"Souad - Kobieta Spalona Żywcem" - Część III




Część III


"Ogień"


Nagle słyszę trzask bramy. Już tu jest, zbliża się. Jest dwadzieścia pięć lat później, a ja nadal widzę te obrazy, jak­by czas się zatrzymał. To ostatnie wspomnienia, jakie mi stamtąd pozostały, z mojego życia w rodzinnej wiosce w Cisjordanii. Prze­suwają mi się przed oczami w zwolnionym tempie, niczym film na wideo. Powracają do mnie bez przerwy. Chciałabym je wymazać, kiedy tylko pojawia się pierwszy obraz, ale nie mogę zatrzymać te­go filmu. Kiedy trzaska brama, jest już za późno, nic się już nie za­trzyma, muszę znowu wszystko zobaczyć, bo ciągle staram się zro­zumieć: jak on to zrobił? Czy zdołałabym się mu wymknąć, gdybym zrozumiała? Zbliża się w moim kierunku. To mój szwagier, Hussein, w robo­czym ubraniu, starych spodniach i podkoszulku. Staje przede mną i mówi: „Cześć, co słychać?", z uśmiechem na ustach. Spokojnie żu­je trawę i bez przerwy się uśmiecha: „Zajmę się tobą". Ten uśmiech... mówi, że się mną zajmie, tego się nie spodziewa­łam. Więc też się uśmiecham, chcąc mu podziękować, nie ośmielam się wykrztusić ani słowa.
-    Masz duży brzuch, co?
Schylam głowę, wstydzę się na niego spojrzeć. Pochylam głowę jeszcze niżej, broda dotyka mi kolan. 
-   Masz tutaj plamkę. Specjalnie położyłaś hennę?
-   Nie, kładłam hennę na włosy, nie zrobiłam tego umyślnie.
-   Zrobiłaś to umyślnie, żeby to ukryć.
Patrzę na bieliznę, którą właśnie płuczę, ręce mi drżą. I to jest ostatni obraz, dokładny i przejrzysty. Ta bielizna i moje drżące ręce. Ostatnie słowa, które słyszę z jego ust, brzmią:
-   „Zrobiłaś to umyślnie, żeby to ukryć".
Nie powiedział już nic więcej, głowę miałam ciągle spuszczoną ze wstydu, trochę uspokojona, że nie zadaje mi dalszych pytań. I nagle poczułam coś zimnego, coś, co spływało po mojej głowie. I natychmiast miałam na sobie ogień. Zrozumiałam, że to ogień, i wte­dy film przyśpiesza, obrazy przesuwają się w zawrotnym tempie. Za­czynam boso biec do ogrodu, rękami uderzam się po włosach, krzy­czę, czuję za sobą łopoczącą sukienkę. Czy ogień był także na mojej sukience? Czuję zapach ropy naftowej, biegnę, dół sukienki nie pozwala mi robić dużych kroków. Kieruje mną przerażenie, poruszam się instynk­townie, byle jak najdalej od podwórza. Biegnę w kierunku ogrodu, bo nie ma stąd innego wyjścia. Ale prawie nie pamiętam, co działo się potem. Wiem tylko, że jestem cała w ogniu i wyję. Jak udało mi się wymknąć? Czy on pobiegł za mną? Czy może czekał, aż upadnę, by spokojnie patrzeć, jak się palę? Z trudem wdrapałam się na murek otaczający ogród, a potem znalazłam się, nie wiem, albo w ogrodzie sąsiadów, albo na ulicy. Były tam jakieś kobiety, wydaje mi się, że dwie, więc musiała to być ulica, i uderzały we mnie. Szalami zdjętymi z głowy, jak przy­puszczam. Zaciągnęły mnie aż do wiejskiej fontanny i nagle spadła na mnie woda, a ja wciąż wyłam ze strachu. Słyszałam, że te kobiety krzyczą, ale już niczego nie widziałam. Ciągle miałam opuszczoną na piersi głowę, czułam, że lała się na mnie zimna woda, co trwało bez końca, a ja krzyczałam, bo ta zimna woda strasznie mnie paliła. Byłam sku­lona, czułam zapach smażonego mięsa, dym. Musiałam zemdleć. Już niewiele widziałam. Dostrzegam jeszcze jakieś rozproszone obrazy, hałasy, jakbym by­ła w furgonetce mojego ojca. Ale to nie jest mój ojciec. Słyszę głosy kobiet, płaczą nade mną. „Biedna", „biedna"... Pocieszają mnie. Czu­ję wstrząsy samochodu na drodze. Słyszę, jak drżę.  Potem znowu nic, a później odgłos jadącego samochodu i głosy kobiet. Płonę nadal, jakby ciągle jeszcze był na mnie ogień. Nie mo­gę podnieść głowy, nie mogę poruszyć ani ciałem, ani rękami, cała jestem w ogniu, ciągle w ogniu... cuchnę benzyną, nic nie rozumiem z dźwięku motoru, z lamentu tych kobiet, nie wiem, dokąd mnie za­bierają. Kiedy otwieram nieco oczy, widzę jedynie kawałek mojej su­kienki i skóry. To jest czarne i śmierdzi. Ciągle płonę, choć nie ma już na mnie ognia. Ale pomimo to płonę. W myślach nadal biegnę, cała w płomieniach. Zaraz umrę. To dobrze. Być może już jestem martwa. Nareszcie koniec.

