Obraz świata i aparatura pojęcia - Kazimierz Ajdukiewicz. Część II




§ 2. Hipotezy, teorie i sprawozdania z faktów

 


Z tego, co wyżej powiedziano, wynika, że można bardzo łatwo przejść od jednego języka do drugiego (w naszym rozumieniu), nie opuszczając gruntu danego tzw. “języka” (w rozumieniu potocznym). W tym wypadku ulega zmianie znaczenie, które łączy się ze słowami, przy czym często zmiany tej nie jesteśmy świadomi. Zdarza się to w życiu codziennym, a jeszcze częściej w naukach w toku ich rozwoju. Objaśnimy teraz, przynajmniej na jednym przykładzie, to przejście od jednego języka do innego, tak jak się ono dokonuje w naukach.

Jako kryterium wskazujące na to, że zaszła zmiana języka, mimo że wyrazy Nie zostały zmienione, może służyć - zgodnie z duchem naszych wywodów - zmiana dyrektyw znaczeniowych. Jeśli potrafimy np. wskazać zdanie, którego odrzucenie zrazu nie byłoby wykroczeniem przeciw właściwemu językowi przyporządkowaniu znaczeń, później jednak musiałoby być uważane za takie wykroczenie, będzie to dowodziło, że zaczęła obowiązywać w języku aksjomatyczna dyrektywa znaczeniowa, która dawniej w nim nie obowiązywała. W wyjaśnieniu niech posłuży następujący przykład.

W czasach przed Newtonem zdanie “ciało, na które działa siła nie zrównoważona przez inną siłę, zmienia swoją prędkość” było już prawdopodobnie uznawane. Opierało się ono jednakże wyłącznie na indukcji. Wyraz “siła” rozumiano antropomorficznie i znajdowano szczególne przypadki stanowiące podstawę dla tego uogólnienia. Zdanie to było jednak, jak każde zdanie oparte jedynie na indukcji, tylko dosyć mocnym przypuszczeniem. Gdyby ktoś zamiast uznać to zdanie, odrzucił je, to w tym stadium języka nie świadczyłoby to o gwałceniu właściwego językowi przyporządkowania znaczeń. Gdyby tylko znaleziona została “instantia contraria”, zdanie zostałoby odrzucone bez wahania. Dzisiaj jednak żaden fizyk - o ile mogę sądzić - nie odrzuciłby tego zdania i o każdym człowieku nie uznającym tego zdania powie się, że przez wyraz “siła” nie rozumie tego, co język fizyki rozumieć nakazuje.

Opisany przypadek świadczy o tym, że język, choć nie zmienił swego brzmienia, zmienił się jednak co do właściwego mu przyporządkowania znaczeń.


Zrazu odrzucenie przytoczonego zdania zawsze jeszcze było możliwe, nie ujrzano by w tym odrzuceniu gwałcenia języka. Nie było więc aksjomatycznej dyrektywy znaczeniowej, w myśl której należałoby to zdanie uznać. W drugim stadium języka sytuacja pod tym względem zupełnie się zmieniła. Znaczenie wyrazów użytych w tym zdaniu jest teraz tego rodzaju, że domaga się bezwzględnie uznania tego zdania. Używając naszej terminologii, możemy tę zmianę języka opisać mówiąc, że w późniejszym stadium języka zaczyna obowiązywać aksjomatyczna dyrektywa znaczeniowa, do której zakresu to zdanie należy, a która w języku wcześniejszego stadium nie obowiązywała. Można by na wielu przykładach śledzić ten proces, polegający na tym, że podnosi się do poziomu aksjomatów zdania, które zrazu uchodziły za indukcyjne uogólnienia. Proces ten świadczy jednak o tym, że nastąpiła zmiana właściwego językowi przyporządkowania znaczeń, a więc i zmiana języka. Może byłoby dobrze nazywać zasadami takie zdania, które we wcześniejszym stadium zostały przyjęte tylko jako indukcyjne uogólnienia z gotowością uchylenia się w danym razie od ich uznania i później przez zmianę języka zostały tezami aksjomatycznie przyjętymi, a termin “hipoteza” rezerwować dla indukcyjnych uogólnień, których odrzucenie nie jest zakazane przez dyrektywy znaczeniowe języka (tzn. których odrzucenie nie jest gwałceniem znaczenia).




