"Leszek Kołakowski: historia i odpowiedzialność" - by Jerzy Jedlicki.


Neil Rodger  ©

Na wstępie:  To już trzecia rocznica prowadzenia tego bloga. Ponoć Dziadek Czas uczy pokory, ale mnie nauczył tylko jednego, natury ludzkiej. Patrzę wstecz i sama się sobie dziwię, że mogłam być kiedyś taaakkaa naiwna. Chyba jak każdy, tylko że dzisiaj, kiedy celowo taką gram, już mnie to nie bawi. No cóż. Tak czy owak, dziękuję każdemu, kto czyta tego i nie tylko tego, bloga (niespełna 3 tyg. temu obchodziłam 3 rocznicę na Wookies) i wyciąga z zamieszczanych tutaj tekstów prawidłowe wnioski a przynajmniej stara się wzbogacać swoje życie o myśli głębsze. Każdemu kto w tym oszalałym świecie jeszcze koffa i szanuje Filozofię - Matkę Nauk Wszelakich, życzę jak najlepiej. Jeśli nie Wy, to kto? 


Post dedykuję nieżyjącemu od trzech lat -- prof. Leszkowi Kołakowskiemu, wielkiemu filozofowi o genialnym umyśle, wszechstronnych zainteresowaniach i głębokiej refleksji nad naturą tego naszego dziwnego życia i świata. Na zawsze w mej pamięci.



(23.10.1927 -- 17.07.2009 )



Problem odpowiedzialności jest jednym z głównych wątków filozofii moralnej Leszka Kołakowskiego. Najwcześniejszy tekst, w którym z pojęciem odpowiedzialności się borykał, pochodzi z 1955 roku. A ostatni na ten temat, jaki odnalazłem, jest z 1997 roku. Tak więc przez ponad 40 lat temat, który wziąłem za przedmiot mojego krótkiego sprawozdania, był obecny w jego twórczości. 


Oczywiście nie chodzi tu i nie będzie chodzić o odpowiedzialność karną, cywilną ani polityczną, ale o odpowiedzialność moralną człowieka za jego czyny i zaniechania, to znaczy o odpowiedzialność bez widomych sankcji. Chodzi zatem o granice autonomii moralnej każdego z nas: o to, czy decyzje i wybory podejmujemy swobodnie i na własne ryzyko moralne, czy też możemy scedować odpowiedzialność na czynniki zewnętrzne, które nas przymusiły lub uformowały w taki sposób, że nasza wolność wyboru stała się iluzoryczna. 


Według Leszka Kołakowskiego, jeżeli go dobrze rozumiem, wolność wyboru jest niezbywalna, a próby jej zrzeczenia się i uchylenia przed odpowiedzialnością są złudne. Owe fantomatyczne siły zewnętrzne, na które powołujemy się, aby usprawiedliwić własne postępowanie, bywają różnorodne. Młody marksista próbował zrazu pogodzić przekonanie, iż prawa dziejowe determinują świadomość społeczną i wolę polityczną, z przeświadczeniem o suwerenności jednostkowych decyzji, które podlegają przeto ocenom moralnym. „Wola wydarta losowi” – pisał – wplata się w łańcuch przyczyn, stając się czynnikiem sprawstwa. Godził takim sposobem, nie on pierwszy, determinizm zdarzeń historycznych z zuchwałym aktywizmem rewolucjonisty przyjmującego odpowiedzialność za pchnięcie dziejów, niecierpliwe przyspieszanie tego, co i tak ma się stać.


Rychło jednak pojawiła się świadomość, że ów aktywizm nie służył dobrej sprawie. I co za tym idzie, został przez filozofa sformułowany nakaz nieufności „wobec wszelkiej historiozofii profetycznej i przewidującej przyszłość z nadmierną pewnością”. Kryteria dobra i zła, oceny działań ludzkich są w tej optyce rozłączne względem orzeczeń postępu dziejowego: tak iż ani urzeczywistnienia historyczne nie mogą czerpać usprawiedliwienia z intencji działaczy, ani odwrotnie.


Leszek Kołakowski stanowczo, acz bez osobistych wynurzeń, odrzucił wszelkie wybiegi, jakie miałyby usprawiedliwić mylne zaangażowanie „porządnego człowieka w czasach zbrodni”. „Niewiedza – pisał – nie zwalnia od odpowiedzialności, ponieważ są sytuacje, w których wiedzieć jest obowiązkiem moralnym”. Albo jeszcze dobitniej: „być oszukanym w polityce nie jest usprawiedliwieniem, niekiedy jest takim samym przestępstwem, jak oszukiwać samemu”.