"Umrzeć"

Znajduję się na szpitalnym łóżku, skulona pod prześcieradłem jak pies. Pojawia się jakaś pielęgniarka i zrywa ze mnie sukienkę. Ciągnie złośliwie materiał, paraliżuje mnie cierpienie. Prawie niczego nie wi­dzę, moja broda przylepiła się do klatki piersiowej, nie mogę jej pod­nieść. Rękami też nie jestem w stanie poruszać. Czuję ból w głowie, na ramionach, plecach i piersiach. Brzydko pachnę. Ta pielęgniarka jest tak złośliwa, że kiedy wchodzi do pokoju, ogarnia mnie paraliżu­jący strach. Nie odzywa się do mnie. Przychodzi wyrywać mi kawał­ki mojej skóry, kładzie kompres i wychodzi. Gdyby mogła mnie uśmiercić, zrobiłaby to, jestem pewna. Jestem złą dziewuchą, skoro mnie spalono. Widocznie sobie na to zasłużyłam. Przecież nie jestem mężatką, a jestem w ciąży. Dobrze wiem, co o mnie myśli.


Ciemność. Śpiączka. Ile czasu, nocy i dni..?  Nikt nie chce mnie dotknąć, nikt się mną nie zajmuje, nie dostaję nic do jedzenia i picia, wszyscy czekają, kiedy umrę. A ja tak chciałabym umrzeć, tak bardzo się wstydzę, że nadal je­stem przy życiu. I tak bardzo cierpię. To nie ja się poruszam, to ta nie­dobra kobieta przewraca mnie, żeby zrywać kolejne kawałki skóry. Nic więcej. Chciałabym oleju, by trochę stłumić to straszne palenie, chciałabym, żeby ktoś zdjął ze mnie prześcieradło, aby świeże powie­trze dało mi nieco chłodu. Jest tu jakiś lekarz. Zobaczyłam nogi w spodniach i białą bluzę. Coś mówił, ale nie zrozumiałam. I ciągle przychodzi ta niedobra kobieta. Mogę poruszać nogami, używam ich, aby od czasu do czasu unieść prześcieradło. Bolą mnie plecy, bolą mnie boki. Śpię z brodą przyklejoną na stałe do klatki piersiowej. Ze zwieszoną głową, tak jak w chwili, gdy pojawił się na mnie ogień.


Moje ręce są dziwne, trochę rozłożone na boki i obie sparaliżowa­ne. Niby są na swoim miejscu, ale już mi do niczego nie służą. Tak bardzo chciałabym się drapać, zedrzeć siebie tę skórę, byle już tylko nie cierpieć. Zmuszają mnie do wstania. Idę z tą pielęgniarką. Bolą mnie oczy. Widzę moje nogi, wiszące po obu stronach ręce, kafelki. Nienawidzę tej kobiety. Prowadzi mnie do łazienki i bierze szlauch, żeby mnie umyć. Mówi, że tak okropnie śmierdzę, iż chce się jej wymiotować. Cuchnę. Płaczę i stoję tam jak plugawy śmieć, jak obrzydliwa zgnili­zna, na którą wylewa się kubeł zimnej wody. Jak kupa w sedesie. Uru­chamia się rezerwuar i już jest koniec. Cierpienie. Woda odrywa mi skórę, krzyczę, płaczę, błagam, krew spływa mi aż do stóp. Ona każe mi stać prosto. Wyrywa silnym strumieniem lodowatej wody kawałki czarnej skóry, strzępy spalonej sukienki, obrzydliwe śmieci, które gromadzą się w rogu kabiny. Wyraźnie czuję zgniliznę, spalone i uwędzone ciało. Pielęgniarka założyła maskę i od czasu do czasu wychodzi z łazienki, przeklinając mnie i kaszląc.




