Leszek Kołakowski - Bajki różne. Część V




V: Jak Gyom został starszym panem


Gyom był sprzedawcą lodów malinowych w mieście Batum. Był jeszcze młodym człowiekiem, a jego żona Mek-Mek była jeszcze młodsza. Jednakże Gyom uważał, że ludzie młodzi nie mają szans na dobre posady w Lailonii. Postanowił tedy zostać starszym panem i obmyślał wszystkie środki, jakie są do tego potrzebne.

— Mek-Mek - powiedział do żony - postanowiłem zostać starszym panem. 

— Ani mi się waż! - krzyknęła Mek-Mek. - Nie chcę wcale mieć męża starca.

— Zapuszczę sobie długą brodę i wąsy - mówił Gyom. 

— Wykluczone! -powiedziała Mek-Mek stanowczo.

— Będę nosił parasol.

— Nigdy się na to nie zgodzę!

— Będę nosił melonik.

— Wypraszam sobie stanowczo! 

— Będę nosił kalosze.

— Po moim trupie!

— Będę nosił okulary.

— Nie ma mowy!

— Ależ Mek-Mek, bądź rozsądna. Wiesz przecież, że starsi panowie w Lailonii mają lepsze posady i więcej zarabiają.

— Nie chcę żadnych posad i nie pozwalam ci absolutnie zostawać starszym panem.

— No to nie — powiedział Gyom. Ale w duchu pomyślał sobie, że znajdzie sposób na przekonanie Mek-Mek albo przynajmniej tak ją oszuka, że zostanie starszym panem, a Mek-Mek wcale tego nie zauważy. Rzeczywiście, następnego dnia Gyom zrobił kilka prostych zabiegów. Kupił dużą ilość różowego plastra i zakleił nim całą dolną część twarzy, gdzie rośnie broda i wąsy: postanowił bowiem, że broda i wąsy będą rosły pod plastrem i jego żona nic nie zauważy. Kupił także parasol, ale żeby nosić go niepostrzeżenie kupił jednocześnie pusty futerał do kontrabasu i wsadził parasol do środka. Kupił melonik, ale żeby go ukryć nasadził ponadto na głowę duże blaszane pudło na śmiecie; było to dość niewygodne, ale za to melonik był niewidoczny. Odział się wreszcie w kalosze, a na nie nałożył duże wyplatane koszyki, pomalowane na czerwono dla niepoznaki i przymocował je sznurkami do nóg. Wsadził też okulary i schował je pod maską gazową, w której oberwał dolną część, bo była niepotrzebna.



Teraz Gyom był bardzo zadowolony. Chodził sobie po mieście z twarzą zaklejoną plastrem na dole i z kawałem maski gazowej na górze, z blaszanym pudłem na głowie, wyplatanymi koszami na nogach i z futerałem od kontrabasu w ręku. Mek-Mek nie zauważyła wcale, że Gyom ją oszukał, spacerowała z nim po mieście i myślała, że Gyom jest nadał młodym człowiekiem, tymczasem Gyom był w rzeczywistości brodaty i chodził w okularach, z parasolem, w kaloszach i w meloniku. Jednakże rychło wyszło na jaw, że Gyom nie osiągnął celu, o który chodziło. Mek-Mek nie zauważyła wprawdzie jego przemiany w starszego pana, ale inni ludzie także nie mogli tego zauważyć, bo również nie widzieli jego brody, melonika, kaloszy, okularów i parasola; wszystko przecież było ukryte. Dlatego, kiedy Gyom szedł ulicą, nikt nie myślał, że to idzie starszy pan, ale wszyscy uważali go za zwyczajnego młodego człowieka. Tylko niektórzy znajomi mówili mu, że trochę jakby przybladł ostatnio. Tak więc Gyom mimo starań nie dostał lepszej posady, bo gdziekolwiek się zwrócił po inne zajęcie, mówiono mu: „Ależ jest pan jeszcze młodym człowiekiem, nie może pan objąć takiego stanowiska. Gdyby pan miał brodę, okulary, parasol, melonik - wtedy co innego. Ale tak?” Sprawa przedstawiała się tedy niedobrze i Gyom nadal, jak przedtem, sprzedawał lody malinowe. Jednakże nie ustawał w wysiłkach, żeby zostać starszym panem i wpadł na nowy pomysł. Zrobił sobie dwie duże tabliczki blaszane z napisem „STARSZY PAN” i zawiesił jedną na plecach, a drugą na brzuchu, aby każdy, kto go zobaczy z którejkolwiek strony, wiedział od razu, z kim ma do czynienia. Niestety, i to się nie udało. Wprawdzie ludzie czytali tabliczki, ale gdy spoglądali na Gyoma zaraz mówili: „Ależ to nie jest żaden starszy pan! To młody człowiek! Nie ma ani brody, ani okularów, ani melonika, ani kaloszy, ani parasola. Nie, przyjacielu, nie oszukasz nas, jesteś zwyczajnym młodym człowiekiem!” Gyom gryzł się bardzo swym niepowodzeniem i tak mu się przejadły te bezskuteczne starania, że postanowił zdobyć się na odwagę. Zerwał sobie plastry, pod którymi tymczasem wyrosła już broda i wąsy, zrzucił maskę gazową, zdjął blaszane pudło z głowy i kosze z nóg, wyjął parasol z futerału od kontrabasu i tak brodaty, w okularach, meloniku, kaloszach i z parasolem pokazał się pewnego ranka swojej żonie Mek-Mek. Mek-Mek, kiedy go zobaczyła, krzyknęła z przerażenia.