Martha Mayer Erlebacher  ©

Wobec skwapliwości, z jaką tak wielu intelektualistów europejskich dało się oszukać i wejść do złej gry, pojawia się pokusa wycofania, pokusa klerkizmu. Kołakowski w roku 1957 broni postawy klerka jako dopuszczalnej alternatywy, ale – jak dobrze wiemy – sam nie poszedł tą drogą, wręcz przeciwnie. Jego postawa jest bliska znanemu zdaniu Stanisława Ossowskiego, że zawodowym obowiązkiem pracownika naukowego jest nieposłuszeństwo w myśleniu: „Pod tym względem nie wolno mu być posłusznym ani synodowi, ani komitetowi, ani ministrowi, ani cesarzowi, ani Panu Bogu”. Podobnie sądzi Hannah Arendt, która powiada, że „nie ma czegoś takiego jak posłuszeństwo w sprawach moralnych i politycznych”.


Posłuszeństwo to wybór, a nie konieczność. O intelektualistach europejskich XX wieku Kołakowski napisze, że „chociaż ponoszą znaczną odpowiedzialność za rozszerzenie i utrwalenie świata komunistycznego, przyczynili się również potężnie do jego rozkładu: wcześniej czy później posłuszeństwo okazywało się nie do zniesienia i nie do pogodzenia z roszczeniami intelektualnymi; szczególnie niszczycielscy wśród nich byli przy tym nie ci, którzy całkowicie posłuszeństwo wypowiadali i atakowali doktrynę z zewnątrz, lecz ci, którzy ją od wewnątrz chcieli reperować”. Od intelektualistów wszakże należy wymagać więcej niż zdolności do nieposłuszeństwa względem doktryny. Bo także, zwracam uwagę na to zdanie, „czujnej nieufności do własnych słów i własnych identyfikacji”. 


To dyrektywa znamienna w świecie idei, w którym zawsze istniał raczej nadmiar pewności siebie i swoich przeświadczeń. Sam Kołakowski silnie tę dyrektywę sobie przyswoił nie dlatego, by nie umiał albo nie chciał brać odpowiedzialności za swoje myśli, słowa i akcesy, lecz ponieważ świadom był, jak nikt inny, antynomiczności życia moralnego i niebezpieczeństw absolutyzacji jakiejkolwiek wartości lub dążności. To przekonanie przenika całą jego twórczość filozoficzną.


Rzeczy, które cenimy, cele, jakim przypisujemy wartość, bywają ze swej natury niewspółmierne i przybliżanie jednych nieraz oddala albo niweczy realizację innych. Przeto „w każdym wyborze między wartościami konfliktowymi postępujemy jakoś dobrze i jakoś źle” . A mimo to raz po raz musimy wybierać, co jest źródłem ustawicznego niepokoju moralnego.

Można próbować uśmierzyć ten niepokój przez scedowanie odpowiedzialności na jakiś autorytet moralny, na władzę opiekuńczą albo na kodeksy etyczne i łudzić się, że one w każdej sytuacji życiowej bądź historycznej podpowiedzą jedynie słuszną decyzję. Takie schronienie Kołakowski uznał za „rodzaj regresji infantylnej, produkt lęku przed dojrzałością” . Nie ma – dowodził – tak kompletnego zbioru przykazań lub norm etycznych, iżby przez proste przyłożenie mógł rozstrzygać nieuleczalne antynomie etyczne. Kodeksy sakralne czy świeckie są wręcz wychowawczo szkodliwe, gdyż „zagłuszają samowiedzę moralną i poczucie odpowiedzialności za zło utajone w naszych dobrych wyborach”. Słowem, raz jeszcze: chęci ucieczki od wolności są złudne. Nie możemy naprawdę wyzbyć się naszej suwerenności i uniknąć związanego z nią ryzyka moralnej omyłki.


Dylematu tego Leszek Kołakowski nie rozważał osobno w makroskali politycznej. Nie znalazłem w jego pismach weberowskiego odróżnienia etyki przekonań od etyki odpowiedzialności, która miałaby rzekomo być właściwa tylko dla działań politycznych. Ale to rozróżnienie może mieć sens – a i to, obawiam się, niepewny – w odniesieniu do polityki państwowej. Z tą Kołakowski nie miał bliższych stosunków i nie bardzo się nią interesował.  


