"Metamorfozy albo Złoty Osioł" - Apulejusz z Madaury. Część II




"Doświadczyłem wtedy, jak pewne uczucia zdolne są przerzucać się same z siebie w swoje przeciwieństwa. Bo jak radość – bywa to często – łzy wyciska, tak ja, w tym strachu nie na żarty, nie mogłem powstrzymać śmiechu, z Arystomenesa uczuwszy się takim żółwiem. I kiedy tak, rzucony w śmieci, a zakryty przez usłużne i chytre łóżko, zerkam, co się tam dalej stanie, widzę dwie niewiasty starsze; jedna trzymała w ręce świecącą latarnię, druga gąbkę i miecz. Tak uzbrojone stają przed Sokratesem śpiącym jak suseł. Wtedy ozwie się ta z mieczem:
„Ten ci to jest, siostrzyczko Pantio, ten mój słodki Endymionek, ten mój pieszczoszek, który dniami i nocami gził się czule z – och! – wiosną mych latek, ten, który wzgardziwszy moim żarem nie tylko pysk sobie strzępi na mojej cnotce, ale jeszcze chce czmychnąć! A ja naturalnie, jak ta Kalipso opuszczona przez oszukańczego Ulissesa, będę opłakiwać wieczne moje wdowieństwo!”.

Tu wyciągnąwszy rękę pokazuję mnie tej swojej godnej Pantii i dodaje:
 „A ten poczciwina, ten Arystomenes, co taki łepak do rady – bo to on obmyślił plan tej ucieczki, a teraz pod łóżkiem przywarował i aż się przylepił do ziemi, a ledwo zipie ze strachu i łypie ino ślepiami na to wszystko – on myśli, że mu tak na sucho ujdzie to, co na mnie napyskował! Wystroję ja mu kiedyś jeszcze...! E, i nie kiedyś – zaraz, zaraz teraz dam mu takiego łupnia, że pożałuje swego dawnego drwinkowania i teraźniejszego wścibstwa”.


Skórom to usłyszał, nieszczęsny, zimne poty na mnie uderzyły i taka mnie wzięła drżączka, że aż od niej tapczan na moim grzbiecie zaczął tańczyć jak opętany. I wtedy słyszę, jak milutka Pantia powiada:
„Siostruniu, to bierzmy się od razu naprzód do niego i rozszarpmy go jak bachantki albo skrępujmy i wyrżnijmy mu jego męskie przyrodzenie”.


Na to Meroe – oczywiście bowiem wymiarkowałem, że wedle wszystkiego, co opowiadał Sokrates, do niej odnosi się to imię:
„Nie – mówi – niechże ten sobie przynajmniej pożyje, żeby mógł rzucić garść ziemi na ciało tego niebożątka” – i odgiąwszy głowę Sokratesa na prawy bok wbiła mu w lewą stronę szyi cały mieczyk aż po rączkę, a podstawiwszy szybko mały mieszek skrzętnie schwytała doń buchającą krew, tak że nawet jedna kropla jej nie uszła i nie zostawiła nigdzie śladu.




Na to wszystko patrzyłem własnymi oczyma. Widziałem nawet, jak ta czuła Meroe – zapewne, by nie uchybić w niczym temu swojemu obrządkowi mordowania – jak wsunęła przez tę ranę rękę aż do samych wnętrzności i pogmerawszy tam wyciągnęła serce mojego nieszczęsnego kompana, z którego gardzieli przerżniętej rzeźnickim ciosem wydobywał się ino jakiś głos, a raczej słabe charczenie razem z krwawymi bąblami powietrza. Tymczasem Pantia, zakładając gąbką cały otwór rany, mówiła:
„Ej gąbko, gąbko w morzu zrodzona, żebyś mi się przez rzekę nie puściła!”.


Tak się z tym wszystkim załatwiwszy, odchodzą, a na odchodnym jedna odsunęła mój tapczan, po czym obie przykucnęły rozkraczone nad moją twarzą i dały upust swoim pęcherzom, zalewając mnie strasznie smrodliwym moczem. Ledwie wyszły za próg, a już drzwi, jakby nigdy nie tknięte, wracają na swoje dawne miejsce, zawiasy wsuwają się w swe otwory, podwoje zahaczają się o swe rygle, zasuwki zapadają w zamki. Ja zaś, jak leżałem, ciągle jeszcze rozciągnięty na ziemi, tchu nie mogąc złapać, nagi, skostniały i zlany moczem, jakby mnie w tej chwili mać porodziła – a raczej jeszcze gorzej, bo jak na poły nieżywy, jak swój własny pogrobowiec, jak taki, co sam widział już własną śmierć, albo co najmniej kandydat na szubienicę, co gotowa ino na niego czeka – ja tedy pomyślałem sobie ino, co się też stanie ze mną, kiedy rano znajdą mego towarzysza zamordowanego? Kto uwierzy, że mówię rzeczy choć podobne do prawdy, kiedy ja będę mówił prawdę samą?
Powiedzą: „Mogłeś przynajmniej krzyczeć o pomoc, jeśliś już nie mógł – ty, taki drągal! – dać rady niewieście. Więc w oczach twoich rżną człowieka, a ty gęby nie otworzysz? Dlaczegoż zaś ty sam uszedłeś takiej rzezi? Dlaczegoż ta okrutnica miałaby oszczędzić kogoś, co widział zbrodnię na własne oczy i mógłby o niej w sądzie świadczyć? Ale skoroś się wtedy wykpił od śmierci, to idźże teraz za swym towarzyszem!”.