Sądzę, że wiele twierdzeń geometrii euklidesowej (pojmowanej jako gałąź fizyki, a nie jako dyscyplina matematyczna), które dziś uchodzą za oczywiste, było kiedyś także tylko bardzo prawdopodobnymi przypuszczeniami indukcyjnymi, że jednak później dokonała się zmiana języka, polegająca na powstaniu nowych aksjomatycznych dyrektyw znaczeniowych, domagających się gotowości do bezwarunkowego uznania tych twierdzeń geometrycznych i czyniących je aksjomatami.

Pomiędzy zdaniami, uznanymi na gruncie określonego języka, może dojść do sprzeczności. Jeśli sprzeczność zaistnieje pomiędzy zdaniem, którego uznania domaga się dyrektywa znaczeniowa (a więc którego odrzucenia ta reguła zakazuje), a zdaniem, które zostało uznane, choć żadna dyrektywa znaczeniowa tego nie żądała, można sprzeczność łatwo usunąć nie opuszczając gruntu owego języka. Wystarczy bowiem zaniechać uznania zdania nie podyktowanego przez dyrektywy znaczeniowe. Z tym przypadkiem mamy do czynienia, ilekroć indukcyjna hipoteza jeszcze nie podniesiona do godności zasady znajdzie się w sprzeczności ze zdaniami uzyskanymi według empirycznych i dedukcyjnych dyrektyw znaczeniowych. Ażeby usunąć sprzeczność, rezygnujemy po prostu z hipotezy. Inaczej jest, gdy dochodzi do konfliktu pomiędzy dwoma zdaniami, które oba są podyktowane przez dyrektywy znaczeniowe. Wtedy nie można pozbyć się konfliktu inaczej, jak tylko w ten sposób, że opuszcza się teren języka, którego dyrektywy znaczeniowe domagają się uznania dwóch sprzecznych zdań.

Z takim przypadkiem możemy mieć do czynienia, gdy zdanie przyjęte jako zasada i zdanie podyktowane przez empiryczne dyrektywy znaczeniowe oraz dane doświadczenia prowadzą na dedukcyjnej drodze do sprzeczności. Chcąc uwolnić się od tej sprzeczności trzeba opuścić język, na gruncie którego konflikt powstał, i przejść do innego języka. Przejście to nie może jednak doprowadzić nas do języka dającego się przełożyć na pierwotny język, gdyż jeśli dyrektywy znaczeniowe pierwotnego języka łącznie z danymi doświadczenia dały sprzeczność, to także dyrektywy znaczeniowe każdego języka dającego się przełożyć na tamten muszą na podstawie tych samych danych doświadczenia prowadzić do sprzeczności, która, co najwyżej, może się ujawnić w inaczej brzmiących zdaniach. Jeśli chcemy uniknąć takiej sprzeczności, narzuconej nam przez dyrektywy znaczeniowe języka i np. dane wrażeniowe, musimy uciec się do języka nie dającego się przełożyć na pierwszy język, czyli musimy opuścić aparaturę pojęciową właściwą dla pierwszego języka i uciec się do innej aparatury pojęciowej. Przy tym może być zachowane brzmienie językowe jednego ze sprzecznych w pierwszym języku zdań, a nawet oba zdania co do brzmienia mogą się znaleźć jako uznane w nowym języku. Oba jednak tracą znaczenia, jakie miały w pierwszym języku. Ponieważ znaczenie zdania nazwaliśmy sądem, więc przy przejściu od jednej aparatury pojęciowej do drugiej nie zachowujemy ani empirycznego sądu, ani też sądu wyrażonego w zdaniu-zasadzie pierwszego języka.


