciela, tego niszczyciela: ten jednak jest twórcą. Towarzyszy szuka twórca, nie trupów ani trzody, ani wierzących. Towarzyszy w dziele swym twórczym, tych, co nowe wartości na nowych wypiszą tablicach. Towarzyszy szuka twórca, spół-żniwiarzy, gdyż wszystko u niego już do żniwa gotowe. Brak mu jednak stu sierpów; z gniewem wyrywa tedy kłosy. Towarzyszy szuka twórca, takich towarzyszy, co sierpy swe ostrzyć potrafią. Nazwą ich niszczycielami, wzgardzicielami dobra i zła, lecz ci są, którzy plony zna, ci są, którzy dożynki święcą. Współtworzących szuka Zaratustra, współ-żniwiarzy i wespół świętujących. Cóż on ma wspólnego z trzodą, z pasterzami i trupami! A ty, pierwszy mój towarzyszu, bywaj zdrów! Dobrze pochowałem cię w pustym drzewie, dobrze od wilków cię ukrył.  


Lecz rozstać się nam pora; czas mnie woła. Między dwiema jutrzniami wzeszło mi światło nowej prawdy. Nie pasterzem mi być ani grabarzem. Nie będę odtąd nawet do ludu przemawiał: po raz ostatni mówiłem do trupa. Do tworzących, do żniwiarzy, do tych, którzy plony żną i dożynki święcą, do nich się przyłączę: wskażę im tęczę i wszystkie szczeble nadczłowieka. Samotnikom pieśń swą zaśpiewam i samowtórom; a kto uszy ma dla niesłychanego, temu serce swojem szczęściem obciążę. Do celu swego podążam, drogą swą idę. A przez zwlekających, przez niezdecydowanych przeskoczę. I niechaj ten pochód mój zanikiem ich będzie!".




Mówił to Zaratustra do serca swego, gdy słońce na południu stało. Nagle spojrzał pytająco w górę, gdyż usłyszał ostry krzyk ptaka. Patrzy — oto orzeł ciągnie górą, szerokie zataczając koliska; zawisa na nim wąż, wszakże nie jako łup, lecz jako druh; gdyż owija mu się wokół szyi pierściennymi kręgi.


— Moje to zwierzęta! — wołał Zaratustra, radując się serdecznie. — Najmądrzejsze zwierzę pod słońcem i najroztropniejsze zwierzę pod słońcem — na wywiady wyruszyły one. Wywiedzieć się pragną, zali Zaratustra żyje jeszcze. Zaprawdę, żywięź ja jeszcze? Niebezpieczniej było mi wśród ludzi niźli pośród zwierząt, niebezpiecznymi drogi idzie Zaratustra. Niechże mnie zwierzęta moje wiodą!


Gdy Zaratustra te słowa wyrzekł, wspomniał nagle na słowa świętego z lasu, westchnął i rzekł do swego serca:


„Obym był rozważniejszy! Obym był aż do głębi rozważny jako wąż mój! Lecz o niemożebną upraszam ja rzecz: błagam więc mą dumę, aby zawsze szła w parze z mą roztropnością! A gdy mnie ma roztropność opuści — och, lubi ona odlatywać! — wówczas niech się ma duma z szaleństwem mem poniesie!".


Tak się poczęło znijście Zaratustry.


____________________________________




Popularne posty z tego bloga

"Ulecz się sam" - Andrzej Żak. Część II - Wolność jest jak zdrowie: uzyskuje wartość i stajemy się jej świadomi tylko wtedy, gdy ją tracimy...

Mitologia Indyjska: Mit o powstaniu świata, Bogini Matce i wojnie bogów!

"Myśli" - Seneka. Część VII