— Gyom, coś ty z siebie zrobił - zawołała. - Wyglądasz jak dziwadło! Zrobiłeś się starszym panem! A ja cię błagałam, żebyś tego nie robił! -I zapłakała gorzko.

— Mek-Mek, uspokój się, kochanie - pocieszał ją Gyom. -Zrobiłem to dla ciebie, bo chodzi mi o to, żeby dostać lepsze zajęcie i więcej zarabiać. W ten sposób będę mógł ci kupić znacznie więcej wody kolońskiej i szminki do malowania. Mek-Mek jednak płakała dalej tak długo, że Gyom zmartwiony poszedł na miasto, bo nie chciał dłużej słuchać jej płaczu. Pogniewali się na siebie i przez trzy dni wcale ze sobą nie rozmawiali.

Gyom nawet trochę żałował swojego kroku, ale już było za późno; wszystko już się stało i nic nie można było zrobić: już miał brodę, okulary na nosie, kalosze na nogach, parasol w ręku i melonik na głowie. Tego już nie dało się naprawić.

Gyom został więc starszym panem i tak go traktowali wszyscy przechodnie na ulicach. Zdjął nawet tabliczki z pleców i z brzucha, bo już były niepotrzebne, skoro każdy i tak wiedział, że Gyom jest starszym panem. Zaczął szukać nowej posady i rzeczywiście udało mu się niebawem zostać w wielkim hotelu wyj-mowaczem kwiatów z wazonów. Teraz zarabiał lepiej, cieszył się powszechnym szacunkiem i był zadowolony. Żeby przekonać Mek-Mek o korzyściach tej przemiany, kupił jej rzeczywiście bardzo dużo szminki i Mek-Mek mogła teraz chodzić wymalowana szminką od stóp do głów, a nie tylko, jak przedtem, karminować sobie wargi. Widząc to, Mek-Mek przekonała się jednak, że Gyom dobrze zrobił, bo dzięki temu chodziła po mieście cała w czerwieni i wszyscy wiedzieli, że nie jest byle kim, ale żoną wyjmowacza kwiatów z wazonów w bardzo wielkim hotelu.



Jednak pewnego dnia zdarzyło się nieszczęście. Gyom przed pracą poszedł, jak to nieraz czynił, wykąpać się w basenie. Zostawił na brzegu swój parasol, melonik, okulary i kalosze, a sam wskoczył do wody. Wróciwszy po chwili, zobaczył ze zgrozą, że wszystko ktoś mu ukradł. Gyom wpadł w rozpacz, ale musiał już pójść do pracy i poszedł bez melonika, parasola, okularów i kaloszy. Pocieszał się, że broda mu jednak została. Ale dyrektor hotelu, gdy tylko go zobaczył, bardzo się zdziwił: „Gyom - powiedział. - Został pan młodym człowiekiem, jak widzę. A przecież wie pan, że na odpowiedzialnym stanowisku wyjmowacza kwiatów z wazonów nie możemy w naszym hotelu zatrudniać młodych ludzi, ale tylko starszych panów. Zwalniam pana z pracy!

— Ależ ja mam brodę i wąsy — powiedział Gyom z rozpaczą.

— Broda i wąsy nie robią jeszcze starszego pana - odrzekł dyrektor stanowczo. - Dopiero melonik, okulary, kalosze i parasol! Bez tego nie ma starszego pana.

Gyom wyszedł wściekły. Tak go rozzłościła ta przygoda, że poszedł do fryzjera i kazał sobie zgolić brodę i wąsy. Postanowił, że znów zostanie młodym człowiekiem. Ale kiedy wrócił ogolony do domu, Mek-Mek załamała ręce. „Gyom — zawołała surowo — widzę, że zostałeś z powrotem młodym człowiekiem! Czy myślisz, że ja się na to zgodzę?”

— Ależ, Mek-Mek — powiedział Gyom — przecież nie chciałaś przedtem, żebym był starszym panem.

