Leszek Kołakowski - Bajki różne. Część IX




IX: Wojna z rzeczami



Naleśniki z konfiturą mają przeważnie niedobry charakter. Zachowują się tchórzliwie, a zarazem podstępnie i dla głębszych spraw nie mają zrozumienia. Często płaczą (a wiadomo, że nie ma nic gorszego, jak płaczący naleśnik), a gdy się tylko odwrócić — śmieją się złośliwie. Robią też wiele nieoczekiwanych psot, które ludziom psują humor.
Dlatego Ditto z pewną ulgą obserwował, jak naleśniki, ura­żone jego niechętną miną, zerwały się z półmiska i po kolei wy­szły z pokoju. Jednakże po chwili weszła Lina i ujrzawszy pusty półmisek zdziwiła się nieprzyjemnie.
— Ditto — powiedziała - dlaczego zjadłeś wszystkie naleśni­ki i nic mi nie zostawiłeś?
— Nie zjadłem ani jednego - odparł Ditto.
— Więc co? Chcesz mi może powiedzieć, że naleśniki posz­ły sobie na spacer?
— Tak, właśnie to chcę ci powiedzieć.
— Że tak sobie zeszły z półmiska i wyszły?
— Tak, po prostu zabrały się z półmiska i wyszły.
— Jesteś wstrętnym łakomczuchem, Ditto - powiedziała Li­na z płaczem. — Przez ciebie nie będę jadła obiadu.
— Ależ, Lino, zastanów się, ja też nie jadłem obiadu.
— Nie jadłeś, nie jadłeś! A gdzie naleśniki?
— Przecież wyszły, powtarzam ci.
— No to idź i przyprowadź je z powrotem!
Ditto wybiegł z domu w pogoni za naleśnikami. Nie trwało to nawet długo, bo naleśniki, jak wiadomo, chodzą niezbyt szyb­ko; udało się więc dogonić je w niewielkiej odległości do domu. Ditto zdyszany rzucił się na nie, chcąc je zebrać i zanieść z po­wrotem do domu. Naleśniki z piskiem wymykały mu się z rąk i rozbiegały się na wszystkie strony, a Ditto nie wiedział, którego 'gonić.

 

Po półgodzinnym uganianiu się zdołał wreszcie schwytać większość naleśników, ociekających konfiturą; upchał je, gdzie mógł po kieszeniach, i z wielkim tryumfem pobiegł do domu, gdzie czekała obrażona Lina.
— No co? - spytała z przekąsem - może dogoniłeś naleśniki?
— Owszem, dogoniłem - powiedział Ditto. - Paru nie udało mi się schwytać, ale większość złapałem. - To mówiąc, zaczął wyciągać z kieszeni postrzępione, rozwrzeszczane, lepkie naleś­niki. Cale ubranie miał zawalane konfiturą i Lina patrzyła na niego z przerażeniem.
— Ditto — powiedziała — całe ubranie na nic!
— Przecież chciałaś, żebym gonił naleśniki. Trudno, masz je tutaj. Ale nie mów mi przynajmniej o ubraniu.
— Jesteś kłamczuch, Ditto - krzyknęła Lina. - Kupiłeś na­leśniki w sklepie, a teraz opowiadasz mi, że to te same, które rzekomo wyszły na spacer
— Ależ, Lino, zapytaj sama naleśniki, niech ci opowiedzą, jak to było.
Lina zapytała więc jednego naleśnika, czy to prawda, że one tu były na półmisku i poszły sobie na spacer. Ale naleśnik, po­nieważ zrozumiał, o co chodzi, powiedział na złość, że nic po­dobnego, że nigdy tu nie był, że przed chwilą Ditto kupił go w cukierni. Wszystkie naleśniki po kolei opowiadały to samo, a Ditto ze wściekłością słuchał ich kłamstw, wiedząc, że teraz już Lina nigdy mu nie uwierzy. Kiedy Lina chciała coś powiedzieć, przerwał jej szybko i zawołał:
— Ależ, Lino, chyba nie będziesz bardziej wierzyła tym wstrętnym naleśnikom, niż mnie! Przecież wiesz, że naleśniki kłamią!
— Sam kłamiesz! - krzyknęła Lina. - Skąd naleśniki mogły­by sobie wymyśleć taką historię?!
Ditto westchnął i wyszedł, zostawiając Linę, która z kwaśną miną zabrała się do jedzenia naleśników. Poszedł do łazienki i oburzony niegodziwością naleśników postanowił zawrzeć jakiś sojusz, który by pomógł mu w życiu. Przyszła mu do głowy pasta do zębów, która, wedle jego doświadczeń, miała charakter łagod­ny i miły. Próbował wszcząć z nią rozmowę, ale gdy tylko otwo­rzył tubkę, pasta z sykiem wypłynęła z tubki pieniąc się łagod­nie. Ditto był przerażony, a kiedy Lina weszła do łazienki i zo­baczyła wyciśniętą pastę, minę miała surową.
— Ditto, znowu robisz psoty? - spytała.
— Ależ nie, pasta sama wycisnęła się z tubki.
— Ditto, jesteś niepoprawny - powiedziała Lina ze smut­kiem. — Może mam spytać pastę, kto ją wycisnął z tubki.
Ale pasta nie czekając na pytanie od razu syknęła, że wła­śnie Ditto wypuścił ją z tubki. Tłumaczenia Ditta nie zdały się na nic. Został winowajcą, a złośliwość pasty wzbudziła w nim zniechęcenie do wszystkiego.