Budzę w niej obrzydzenie, powinnam zdechnąć jak pies, ale z da­leka od niej. Dlaczego więc ze mną nie kończy? Wracam do łóżka, płonąca i lodowata jednocześnie. Ona rzuca na mnie prześcieradło, by mnie więcej nie widzieć. Zdychaj - mówi jej wzrok. Zdychaj, to wy­rzucimy cię stąd. Jest tu mój ojciec ze swoją laską. Jest wściekły, wali nią w podło­gę, chce wiedzieć, z kim jestem w ciąży, kto mnie tu przywiózł, jak się to wszystko odbyło. Ma zaczerwienione oczy. Płacze, to stary człowiek, ale ciągle się boję i jego, i tej laski, nie jestem w stanie od­powiadać na pytania. Chcę zasnąć albo umrzeć, lub się obudzić. Oj­ciec tu był, ale już go nie ma. Ale to nie był sen, w głowie nadal mi dźwięczy: 

-   „Mów!"

Udaje mi się trochę unieść, prawie siedzę, co pozwala nie czuć przylepionych do prześcieradła ramion, głowę podtrzymuje mi po­duszka. Nic nie sprawia mi ulgi, ale przez uchylone drzwi mogę cho­ciaż widzieć, co się dzieje na korytarzu. Słyszę kogoś, spostrzegam bose stopy, długą, czarną sukienkę, niedużą sylwetkę, taką jak moja, szczupłą, prawie chudą. To nie pielęgniarka. To moja matka. Jej dwa warkocze posmarowane oliwą z oliwek, czarny szal, to za­bawne czoło, wypukłe między schodzącymi się nad nosem brwiami, podobna do żerującego ptaka. Boję się jej. Siada na stołku, na brzu­chu trzyma czarną torbę. I zaczyna szlochać, pociągać nosem, wycie­rać chusteczką łzy, kiwa głową. Płacze ze zmartwienia i wstydu. Płacze nad sobą i całą rodziną. W jej oczach widzę nienawiść. Wypytuje mnie, przyciskając torbę do piersi. Dobrze znam tę tor­bę, przypomina mi dom. Zawsze zabiera ją ze sobą, kiedy wychodzi, jedzie do miasta czy idzie w pole. Wkłada do niej chleb, plastikową butelkę z wodą, czasem mleko. Boję się, ale mniej niż w obecności oj­ca, jak zwykle. Ojciec może mnie zabić, ona nie. Nie mówi, tylko wyjękuje zdania, ja szepcę.

-    Posłuchaj, córko.... Nigdy nie będę mogła przyjąć cię z powro­tem do domu w takim stanie, już nie możesz mieszkać w domu, czy ty siebie widziałaś?

Nie mogę się zobaczyć.

-    Jesteś spalona. Wstyd spadł na całą rodzinę. Teraz nie mogę cię już zabrać. Powiedz mi, jak to się stało, że zaszłaś w ciążę? Z kim?

-    To Faiez. Nie znam nazwiska jego ojca.

-    Faiez? Nasz sąsiad?

I znów zaczyna, płakać i wciskać zwiniętą chusteczkę do oczu, jak­by chciała ją wbić sobie do głowy.

-    Gdzieś ty to zrobiła? Gdzie?

-    Na polu.

Wykrzywia się, gryzie sobie wargi i płacze jeszcze bardziej.

-    Posłuchaj, moja córko, posłuchaj, bardzo chciałabym, żebyś umarła, będzie lepiej, jak umrzesz. Twój brat jest młody, jeśli nie umrzesz, będzie miał kłopoty.

-    Mój brat będzie miał kłopoty. Jakie kłopoty? Nic nie rozumiem.