Był członkiem i zagranicznym przedstawicielem KOR-u, głosem polskiej opozycji demokratycznej w latach 70. i 80. W tym środowisku, dla którego był wiernym przyjacielem i autorytetem, etyka przekonań i etyka odpowiedzialności pozostawały nierozdzielne, tak jak nierozdzielne były troska o prawość i troska o skuteczność, co chroniło uczestników kręgu Jacka Kuronia i kręgu Bronisława Geremka zarówno przed oportunizmem, jak i przed politycznym hazardem.


Ale oto wyszliśmy na szeroki świat demokracji i nowoczesności, a pytanie o autonomię moralną jednostki zaczęło jawić się na nowo, w innym zgoła układzie rzeczy.


W wykładzie wygłoszonym w Instytucie Katolickim w Paryżu Leszek Kołakowski stwierdził, że odpowiedzialność „to temat, w którym streszcza się i objawia wielka choroba naszej cywilizacji – choroba być może jeszcze nie śmiertelna, lecz niezwykle niepokojąca”. To jest, słowem, schorzenie cywilizacji liberalnej, która odpowiedzialnością za nasze postępki oraz nieszczęścia uczy jakoby obciążać anonimowe społeczeństwo albo państwo opiekuńcze, albo korporacje, albo „system”, i w ten sposób uśmierza lub wyzuwa z sensu doświadczanie czynionego zła, winy i poczucia odpowiedzialności za własne życie. Przykładem – nawet zabawnym – mogą być procesy, jakie palacze papierosów wytaczali w Stanach Zjednoczonych producentom tytoniu, żądając odszkodowań za utracone zdrowie. Kołakowski widzi w tym przejaw przerzucania odpowiedzialności za własne, wiadomym ryzykiem obarczone postępowanie.


Martha Mayer Erlebacher  ©

O tym jednak tyle bym powiedział, że ludzka skłonność do obarczania innych swoimi grzechami lub błędami zdaje się wieczna. I nie wydaje mi się, aby akurat nasza cywilizacja miała być winna takiej depersonalizacji. W polskim życiu publicznym i medialnym możemy raczej obserwować proces przeciwny: szukania i oskarżania imiennych winowajców każdego niepowodzenia, katastrofy, nieszczęśliwego wypadku czy wady prawa. Stąd mamy w mediach bezustanną paradę moralistów i inkwizytorów.


Odpowiedzialności nie da się jednak całkowicie spersonalizować, odciążając instytucje, przepisy prawa, „system” i nacisk otoczenia. Aczkolwiek mówiliśmy tutaj, że posłuszeństwo nie uniewinnia osoby ludzkiej, gdyż nie odejmuje jej władzy sądzenia, to przecież wiemy także, że ci sami ludzie w różnych sytuacjach ujawniają zgoła różne jakości moralne. Wszak ograniczanie odpowiedzialności za zbrodnie hitleryzmu czy stalinizmu do osób dyktatorów, ewentualnie pospołu z ich najbliższymi współpracownikami i bezpośrednimi wykonawcami, budzi w nas zazwyczaj przekonanie, że chce się tym sposobem odpowiedzialność zbanalizować, a współuczestnictwo milczącego narodu pomniejszyć.


Dotykamy tutaj na koniec wielkiej i wciąż niezakończonej debaty o odpowiedzialności zbiorowej w jej wymiarze historycznym.


W tę debatę Leszek Kołakowski, jeśli czegoś nie przeoczyłem, włączył się późno, w jednym ze swoich „mini-wykładów”, gdzie uznał, że silna identyfikacja ze wspólnotą narodową lub wyznaniową pociąga za sobą „poczucie uczestnictwa w tym, co ta zbiorowość czyniła i czyni – złego lub dobrego...”. To pojęcie i poczucie odpowiedzialności historycznej nie zanika, jak wiadomo, wraz z odejściem pokolenia sprawców, zwłaszcza jeśli chodzi o masowe zbrodnie przeciw ludzkości. Przeciwnie nawet, powraca ono i przybiera na sile w miarę, jak zmieniony system wychowania moralnego każe (z przekonania lub z konformizmu) odrzucić te przeświadczenia i emocje wspólnotowe, które dopuściły zbrodniczą organizację przemocy i zagłady, a także otwarte z nią sympatyzowanie bądź bierne na nią przyzwolenie. Dopiero po takiej przemianie świata wartości, jeśli jest autentyczna, poczucie odpowiedzialności odziedziczonej może stać się dotkliwe.