Ale od tej pory wszystkie rzeczy sprzysięgły się jakby prze­ciw Ditto i usiłowały go skompromitować. Kiedy leżał na łóżku, poduszka rozpruwała się z trzaskiem, wypuszczając obłoki pie­rza, które zasypywały powidła właśnie przygotowywane przez Linę. Potem poduszka skarżyła się bezwstydnie, że Ditto nau­myślnie ją rozpruł. Gwóźdź wylatywał ze ściany zostawiając wielką dziurę, której nie udawało się zakleić, a potem wołał, że Ditto go wyciągnął. Szyba nie dotknięta nawet palcem sama tłukła się na kawałki i szczękając opowiadała Linie, że Ditto zbił ją łokciem. Guziki od spodni i palta zaczęły umykać i chować się w niewiadome miejsca, a jeśli który został, to tylko po to, aby donieść Linie, że to Ditto oberwał pozostałe i zgubił albo prze­grał w cymbergaja. Buty specjalnie dziurawiły się we wszystkich miejscach, chusteczki do nosa nieustannie gubiły się złośliwie, koszula nabierała celowo tłustych plam nie dających się wyczyś­cić, a atrament z pluskiem zeskakiwał ze stołu, żeby rozlać się po całej podłodze.
Ditto pojął wówczas, że życie polega na ciężkiej walce z rzeczami, ale zarazem pomyślał, że jest to właściwie walka bez­nadziejna, bo Lina nigdy nie uwierzy jemu, a zawsze będzie wie­rzyła rzeczom. Lina zaś, istotnie, wierzyła ślepo rzeczom, a Ditto był bezbronny. Kłócili się ze sobą, ale ostatecznie jedno drugie­go nigdy nie potrafiło przekonać: Ditto widział złośliwość rzeczy i widział, jak robią swoje sztuczki, natomiast Lina była pewna, że Ditto specjalnie na złość wszystko niszczy i gubi. Tymczasem w jej obecności nigdy nic takiego się nie działo i rzeczy zacho­wywały się spokojnie, jakby uważając Linę za przyjaciółkę.



Co więcej, nawet rzeczy, które jakby były częściami samego Ditto, zaczęły mu robić brzydkie figle. Włosy mu wypadały z głowy, a Lina twierdziła, że Ditto specjalnie łysieje. Serce biło mu coraz słabiej, a Ditto nie mógł z nim dojść do porozumienia. Jedno ucho zrobiło się wielkie i nieforemne, a Lina krzyczała, że Ditto sam sobie kazał tak przerobić ucho, żeby jej zrobić na złość.
Poznawszy przewrotność rzeczy, Ditto doszedł do wniosku, że może jeszcze spróbować dwóch możliwości: albo samemu za­mienić się w jakąś rzecz, albo całkowicie uwolnić się od rzeczy. To ostatnie po namyśle odrzucił, nie wiedział bowiem, w jaki sposób mógłby, na przykład, pozbyć się rzeczy, które należały do niego bezpośrednio, jak nogi, ręce czy głowa. „Gdybym jed­nak - pomyślał — sam się zmienił w jakąś rzecz, to mógłbym albo pokazać Linie prawdziwą złośliwość rzeczy, albo może wy­chować inne rzeczy i doprowadzić do tego, żeby przestały robić brzydkie kawały”.
Ditto przebrał się więc za naleśnik z konfiturami, a to dla­tego, że naleśniki właśnie dokuczyły mu na początku najbardziej. Nie było łatwo wytrzymać w tym przebraniu, ale ostatecznie do wszystkiego można przywyknąć. Kiedy Lina zrobiła sobie nale­śniki z konfiturą, Ditto w przebraniu wskoczył na półmisek. Naj­pierw przemówił do naleśników, usiłując je zawstydzić i wyjaś­nić, że psoty, które robią, są bardzo nieprzyzwoite. Ale naleśniki natychmiast rozpoznały, że mają do czynienia z przebierańcem, a nie z prawdziwym naleśnikiem, i nie chciały go słuchać. Ditto spróbował więc drugiej taktyki: zaczął sam namawiać naleśniki do psot i radził, żeby wyskoczyły z półmiska i poplamiły konfitu­rą sukienkę Liny; miał nadzieję, że w ten sposób przynajmniej przekona Linę o złośliwości rzeczy. Ale naleśniki nie miały za­miaru go słuchać i dały się zjeść bez oporu, a Ditto w ostatniej chwili umknął niepostrzeżenie z półmiska.
Nieudana próba jeszcze go nie zniechęciła. Chciał spróbo­wać szczęścia na innym polu i przebrał się za guzik, przyszyty do palta Liny. I znów powtórzyło się to samo: został przez inne gu­ziki natychmiast rozpoznany jako fałszywy guzik i nie udało mu się nakłonić innych guzików do żadnych psot przeciwko Linie. Próbował sam się oderwać od palta i zgubić złośliwie, ale nie miał wprawy i żadnych wyników nie osiągnął.