-    Przyjechała policja, żeby zobaczyć się z całą rodziną. Z całą rodzi­ną. Twoim ojcem, twoim bratem, twoją matką i twoim szwagrem, z całą rodziną. Jeżeli nie umrzesz, twój brat też będzie miał kłopoty z policją.

Chyba wyjęła szklankę z torby, bo dookoła mnie niczego nie ma. Ani stolika przy łóżku, ani innego mebla. Nie, nie widziałam, żeby szukała w torbie, wzięła szklankę z parapetu pod oknem, to szklanka szpitalna. Ale nie zauważyłam, czym ją wypełniła.

-    Jeśli tego nie wypijesz, twój brat będzie miał problemy, do domu przyjechała policja.

Pewnie nalała czegoś do niej, kiedy płakałam ze wstydu, z cierpie­nia, ze strachu. Płakałam z tylu powodów, z opuszczoną głową i za­mkniętymi oczami.

-    Wypij to... co ci ja daję.

Nigdy nie zapomnę tej dużej szklanki, pełnej po brzegi, z przezro­czystym płynem w środku, wyglądającym jak woda.

-    Wypijesz to i twój brat nie będzie miał kłopotów. Tak będzie lepiej, lepiej dla ciebie, lepiej dla mnie, lepiej dla twojego brata.

I płakała. Ja także. Pamiętam, że łzy spływały mi po oparzeniach na policzkach, brodzie, wzdłuż szyi i rozdzierały mi skórę.

Nie byłam w stanie podnieść rąk. To ona położyła mi dłonie na głowie i nieco ją podniosła, kierując w stronę trzymanej przez nią szklanki. Do tej pory nikt nie dał mi nic do picia. Zbliżyła tę dużą szklankę do moich ust. Chciałam zamoczyć w niej chociaż wargi, tak bardzo chciało mi się pić. Próbowałam podnieść brodę, ale mi się nie udało.

Nagle do pokoju wszedł lekarz i matka podskoczyła. Wziął szklan­kę gwałtownym ruchem, postawił ją brutalnie na oknie i krzyknął bar­dzo głośno: „Nie!"

Widziałam, jak płyn rozpływał się po parapecie. Płynął wzdłuż szklanki, przezroczysty, zupełnie jak woda. Lekarz wziął matkę pod ramię i wyprowadził z pokoju. Ciągle pa­trzyłam na tę szklankę, wypiłabym to nawet z podłogi, wylizałabym językiem jak pies. Chciało mi się pić, chciałam w równym stopniu ugasić pragnienie co umrzeć.



Lekarz wrócił z powrotem i powiedział:


-    Masz szczęście, że przyszedłem w odpowiedniej chwili. Naj­pierw twój ojciec, a teraz matka! Nikt z twojej rodziny więcej tu nie wejdzie!

Wziął szklankę i jeszcze raz powtórzył:

-   Miałaś szczęście... Nie chcę już nikogo widzieć z twojej ro­dziny!

-    Mój brat Assad, chciałabym zobaczyć brata, on jest miły.


Nie wiem, co mi odpowiedział. Zachowywałam się dziwnie, w głowie wszystko mi się kręciło. Czy matka mówiła mi o policji, że mój brat będzie miał kłopoty? Dlaczego on, przecież to Hussein roz­palił na mnie ogień? Ta szklanka miała sprowadzić na mnie śmierć. Z brzegu okna jeszcze widać było plamę. Matka pragnęła mojej śmierci, ja również. A jednak miałam szczęście, tak powiedział le­karz, bo już prawie wypiłam tę niewidzialną truciznę. Czułam się wy­zwolona, jakby mnie ktoś odczarował od śmierci, jakby lekarz prze­pędził ją w jednej sekundzie. Moja matka była doskonałą matką, naj­lepszą z matek, wykonywała swój obowiązek, przynosząc mi śmierć. Tak byłoby dla mnie lepiej. Nie trzeba było ratować mnie od ognia, przywozić tutaj na takie cierpienia i pozwalać mi umierać powoli, abym w końcu uwolniła od wstydu siebie i całą rodzinę.