§ 3. Skrajny konwencjonalizm

 

Dochodzimy tym samym do głównej tezy tej rozprawy. Dane doświadczenia nie narzucają nam w sposób absolutny żadnego artykułowanego sądu. Owszem, dane doświadczenia zmuszają nas do uznania pewnych sądów, gdy stajemy na gruncie danej aparatury pojęciowej, jeśli jednak zmienimy tę aparaturę pojęciową, możemy mimo obecności tych samych danych doświadczenia powstrzymać się od uznania tych sądów.
To sformułowanie naszej tezy było obrazowe i zapewne nie zadowoli kogoś domagającego się pedantycznie ścisłych sformułowań. Kto nie jest w dostatecznym stopniu pedantem, niech pominie tekst złożony petitem (w niniejszej wersji tekst w nawiasie kwadratowym M.C).
[Można by zasadnie pytać: co to znaczy, gdy mówimy, że “doświadczenie nie zmusza nas do wydania pewnego sądu”? Co tu rozumiemy pod “przymusem”? Jeżeli ma to być przymus przyczynowy, to wypowiedziane wyżej twierdzenie w swej części negatywnej wydaje się po prostu trywialne. Natomiast w części pozytywnej, w której mówimy, że doświadczenie zmusza nas do uznania sądów, gdy stajemy na gruncie jakiejś aparatury pojęciowej, wydaje się fałszywe. Jest bowiem jasną rzeczą, że przy przeżywaniu danej doświadczenia, choćby nawet bardzo mocno narzucającej się naszej uwadze (np. przy rwaniu zęba), nie jesteśmy zmuszeni do wydawania sądów artykułowanych, tzn. sądów wyrażalnych adekwatnie w słowach, i to nawet wtedy nie jesteśmy do tego zmuszeni, gdy jesteśmy nastawieni na daną aparaturę pojęciową.
Takie pojmowanie naszej tezy stanowczo odrzucamy. Jeśliśmy mówili w niej obrazowo o przymusie, nie mieliśmy na myśli jakiegoś przymusu przyczynowego. Ten sposób mówienia o przymusie wybraliśmy tylko dlatego, żeby zbyt ciężki styl rozprawy stał się strawniejszy. Mówiąc o przymusie myśleliśmy o związku hipotetycznym.
Skomentujmy to, co mamy na myśli, w sposób niezupełnie jeszcze pedantyczny, jednak już nieco ściślej: gdy mówimy: “dane doświadczenia E zmuszają nas, jeśli staniemy na gruncie aparatury pojęciowej B, do uznania sądu U”, to ma to taki sens: “w aparaturze pojęciowej B można spotkać takie pytanie rozstrzygnięcia (tzn. pytanie “czy tak, czy nie”), że odpowiedź na nie w obecności danych doświadczenia E może polegać tylko na dodatniej asercji sądu U, gdyż inaczej nie byłaby odpowiedzią na to pytanie”.
Zwrot “dane wrażeniowe E zmuszają nas bezwzględnie (a więc bez względu na aparaturę pojęciową) do uznania sądu U” znaczy natomiast: “w każdej aparaturze pojęciowej istnieje takie pytanie rozstrzygnięcia, na które w obecności danych doświadczenia E można odpowiedzieć tylko przez dodatnią asercję sądu U”.
To sformułowanie można jeszcze uprościć zważywszy, że pytanie rozstrzygnięcia to tyle, co pytanie, które dopuszcza tylko dwie odpowiedzi, z których jedna polega na dodatniej, druga na ujemnej asercji jednego i tego samego sądu ( zamiast “pytanie rozstrzygnięcia” mówimy dlatego też często: “pytanie stawiające sąd jako problem”). Takim pytaniem rozstrzygnięcia jest np. pytanie wyrażone w zdaniu pytajnym: “czy Europa jest kontynentem?”. Gdy mówiliśmy, że istnieje pytanie rozstrzygnięcia w aparaturze pojęciowej, znaczyło to, że sąd, do którego to pytanie się odnosi, istnieje w tej aparaturze pojęciowej. Rozwiązuje się zatem jakiś problem rozstrzygnięcia zawsze i tylko wtedy, gdy wydaje się jakiś sąd z dodatnią lub z ujemną asercją. W myśl powyższego możemy poprzednie wyjaśnienia w następujący sposób uprościć: “dane doświadczenia E zmuszają kogoś stojącego na gruncie aparatury pojęciowej B do wydania sądu U z dodatnią asercją” znaczy: “ w aparaturze pojęciowej B istnieje taki sąd X, że jeśli ktoś w obecności danych E wydaje sąd X z dodatnią albo ujemną asercją, wydaje tym samym sąd U z dodatnią asercją”. Jeśli pominiemy w naszym sformułowaniu, operującym pojęciem przymusu, relatywizację do aparatury pojęciowej, jeśli więc powiemy: “dane doświadczenia E zmuszają nas (niezależnie od aparatury pojęciowej) do wydania sądu U z dodatnią asercją”, będzie to znaczyło: “w każdej aparaturze pojęciowej istnieje taki sąd x, że jeśli ktoś w obecności danych E wydaje sąd x z dodatnią albo ujemną asercją, wydaje tym samym sąd U z dodatnią asercją”. Skrajny konwencjonalizm przyznaje, że dane doświadczenia ,,zmuszają” do wydawania pewnych sądów, jednakże tylko relatywnie do pewnej aparatury pojęciowej. Przeczy jednak temu, że dane doświadczenia zmuszają nas do jakiegokolwiek sądu niezależnie od aparatury pojęciowej, na której gruncie stoimy. Znaczenie obu twierdzeń po powyższych wywodach jest teraz jasne.  
 