Leszek Kołakowski takie dziedziczenie uznaje, wszelako nakładając istotny warunek ograniczający. Przytoczę dłuższy fragment z jego eseju o odpowiedzialności zbiorowej:

„Czy wolno nam domagać się, aby Niemcy narodzeni po wojnie albo krótko przed wojną, a więc dziś już 60-letni, czuli się odpowiedzialni za zbrodnie hitlerowskie? Żeby współcześni Amerykanie mieli poczucie winy za niewolnictwo czy wyrzynanie czerwonoskórych, Anglicy – za wyzysk dzieci w epoce wiktoriańskiej, a Polacy – za prześladowania religijne w siedemnastym wieku lub okropną politykę wobec mniejszości narodowych w latach międzywojennych? Odpowiedź chyba jest taka: nie, żądać od innych tego nie można, ale żądać od samych siebie można i należy, bo to się przyczynia do naszego zdrowia duchowego. [...] Nie jesteśmy osobiście odpowiedzialni za swoich przodków, ale jeśli wierzymy w to, że naród jest całością duchową i moralną, że przechowuje w czasie swoją tożsamość, chociaż pokolenia wymierają, a inne przychodzą na ich miejsce, to chyba jest dobrze wierzyć, że obok odpowiedzialności jednostkowej jest i zbiorowa, to jest narodu jako całości ciągłej”.

Warunek zaniechania pretensji do „innych” jest jednak psychologicznie trudny do spełnienia, gdyż potomkowie ofiar oczekują przynajmniej jakiegoś aktu ekspiacji ze strony niewinnych dziedziców zbrodniczego skalania. Oczekiwanie takie w sprzyjających okolicznościach bywa spełnione, np. w postaci nieco infantylnych rytuałów „przepraszania” i „pojednania”, które przeważnie i tak nie satysfakcjonują oskarżycieli. Mało prawdopodobne, iżby do Ormian mógł trafić argument, że nie powinni domagać się od Turków przyznania odpowiedzialności za to, co się stało przed wiekiem. Niemniej chciałbym się zbliżyć do stanowiska Kołakowskiego w przekonaniu, że w tej materii nie wyrównanie rachunków jest najważniejsze, zresztą przeważnie nie jest ono w żadnym sensie możliwe do wyobrażenia, i nie to także, aby doczekać aktu wymuszonego najczęściej ubolewania i symbolicznego zadośćuczynienia. Najważniejsze wydaje się dojście do ładu z bagażem własnego dziedzictwa, z historią swojego narodu czy Kościoła.


Oczekiwanie, iż Władimir Putin miałby przeprosić Polaków za Katyń, jest naiwne, ale pozostaje fakt, że Rosjanie jako naród (pomijając garstkę niepokornych intelektualistów) zdają się dalecy od tego, aby uznać nieupiększoną prawdę o swojej historii, o bezmiernych własnych i cudzych ofiarach ich zbrodniczych władców. Są to winni nie nam, lecz sobie samym. Podobnie niewygasły polski antysemityzm, jego ofiary i jego moralne skutki, to nie jest już sprawa między Polakami a Żydami: sedno sprawy stanowi brak od wagi uznania przez samych Polaków nieozdobionej prawdy historycznej, za którą pora przyjąć odpowiedzialność bez małostkowych wykrętów. To jesteśmy winni uczynić przede wszystkim jako nauczyciele.


5 listopada 2003 roku, przy okazji przyjęcia nagrody Klugego, Kołakowski wygłosił w Waszyngtonie krótki odczyt pod tytułem Do czego służy przeszłość:

„Musimy – mówił – przyswoić sobie historię jako naszą własną, z jej zgrozą i potwornościami, równie jak jej piękno i chwałę; jej okrucieństwa i prześladowania, równie jak wspaniałe dzieła ludzkiego umysłu i ręki. Musimy to uczynić, jeśli mamy znać nasze właściwe miejsce we wszechświecie i wiedzieć, kim jesteśmy i jak mamy postępować”. 

Antynomia odpowiedzialności jednostkowej i odpowiedzialności zbiorowej pozostaje nieusuwalna. Człowiek poszczególny, o ile posiada elementarne rozeznanie, jest suwerennym podmiotem moralnym i zarazem członkiem wspólnoty uległym jej prawom, ktokolwiek bądź je ustanowił. W sobie samym ma światło i porusza się po omacku. Lekcja Leszka Kołakowskiego to lekcja życia i myślenia w świecie, jak mówił, „dziurawym” i w kondycji pełnej niepewności oraz niekonsekwencji.

Popularne posty z tego bloga

"Ulecz się sam" - Andrzej Żak. Część II - Wolność jest jak zdrowie: uzyskuje wartość i stajemy się jej świadomi tylko wtedy, gdy ją tracimy...

Mitologia Indyjska: Mit o powstaniu świata, Bogini Matce i wojnie bogów!

"Myśli" - Seneka. Część VII