Przyszedł mój brat, trzy lub cztery dni później. Nigdy nie zapomnę tej przezroczystej, plastikowej siatki, widziałam w niej pomarańcze i banana. Od momentu przybycia do szpitala niczego nie jadłam ani nie piłam. Sama nie mogłam, zresztą nikt nie chciał mi pomóc. Nawet lekarz nie ośmielał się tego zrobić. Zrozumiałam, że pozostawiono mnie tak, abym umarła, nie należało mieszać się do mojej historii. W oczach tych wszystkich ludzi byłam winna. Dzieliłam los wszyst­kich tych kobiet, które splamiły honor mężczyzn. Myto mnie jedynie dlatego, że potwornie cuchnęłam, nie po to, żeby mnie leczyć. Trzy­mano mnie tu, bo to był szpital, w którym miałam umrzeć i nie przy­sparzać więcej problemów moim rodzicom i całej wiosce.

Hussein źle wykonał swoje zadanie, pozwolił mi wybiec wraz z ogniem.

Assad nie zadawał mi pytań. Bał się i chciał czym prędzej wracać do wioski.

-    Wrócę przez pola, żeby nikt mnie nie zobaczył. Gdyby rodzice wiedzieli, że przyszedłem się z tobą zobaczyć, miałbym sporo kłopo­tów.


Chciałam, żeby przyszedł, a jednak byłam niespokojna, kiedy tak się nade mną pochylał. Widziałam w jego oczach, że moje poparzenia wywołują w nim uczucie obrzydzenia. Nikt, nawet on nie zaintereso­wał się, do jakiego stopnia cierpiałam z powodu tej skóry, która się żłobiła, gniła, sączyła, pożerała mnie powoli niczym jad węża, całą górną część mojego ciała, moją czaszkę pozbawioną włosów, barki, ramiona, plecy, piersi. Bardzo płakałam. Czy płakałam dlatego, iż wiedziałam, że widzę go po raz ostatni? Czy płakałam dlatego, że tak bardzo chciałam zo­baczyć jego dzieci? Wszyscy czekali, aż jego żona urodzi. Dowiedziałam się znacznie później, że miała dwóch chłopców. Pewnie cała ro­dzina podziwiała ją i gratulowała.


Nie mogłam zjeść owoców. Sama, bez pomocy, nie byłam w sta­nie i torba zniknęła. Już nigdy więcej nie zobaczyłam mojej rodziny. Ostatni obraz mo­jej matki to ten, kiedy trzyma napełnioną trucizną szklankę. A ojca - jak z wściekłością wali laską w podłogę. I brata z torbą owoców. W głębi, na samym dnie mojego cierpienia, próbowałam jeszcze zrozumieć, dlaczego nic nie widziałam, kiedy na mojej głowie poja­wił się ogień. Obok mnie znajdował się bidon z benzyną, ale był za­tkany korkiem. Nie spostrzegłam, żeby Hussein po niego sięgał. Mia­łam opuszczoną głowę, kiedy mówił, że „się mną zajmie", i przez pa­rę sekund poczułam się uratowana, zmylona jego uśmiechem i tą trawką, którą spokojnie żuł w ustach. W rzeczywistości chciał zdobyć moje zaufanie, nie chciał ryzykować, że mu ucieknę. Wszystko prze­dyskutował poprzedniego dnia z moimi rodzicami. Ale skąd wziął ogień? Z żaru pieca? Niczego nie zauważyłam. Czy użył zapałek, sko­ro to się stało tak szybko? Koło mnie zawsze leżało pudełko zapałek, ale też niczego nie zauważyłam. Więc zapalniczka w jego kieszeni... Jak tylko poczułam zimny płyn na włosach, stanęłam w płomieniach. Tak bardzo chciałabym wiedzieć, dlaczego niczego nie zauważyłam.


Nocą, gdy leżę plackiem na tym łóżku, przeżywam koszmar bez końca. Znajduję się w całkowitej ciemności, dookoła siebie widzę za­słony, okno znikło. Nagle dziwny ból, niczym pchnięcie noża w brzuch, nogi zaczynają mi drżeć... pewnie zaczynam umierać. Sta­ram się nieco unieść, ale nie jestem w stanie. Moje ramiona, ręce są nadal sztywne, dwie plugawe rany, które odmawiają mi posłuszeń­stwa. Nikogo obok mnie nie ma, jestem sama, kto więc wbił mi ten nóż do brzucha?