Po tych wyjaśnieniach wydaje się jednak, że pozytywna teza skrajnego konwencjonalizmu wymaga jeszcze dowodu. Twierdzi się w niej: dla pewnych danych doświadczenia E istnieje taki sąd U i taka aparatura pojęciowa B, że w tej aparaturze pojęciowej znajduje się tego rodzaju sąd X, że o ile ktoś w obecności danych E wydaje sąd X z dodatnią albo ujemną asercją, tym samym wydaje sąd U z dodatnią asercją. Przyjmijmy, że istnieje aparatura pojęciowa B właściwa dla takiego języka S, dla którego obowiązuje empiryczna dyrektywa znaczeniowa, w myśl której ten tylko nie gwałci właściwego S przyporządkowania znaczeń, kto jest gotów uznać zdanie Z w obecności danych wrażeniowych E (a więc co najmniej nie odrzuca zdania Z w ich obecności). Niech U będzie znaczeniem zdania Z w języku S. Założywszy to twierdzimy dalej, że dane doświadczenia E zmuszają każdego stojącego na gruncie aparatury pojęciowej B do uznania sądu U. Znaczy to, że w B istnieje taki sąd X, iż dodatnia albo ujemna asercja X w obecności E, to tyle, co dodatnia asercja U. Mianowicie: samo U jest takim sądem X. Po pierwsze bowiem, U należy do aparatury pojęciowej B. Trzeba jednak pokazać, że po drugie, jeśli ktoś wydaje w obecności E sąd U z dodatnią albo ujemną asercją, to wydaje sąd U z dodatnią asercją. Sąd wydany w obecności E z ujemną asercją nie mógłby bowiem być asercją U tzn. nie mógłby mieć U jako treści. Gdyby ktoś wydał ujemny sąd o treści U, musiałby to uczynić w ten sposób, że odrzuciłby zdanie W, którego znaczenie w języku S’ byłoby utworzone przez U (mamy tu na myśli tylko werbalne procesy sądzenia) bez gwałcenia właściwego S’ przyporządkowania znaczeń. Jeśli jednak zdanie W ma w języku S’ znaczenie U, to jest ono przekładem Z z języka S na język S’. Założyliśmy, że kto odrzuca zdanie Z w obecności E, gwałci tym samym nadane znaczenia w S. Nie można więc ani odrzucić zdania Z w obecności E, ani też odrzucić przekładu Z z języka S na język S’ bez gwałcenia przez to właściwego językowi S, czy też S’, przyporządkowania znaczeń. Z tego wniosek, że w obecności E nie można wydać sądu negatywnego 0 treści U Jeśli więc ktoś wydaje w obecności E sąd U z dodatnią albo ujemną asercją, może to uczynić tylko z dodatnią asercją. Tym samym wykazaliśmy, że przy danych założeniach istnieje w aparaturze pojęciowej B taki sąd X, iż jeśli ktoś wydaje ten sąd z dodatnią albo ujemną asercją, wydaje sąd U z dodatnią asercją. Pokazaliśmy bowiem, że U samo jest takim X.
Można więc uważać za udowodnione, że istnieją sądy, do uznania których zmuszają pewne dane doświadczenia każdego, kto stoi na gruncie pewnej aparatury pojęciowej. Trzeba się tylko zgodzić na uczynione w toku dowodu założenia, że istnieje język obejmujący jakąś empiryczną dyrektywę znaczeniową. To uważamy jednak za pewne (przynajmniej dla prostych empirycznych dyrektyw znaczeniowych).