Ditto pojął wreszcie, że sprawa jest beznadziejna: po prostu rzeczy walczyły z nim, a nie chciały w ogóle walczyć z Liną. Wo­bec Liny zachowywały się przyjaźnie i pozwalały jej robić ze so­bą, co chciała. Natomiast wobec niego były niegodziwie złośliwe i żadne namowy ani środki wychowawcze nie dawały wyniku.
Ditto przybrał więc z powrotem własną postać. Zrozumiał, że rzeczy nie można wychować ani zmienić, ale trzeba się z nimi obchodzić surowo i twardo, aby je zmuszać do posłuszeństwa. Ale jak to robić? Na początku Ditto próbował bezwzględnie tę­pić rzeczy: ku oburzeniu Liny krajał naleśniki na drobne kawałki i wyrzucał na śmietnik, wypuszczał pastę z tubki do zlewu, od­rywał gwałtownie guziki od ubrań i ciskał je gdzie popadło, wy­lewał atrament na ulicę, a szklanki tłukł na schodach. Lina krzy­czała, płakała, tupała. Ditto robił tak czas jakiś, ale widział, że rzeczy — potłuczone, pogniecione, podarte i poniszczone, zacho­wywały się obojętnie, jak martwe, i w ogóle nie reagowały na jego wybryki. Zdał sobie też sprawę, że nigdy nie uda mu się rozprawić z wszystkimi rzeczami i że walka jest beznadziejna.
Wtedy Ditto doszedł do wniosku, że po prostu przegrał wojnę. Zwyczajnie poddał się i oświadczył, że uznaje się za po­konanego. Wszystkie wysiłki jego okazały się daremne. Każda wojna musi się jakoś skończyć - wygraną, przegraną albo rozej-mem. Wojna skończyła się więc przegraną Ditto i więcej nie można było nic dodać. Zgodnie z obyczajem ówczesnych barba­rzyńskich czasów, kiedy to zwyciężeni zostawali niewolnikami zwycięzców, Ditto popadł w niewolę u rzeczy.
Dlatego, kiedy Lina przyniosła na stół naleśniki z konfiturą i wyszła na chwilę do kuchni, Ditto patrzył bez ruchu, jak jeden naleśnik po drugim spełza wolno z talerza i ze złośliwym uśmie­szkiem wychodzi z pokoju.
 

Komentarze

  1. Dokładnie :) Kocham jego obrazy, są wstrząsająco-komfabulicznie nierzeczywiste. Kiedy an nie patrzę, kręci mi się w głowie :P

    Pozdrawiam, jak miło spotkać cię na Minosie :) :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Witaj Basieńko:* Wróciłam i jestem w fazie czytania wszystkiego, co tu się dokonało podczas mojej nieobecności:) Chcę Tobie podziękować, że Obie byłyście takie dzielne :***

    Jak przeczytam te wszystkie Twoje cudeńka, to się odezwę jeszcze, jeżeli pozwolisz.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie ma sprawy, Mary :) Cieszę się, że już wróciłaś, mam nadzieję, że zdrówko dopisuje, plecki nie bolą :) :** A cała reszta... :) Starałam się jak mogłam :)

    Pozdrawiam cieplutko :* :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Tako rzecze Zaratustra. Część IX

△ Yazidis ~ Ancient People Who Worship the Angels! ▼

"Persian Mythology, Gods and Goddesses" (Part I)