Nad tym ino bez ustanku się głowiłem, a tymczasem mieć się zaczynało już ku dniowi. Doszedłem wreszcie do tego, że najlepiej zrobię wymykając się przed świtem chyłkiem w drogę, chociażby po omacku. Chwytam tedy mój tłumoczek i wsunąwszy klucz w drzwi usiłuję otworzyć zamek; ale te niezawodne drzwi chciały pokazać, że wiedzą, co to obowiązkowość: w nocy się wprawdzie same otwarły, ale za to teraz zaledwie ustąpiły, kiedym po jaki setny raz kręcił w zamku ich właśniusieńkim kluczem.
Wyszedłem.
„Hej, jest tam który? – wołam – Otwórz no mi wrota zajazdu, bo wyruszam przed świtem”.


Odzywa się na to nareszcie odźwierny z barłogu, gdzieś za bramą wjazdową, do pół jeszcze nieprzytomny ze snu.


„A tobie co? – powiada – ty nie wiesz, ile po drogach zbójów, że się teraz po nocy w drogę wybierasz? Ale jak ty masz na sumieniu jakieś takie sprawki, że ci i życie już niemiłe, to my tam dźwigamy jeszcze na karku głowy, a nie dynie! To ich za ciebie nastawiać nam nie ochota!”.


„Dobrze – mówię – ale już przecie dzień niedaleko. A oprócz tego, co takiemu nędzarzowi, jak ja, mogą zabrać zbóje? Ty, głupcze, nie wiesz, że nawet dziesięciu, i to atletów, nie potrafi obedrzeć gołego?”.


A na to on przewrócił się na drugi bok i wybełkotał już śpiący prawie:
„A skąd ja mogę wiedzieć, czyś ty nie poderżnął gardła temu twojemu znajomkowi, któregoś tu wieczór przyprowadził, i teraz w nogach nie szukasz ratunku?”.


W tej chwili – dobrze to mam w pamięci – zrobiło mi się tak, jakby się ziemia pode mną rozstąpiła i jakbym zobaczył samo dno Tartaru z psem Cerberem rozdziawiającym ku mnie nienasyconą paszczę. Zrozumiałem wtedy zaiste, że poczciwa Meroe oszczędziła moją gardziel nie z litości, ale z okrucieństwa: żeby mnie zachować cało dla stryczka. Wracam tedy do izby i zaczynam rozmyślać, jak by tu znaleźć jaką śmierć gwałtowną. Ale gdy los nie zostawił mi żadnego innego narzędzia do samobójczej śmierci, jak chyba tylko tapczan:
„Tapczaniku mój – powiadam – mój najdroższy, coś ze mną przetrwał tyle tarapatów, ty
jedyny nieprzekupny świadku tego, co się stało tej nocy, ty jedyny, którego mógłbym przyzwać na świadka mej niewinności wobec oskarżenia, co na mnie czyha – ty dostarcz mi pewnego sposobu, żebym się prędko dostał do podziemia!”.




Co mówiąc wydłubuję sznur, z którego była plecionka na tapczanie, zarzucam i umocowuję jeden sznura koniec na małej belce wystającej nieco spod okna, drugi koniec związuję w mocną kluczkę, wyłażę na tapczan – bo im wyżej, tym śmierć pewniejsza – i wkładam głowę w pętlicę. Ale kiedym podporę, która mnie dotąd podtrzymywała, nogą odepchnął, ażeby sznur wskutek ciężaru ciała zacisnął się koło szyi i udusił, nagle mój stryczek – stary widać i sparciały – urywa się, a ja z wysoka spadając walę się na Sokratesa, który leżał blisko pode mną, i razem z nim staczam na ziemię.
A właśnie w tej samej chwili wchodzi odźwierny i krzyczy na całe gardło:


„Gdzieżeś tam, ty, coś się o północy tak w drogę spieszył, a teraz chrapiesz pod pierzyną?”.


Na to – nie wiem, czy wskutek mojego upadku, czy na ten ryk – budzi się Sokrates, wstaje pierwszy i powiada ze złością:
„Czy to może niesłusznie wszyscy goście klną tych karczmarzy? To przecie ten natręt wścibski, co tu wlazł nie w porę – z pewnością, żeby coś zwędzić! – zbudził mnie, com taki zmęczony, swym wrzaskiem z najsmaczniejszego snu!”.


Wyłażę na to ja, ucieszony okropnie, rozpierany niespodzianą radością, i krzyczę:



„Patrz no ty, chlubo wszystkich odźwiernych, oto mój kum, mój tatuś, mój braciszek, ten, o którym w nocy po pijanemu pyskowałeś, żem go zabił!” – i między jednym słowem a drugim Sokratesa wycałowuję, wyściskuję!
 Ale on, odrzucony zapachem tej okropnej cieczy, którą mnie owe jędze zakaziły, gwałtownie mnie odpycha:


„A idźże ty precz – parska – taż ty śmierdzisz jak ostatnia kloaka” – i z prześmiechami zaczyna się dopytywać o przyczynę tych zapachów. A ja, biedaczysko, musiałem wymyślać z miejsca jakiś głupi dowcip i odwracać rozmowę na co innego.


„A chodźmyż już – powiadam, łapiąc go wpół – i użyjmy sobie przechadzki o poranku”.


Wziąłem tłumoczek i zapłaciwszy karczmarzowi za mieszkanie wyruszyliśmy w drogę...".

____________________________________________



Popularne posty z tego bloga

"Wędrówka Dusz" - dr Michael Newton. "Śmierć nie jest ciemnością, lecz światłem". Część I

"Ulecz się sam" - Andrzej Żak. Część II - Wolność jest jak zdrowie: uzyskuje wartość i stajemy się jej świadomi tylko wtedy, gdy ją tracimy...

Mitologia Indyjska: Mit o powstaniu świata, Bogini Matce i wojnie bogów!