Czuję coś dziwnego między udami. Zginam jedną nogę, potem drugą, szukam stopą, próbuję sama uwolnić się od tego czegoś, co mnie przeraża. Na początku nie zdaję sobie zupełnie sprawy z tego, że właśnie rodzę. Macam stopami w ciemności. Całkiem nieświadomie wypycham z siebie dziecko, powoli, na prześcieradło. Potem przesta­ję się ruszać, wykończona wysiłkiem. Zbliżam nogi i wyczuwam no­worodka, z każdej strony. Trochę się porusza. Wstrzymuję oddech. W jaki sposób wyszedł tak szybko? Uderzenie nożem w brzuch i już jest tutaj? Musiałam chyba zasnąć, to niemożliwe, dziecko nie wyszło ze mnie tak nagle, bez uprzedzenia. Śni mi się jakiś koszmar.



Aleja nie śnię, bo czuję je tam, między kolanami, skórą moich ud. Nogi nie są poparzone, wszystko dokładnie nimi czuję, udami, łydka-jni i stopami. Nie ośmielam się poruszyć, potem delikatnie podnoszę stopę i, jakby to była ręka, dotykam... maleńkiej główki i słabo poru­szających się rączek. Chyba musiałam krzyczeć. Nie przypominam sobie. Do pokoju wszedł lekarz, odsłonił zasłony, ale ja nadal pozostawałam w ciemno­ści. Na zewnątrz musiała być noc. Widziałam jedynie jakieś światło na korytarzu, jego smuga wpadała przez uchylone drzwi. Lekarz pochylił się, ściągnął prześcieradło i zabrał dziecko, nawet mi go nie po­kazując. Już nic nie mam między nogami. Ktoś zasłania zasłony. Nie pa­miętam niczego więcej. Może zemdlałam, spałam bardzo długo, nie wiem. Nazajutrz i w ciągu następnych dni jestem pewna jednej rze­czy, nie mam już dziecka w brzuchu.


Nie wiedziałam, czy jest martwe, czy żywe, nikt mi o nim nie mó­wił, a ja nie odważyłam się spytać tej złej pielęgniarki, co potem zro­bili z tym dzieckiem. Niech mi ono wybaczy, że nie byłam w stanie dać mu normalnego życia. Wiedziałam, że urodziłam, ale nawet go nie widziałam. Nie po­łożono mi go w ramiona, nie wiedziałam, czy to chłopiec, czy dziew­czynka. W tym momencie nie byłam matką, ale ludzkim strzępem skazanym na śmierć. Najsilniejszy był wstyd.

Lekarz powiedział mi później, że urodziłam w siódmym miesiącu maleńkie dziecko, że żyje i znajduje się w zupełnie innym miejscu. Słuchałam bardzo uważnie tego, co do mnie mówił, moje spalone uszy sprawiały mi straszny ból. Cała góra mojego ciała była jednym potwornym cierpieniem, przechodziłam ze śpiączki w stan półczuwania, nie zdając sobie sprawy, ile już przeszło dni i nocy. Wszyscy mie­li nadzieję, że w końcu umrę, i nie czekali na nic innego.


Ja też uważałam, że Bóg nie pozwala mi umrzeć dostatecznie szybko. Noce myliły się z dniami w tym samym koszmarze i w rzad­kich momentach świadomości miałam tylko jedną obsesję: wyrwać sobie paznokciami tę cuchnącą, gnijącą skórę, która pożera moje ciało. Niestety, ręce już nie chciały mnie słuchać. Pewnego razu ktoś wszedł do pokoju, w środku takiego koszmaru. Bardziej wyczułam tę czyjąś obecność, niż ją zobaczyłam. Ręka ja­kiejś kobiety przesunęła się jak cień tuż przed moją twarzą, nie doty­kając jej. Kobiecy głos z zabawnym akcentem odezwał się do mnie po arabsku:


- Pomogę ci... Zaufaj mi, pomogę ci, czy mnie słyszysz?


Powiedziałam „tak", wcale w to nie wierząc, tak strasznie źle by­ło mi w tym łóżku, w którym leżałam wystawiona na pogardę innych. Nie wiedziałam, w jaki sposób można mi pomóc, a zwłaszcza kto mógłby to zrobić. Zawieźć mnie z powrotem do rodziny? Rodzina mnie nie chciała. Kobieta, podpalona w sprawie honorowej, powinna spłonąć całkowi­cie. Pomóc mi w cierpieniu, czyli pomóc mi umrzeć, to było jedyne rozwiązanie. Ale powiedziałam „tak" głosowi tej kobiety, chociaż nie wiedziałam, kim ona jest.