Przechodzimy teraz do drugiej tezy, przeczącej temu, że pewne doświadczenia zmuszają w sposób absolutny do uznania pewnych sądów. Twierdzimy więc, że nie istnieje taki sąd U i taka dana doświadczenia E, aby w każdej aparaturze pojęciowej istniał taki sąd X, że jeśli ktoś wydaje sąd X z dodatnią albo ujemną asercją w obecności E, wydaje tym samym sąd U z dodatnią asercją.
Przyjmijmy, że istnieje taki sąd X w aparaturze pojęciowej B; wtedy taki sąd nie może już się znaleźć w innej aparaturze pojęciowej B’. Gdyby bowiem w B istniało takie X, a w B’ takie X’, że dodatnia albo ujemna asercja X w obecności E równałaby się dodatniej asercji U, i że także dodatnia albo ujemna asercja X’ równałaby się dodatniej asercji U, to asercja X musiałaby się równać asercji X’. Więc proces sądzenia o treści X musiałby wychodzić na to samo, co proces sądzenia 0 treści X’. Jeśli jednak dwa procesy sądzenia są takie same, to ich treść jest identyczna. X musiałoby być identyczne z X’. X należy jednak do aparatury pojęciowej B, X’ zaś do aparatury pojęciowej B’, różniącej się według założenia od B. Dwie różne aparatury pojęciowe jako klasy wszystkich znaczeń dwóch spójnych i zamkniętych, a więc nieprzekładalnych, języków nie mają jednak wspólnych elementów. Więc X musi być różne od X’. Jeśli więc dodatnia asercja U polega na rozstrzygnięciu - w obecności E - pytania: “czy X?”, to nie może ona polegać na rozstrzygnięciu - w obecności E - pytania “czy X?”, jeśli X należy do innej aparatury pojęciowej niż X’. Tym samym udowodniona byłaby także negatywna teza skrajnego konwencjonalizmu, przy założeniu, że istnieją dwie różne aparatury pojęciowe. Można to z łatwością wykazać przez wskazanie na aparatury pojęciowe systemu ściśle dedukcyjnego i języka wyposażonego w empiryczne dyrektywy znaczeniowe. Te aparatury pojęciowe nie mogą być identyczne, gdyż jedna z nich nie zawiera żadnych “empirycznych znaczeń”, natomiast druga zawiera takie znaczenia. Sądzę, że nie sprawiałoby trudności pokazanie, że istnieją dwie “empiryczne”, a jednak różne aparatury pojęciowe. Moim zdaniem, np. aparatury pojęciowe klasycznej fizyki i relatywistycznej fizyki są różnymi aparaturami pojęciowymi. Żeby to uzasadnić, trzeba by jednak napisać odrębną rozprawę.