— Ale muszę mieć dosyć szminki, żeby się cała uróżowić. A jako młody człowiek nie będziesz zarabiał tyle, żeby mi kupować szminkę. Potem Mek-Mek oświadczyła stanowczo, że nie chce mieć młodego człowieka za męża. Opuściła Gyoma i wyszła za mąż za pewnego starszego pana, który dużo zarabiał, ponieważ czesał jamniki w zakładzie fryzjerskim dla piesków i słynął jako najlepszy czesacz jamników w całej Lailonii. Gyom został sam i z powrotem zaczął pracować jako sprzedawca lodów malinowych.

Na tym historia mogłaby się zakończyć, gdyby nie pewne dodatkowe wydarzenia. W kilka tygodni potem, kiedy Gyom został ponownie młodym człowiekiem, policja złapała złodzieja, który ukradł kiedyś melonik, parasol, kalosze i okulary należące do Gyoma. Okazało się, że złodziej miał te rzeczy u siebie, a policja odnalazła je i zwróciła właścicielowi. Gyom uradowany włożył kalosze, okulary i melonik, wziął w rękę parasol i udał się do dyrektora hotelu, w którym kiedyś pracował. Chciał poprosić, aby przyjęto go z powrotem do dawnej pracy, bo już znowu jest starszym panem. Ale dyrektor bardzo był zdziwiony jego żądaniem.

— Ależ, Gyom - powiedział — przecież nie ma pan brody ani wąsów.

— Ale przecież mam melonik, kalosze, okulary i parasol.

— Melonik, okulary, kalosze i parasol nie robią jeszcze starszego pana - powiedział dyrektor stanowczo. - Dopiero broda i wąsy! Bez tego nie ma starszego pana.

Gyom wyszedł bardzo zmartwiony, że znowu nie udało mu się zostać starszym panem. Pośpieszył jeszcze do Mek-Mek prosząc, żeby wróciła do niego, bo już jest znowu starszym panem (nie był naprawdę, ale tak mówił). Mek-Mek jednak zauważyła od razu oszustwo i wyśmiała go powiadając, że nie może mieć za męża kogoś, kto nie ma ani brody, ani wąsów i tylko udaje starszego pana. Gyom wrócił smutny do domu i przez cztery godziny usilnie zapuszczał wąsy i brodę. Jednak wyników nie było. Tymczasem przyszła nowa klęska. Powiedziano mu, że nie może już pracować na stanowisku sprzedawcy lodów malinowych, ponieważ na tej posadzie zatrudnia się tylko młodych ludzi, tymczasem nie jest pewne, czy Gyom nie jest czasem starszym panem: nosi przecież melonik, okulary, kalosze i parasol, a choć nie ma brody i wąsów, to jednak cała sprawa wygląda dwuznacznie.

Nie mając pracy. Gyom postanowił, że zostanie niemowlęciem, bo przecież musi mieć co jeść, a niemowlęciem każdy się zajmie. Położył się w parku na pieluszce, machał rękami i nogami i udawał podrzutka, licząc na to, że ktoś go zabierze i nakarmi. Niestety, zdradził go melonik, który zapomniał zdjąć, chociaż wyrzucił okulary, kalosze i parasol. Policjant, który go znalazł w parku, zauważył więc od razu, że Gyom nie jest wcale niemowlęciem, i przykazał mu surowo, żeby przestał udawać. Gyom wrócił do domu i ze złości zaczął zjadać własny melonik, który tak haniebnie zdradził go przed policjantem. Nie pomogły prośby i płacze: melonik został zjedzony w ciągu kilku minut. Od tego czasu życie Gyoma stało się męczarnią. Bez przerwy się zmieniał i usiłował zostać raz starszym panem, raz młodym człowiekiem, raz niemowlęciem. Ale za każdym razem czegoś tam brakowało, podstęp się wykrywał i różni ludzie jeszcze krzyczeli na Gyoma i grozili mu. Nic nie wychodziło z tych przemian i Gyom do dziś, mimo niepowodzeń, przedzierzga się ciągle i przebiera to tak, to owak. Gyom jest naprawdę bardzo biedny. Dlatego, jeśli zdarzy wam się na przykład zobaczyć w parku krzyczące niemowlę, to nawet gdyby było w meloniku albo w kaloszach, musicie się nim zaopiekować. Jest to właśnie Gyom, który chce, żeby ktoś się nim zajął i ktoś go nakarmił.

Popularne posty z tego bloga

"Ulecz się sam" - Andrzej Żak. Część II - Wolność jest jak zdrowie: uzyskuje wartość i stajemy się jej świadomi tylko wtedy, gdy ją tracimy...

Mitologia Indyjska: Mit o powstaniu świata, Bogini Matce i wojnie bogów!

"Myśli" - Seneka. Część VII