Mam na imię Jacąueline. W tamtych latach przebywałam na Bliskim Wschodzie, gdzie pracowałam w organizacji humanitarnej „Ziemia lu­dzi". Biegałam po szpitalach w poszukiwaniu dzieci opuszczonych, nie­pełnosprawnych, w stanie niedożywienia. Współpracowałam z Między­narodowym Komitetem Czerwonego Krzyża i innymi organizacjami zajmującymi się Palestyńczykami i Izraelitami. Tak więc miałam kon­takt z obydwiema tymi społecznościami. Żyłam wśród nich.  A jednak dopiero po siedmiu latach obecności na Bliskim Wscho­dzie dowiedziałam się o mordowaniu młodych dziewcząt, gdy ich ro­dziny zarzucały im spotkanie z jakimś chłopcem lub rozmowę z nim. Czasem podejrzewa się je bez najmniejszych powodów i dowodów; wystarczy, że ktoś coś powie. Zdarza się, że te dziewczęta rzeczywi­ście mają przygodę z chłopcem, co w ich społecznościach jest abso­lutnie nie do pomyślenia, zwłaszcza że to ojcowie decydują o małżeń­stwach. Docierało do mnie, że... Mówiono mi... Ale aż do tej pory ni­gdy nie spotkałam się z podobnym przypadkiem. Dla umysłu człowieka z Zachodu myśl, że rodzice lub bracia mo­gą zamordować swoją własną córkę lub siostrę tylko dlatego, że się zakochała, może wydawać się jakąś paranoją, czymś, w co nie da się uwierzyć, zwłaszcza w tamtych czasach. U nas kobiety są wyzwolo­ne, głosują, same decydują o macierzyństwie bez męża.... Ale ja tu przebywałam od siedmiu lat, dlatego natychmiast w to uwierzyłam, nawet jeśli nigdy czegoś podobnego nie widziałam i pierwszy raz ktoś mi o tym powiedział. Trzeba, aby powstał klimat wielkiego zaufania, by w ogóle poruszyć ten temat tabu, zwłaszcza że nie powinno to interesować cudzoziemców.


Pewna znajoma kobieta zdecydowała się mi o tym powiedzieć. To moja dobra koleżanka, jest chrześcijanką, widujemy się dość często, bo ona również zajmuje się dziećmi. Ma więc kontakt z wieloma matkami, przyjeżdżającymi z każdego zakątka kraju, z miasteczek i wiosek. W swoim oddziale jest ona trochę jak moukhtar, to znaczy zaprasza te kobiety na kawę lub herbatę i dowiaduje się od nich, co dzieje się w ich wioskach i osadach. Tutaj jest to niezwykle ważna forma komunikacji. Codziennie pije się kawę czy herbatę i rozmawia, to taki tutejszy obyczaj, a dla niej jest to okazja do wykrycia przypad­ków dzieci znajdujących się w trudnej sytuacji. Pewnego dnia usłyszała rozmowę toczącą się w niedużej grupie ko­biet: „W wiosce była dziewczyna, co się bardzo źle prowadziła, więc rodzice próbowali ją spalić. Mówią, że teraz jest gdzieś w szpitalu".


Moją rolą dzisiaj, i tak będzie w następnych latach, jest wyszukiwanie i ratowanie kolejnych Souad. To praca długa, trudna i wyboista, po­trzebne są na nią pieniądze, jak zwykle. Nasza fundacja nazywa się Surgir, bo trzeba pojawić się w odpowiednim momencie, by ocalić te kobiety, wyrwać je śmierci. Pracujemy na całym świecie, zarówno w Afganistanie, jak i w Maroku czy Czadzie. Wszędzie tam, gdzie możemy interweniować w trybie pilnym. Trybie pilnym, który posu­wa sprawy do przodu tak powoli! Wiadomo, że na świecie każdego roku dochodzi do sześciu tysięcy honorowych zbrodni - za tą przera­żającą liczbą kryją się jeszcze wszystkie te samobójstwa i wypadki, których nie obejmuje statystyka.