Zanim pójdziemy dalej w naszych rozważaniach, chcielibyśmy jeszcze usunąć ewentualne nieporozumienie. Mógłby ktoś pojąć nasze twierdzenie w ten sposób, jakobyśmy sądzili, że gdy przechodzimy od jednego języka do drugiego, nieprzekładalnego nań, a więc od jednej aparatury pojęciowej do innej, osiągamy w wyniku tego fakt, że pewne zdanie jest prawdziwe w jednym języku, a równoznaczne z nim zdanie drugiego języka jest fałszywe, innymi słowy, w jakiś czarodziejski sposób można spowodować, by np. zdanie “ten papier jest biały” było prawdziwe w jednym języku, natomiast zdanie będące jego przekładem na inny język było fałszywe. Byłoby to całkowitym nieporozumieniem. Nie mówiliśmy dotychczas o prawdzie i fałszu. Nie twierdziliśmy też, że moglibyśmy, będąc zmuszeni przyjąć zdanie Z na podstawie danych doświadczenia i stojąc na gruncie języka S, zyskać przez odpowiedni wybór innego języka S’ uprawnienie do odrzucenia przekładu zdania Z z języka S na S’ wbrew tym samym danym doświadczenia. Takiego poglądu nie żywimy. Twierdzimy jedynie, że przez zmianę języka można osiągnąć to, że chociaż byliśmy zmuszeni, stojąc na gruncie pewnego języka, uznać pewne zdanie w obecności pewnych danych doświadczenia, nie znajdziemy już w zmienionym języku zdania o tym samym znaczeniu, i dlatego też nie pogwałcimy przyporządkowania znaczeń właściwego temu zmienionemu językowi, powstrzymując się od uznania owego zdania i jego przekładów.
Nie należy jednak sądzić, że to przejście do innego języka, uwalniające nas od przymusu uznania jakiegoś zdania, polega na tym, że nowy język jest na to zbyt ubogi w słowa, aby móc ubrać w szatę słowną sąd, który był znaczeniem zdania podyktowanego nam przez dane doświadczenia na podstawie dyrektyw znaczeniowych pierwotnego języka. Tak właśnie byłoby, gdyby to przejście od jednego języka do drugiego polegało na otwarciu pierwszego języka. Po otwarciu pierwszego języka zabrakłoby nam może tylko słów, by wyrazić sąd, który poprzednio uznaliśmy. To przejście od jednego języka do drugiego, które my mamy na myśli, nie polega jednak na otwarciu pierwotnego języka. Mamy na myśli przejście od jednego języka do innego, w zasadzie nieprzekładalnego na pierwszy, a otwarcie języka prowadzi nas zawsze do języka w zasadzie przekładalnego. To przejście nie polega po prostu na zmianie słów albo na zubożeniu aparatury pojęciowej. Polega ono na wybraniu nowej aparatury pojęciowej, która w żadnym punkcie nie pokrywa się z dawną aparaturą pojęciową. 0 tym szczególe będziemy w dalszym ciągu jeszcze mówić.  

Popularne posty z tego bloga

"Wędrówka Dusz" - dr Michael Newton. "Śmierć nie jest ciemnością, lecz światłem". Część I

"Ulecz się sam" - Andrzej Żak. Część II - Wolność jest jak zdrowie: uzyskuje wartość i stajemy się jej świadomi tylko wtedy, gdy ją tracimy...

Mitologia Indyjska: Mit o powstaniu świata, Bogini Matce i wojnie bogów!