W niektórych krajach kobiety, które mają odwagę złożyć skargę, zamyka się w więzieniach po to, by je chronić. Niektóre przebywają w nich od ponad piętnastu lat! Bo jedynymi osobami, które mogą je stamtąd uwolnić, są ich ojcowie i bracia, a więc ci, którzy chcą je za­mordować. Gdy więc ojciec żąda wypuszczenia na wolność swojej córki, to oczywiście komendant się na to nie zgadza! Z tego, co mi wia­domo, wypuszczono jedną lub dwie; wkrótce potem zostały zabite.


W Jordanii, a to tylko jeden z przykładów, istnieje prawo mówią­ce, że każde morderstwo, każde pogwałcenie wspólnego prawa musi być ukarane odpowiednim wyrokiem. Ale obok tego prawa można znaleźć dwa maleńkie paragrafy, 97 i 98, precyzują one, iż sędzia ma być wyrozumiały dla mężczyzn, którzy dopuścili się zbrodni honoro­wej. Kara za taki czyn przewiduje od sześciu miesięcy do dwóch lat pozbawienia wolności. Skazani, traktowani często jak prawdziwi bo­haterowie, najczęściej nie odsiadują nawet tej kary w całości. Stowarzyszenia lokalnych adwokatów walczą o pozytywne zmiany w ko­deksie; poprawiono już szereg artykułów, ale nie paragrafy 97 i 98. Pracujemy na miejscu ze stowarzyszeniami kobiet, które stworzy­ły programy zapobiegające przemocy i pomagają kobietom - ofiarom tejże przemocy w swoich krajach. To długa i mozolna praca, utrudnia­ją ją zagorzali przeciwnicy zmian... Jednak, krok po kroku, sprawy posuwają się do przodu. Kobietom w Iranie udało się wywalczyć zmiany w prawie cywilnym. Kobiety z Bliskiego Wschodu dowie­działy się, że w ich krajach istnieją przepisy, które ich bezpośrednio dotyczą i dają im pewne prawa. Parlamenty tych krajów ustąpiły (nie bez walki) i pewne artykuły zostały zmienione. Powoli, stopniowo władze niektórych krajów przyznają, że tego typu zbrodnie u nich występują. Sporządza się oficjalne statystyki w raportach Komisji Praw Człowieka w Pakistanie. Oficjalne misje medyczne wielu krajów informują o liczbie rozpoznanych przypad­ków na Bliskim Wschodzie, a lokalne stowarzyszenia wszczynają śledztwa w sprawach przemocy i prowadzą prace nad historycznymi i aktualnymi racjami podtrzymywania i kultywowania tych archaicz­nych obyczajów.



Czy to w Pakistanie, gdzie notuje się znaczącą liczbę zabitych ko­biet i dziewcząt, czy na całym Bliskim Wschodzie, w Turcji, najważ­niejszą sprawą jest zlikwidowanie tych obyczajów, stosowanych i śle­po przekazywanych kolejnym pokoleniom. W niedawnej przeszłości takie autorytety jak król Husajn czy ksią­żę Hasan wypowiedziały się publicznie przeciwko tym zbrodniom, mówiąc, że: „to nie są zbrodnie honoru, ale dyshonoru". Bardzo wie­lu imamów i chrześcijańskich duchownych wyjaśnia bez przerwy, że „zbrodnia honorowa" jest czymś całkowicie nieznanym w Koranie czy w Ewangelii. Nie tracimy więc ani odwagi, ani uporu. Fundacja Surgir nauczyła się już pukać do wszystkich drzwi, ryzykując nawet, że zatrzaśnie sie je nam przed nosem. Bo czasem się udaje.

____________________________________________


Koniec (Były to okrojone-wybrane przeze mnie fragmenty książki "Souad - Spalona Żywcem" - autorstwa samej Souad (wydawnictwo Świat Książki), do której lektury gorąco zachęcam każdego.

___________________________________________





Popularne posty z tego bloga

"Wędrówka Dusz" - dr Michael Newton. "Śmierć nie jest ciemnością, lecz światłem". Część I

"Ulecz się sam" - Andrzej Żak. Część II - Wolność jest jak zdrowie: uzyskuje wartość i stajemy się jej świadomi tylko wtedy, gdy ją tracimy...

Mitologia Indyjska: Mit o powstaniu świata, Bogini Matce i wojnie bogów!