"O powstawaniu gatunków" - Karol Darwin. Tajemnica tajemnic czy nieustający proces okryty zmową milczenia?




Na dzisiejszy post wybrałam dość przewrotnie najsłynniejszą książkę Darwina. Minęło sporo lat odkąd przeczytałam ją po raz pierwszy, przyznaję również, że moje doń podejście każdorazowo było inne, w zależności od wyznawanego na dany czas światopoglądu. Inne więc zdanie miałam, kiedy byłam wierząca, inne gdy zaczynałam wątpić, inne znowuż mam dzisiaj, kiedy nie bez przesady mogę powiedzieć, że znalazłam "wypośrodkowanie" w moim podejściu do sfery materii i ducha.

Chciałabym jednak sprostować na wstępie parę moich uwag/przemyśleń, które być może niektórzy (znający mnie od dawna) mogli źle zrozumieć. Używam często sformułowania: Jest tylko jedna Rasa = Ludzka Rasa, nie ja jedna zresztą. Mam jednak dość specyficzne podejście do tego zdania. Jak sami się przekonacie (albo i nie), nie odrzucam również teorii Darwina w całości; ale moje prywatne zdanie do powyższego, wyda się wam czymś naprawdę "kuriozalnym". Zaznaczam też stanowczo, że nie jest to praca naukowa, mam wykształcenie humanistyczno-społeczne i nie pretenduję do miana znawcy genetyki, biologii, etc. Mam jednak rozległe zainteresowania, czytam książki naukowe wszystkich rodzajów i wyciągam własne wnioski, które mogą się podobać lub nie, ale są moje, prywatne i proszę nie brać ich do siebie, jeśli ich nie podzielacie.




Chciałabym również odnieść się do pewnej grupy ludzi, którzy uważając się za ateistów (mnie to akurat nie razi - bo sama jestem agnostykiem), przy okazji wierzą, że ... stworzyli Nas kosmici. Błędne rozumowanie zwolenników modnych dzisiaj teorii o alternatywnym pochodzeniu człowieka, skłania ich do mniemania, że skoro istnieje sporo znalezisk archeologicznych, które przeczą dogmatom naukowym czy religijnym, tzn. że  "Dänikenowcy mają rację we wszystkim". Otóż nie.

Osobiście jestem zdania, zresztą jak wielu ludzi na świecie, że człowiek jest od setek tyś. albo nawet milionów lat, na tej planecie (w formie takiej jak dzisiaj) i przez niezliczone ery wzrastał w rozwoju, tworzył wysoko rozwinięte cywilizacje, które w następstwie wojen lub kataklizmów naturalnych, były niszczone. Jest to pewien cykl narodzin i śmierci Cywilizacji (niczym yin i yang, dobro i zło, światło i ciemność, kobieta i mężczyzna, materia i anty-materia..., ergo = uniwersalny dualizm), którą stale powtarzamy (z czym np. zgadza się inny znany teoretyk dziejów ludzkości, Graham Hancock), biada temu, kto nie wyciąga z historii lekcji! Wtedy bowiem, gdy doprowadzamy do zagłady naszego świata, zapominamy również (lub ktoś nam w tym pomaga: np. religie + władza świecka) kim byliśmy wcześniej i co straciliśmy z własnej głupoty. Ale...

To jeszcze nie dowód, że stworzyli Nas kosmici, prawda? Ja nie widzę w tych alternatywnych odkryciach ludzkości dowodu na to iż kiedykolwiek "obca rasa z kosmosu" Nas odwiedziła. Twierdzę za to, że istnieje ogromny błąd myślowy, który "celowo" jest podtrzymywany w ludziach, byśmy nigdy nie doszli prawdy, że to My sami cofamy siebie w samorozwoju co parę (lub naście) tyś. lat. Symptomy kolejnego Przejścia/Przemiany stają się widoczne gołym okiem każdego kolejnego dnia.

Dostępna wszystkim wiedza, skłania mnie do przekonania, że My sami, jako pseudo "homo sapiens" pochodzimy skądinąd. Mogę rzecz jasna się mylić w tym czy w owym, nie zamierzam do swoich racji przekonywać kogokolwiek na siłę, ale mam też prawo przedstawić swój punkt widzenia. A że łączy się on (poniekąd) z teorią Darwina, mam nadzieję, że wyjdzie z tego przynajmniej w zarysie coś sensownego. Zdaję sobie sprawę, że moje wnioski są "odmienne" od tego, co dotąd słyszeliście, i że niewielu zapewne je zrozumie, różnimy się wszak w: podejściu do nauki, każdy inaczej konstruuje wnioski nt. tych samych spraw, inna jest nasza ścieżka doświadczeń, obserwacji a nawet też wrodzona intuicja, dlatego to nic, jeśli wyda się wam moja koncepcja szalona. To tylko "moja koncepcja" i już.


Ale najpierw słów parę o tytułowej książce (jej treści, nie będę jej streszczać, mam zamiar skupić się na interesujących mnie wątkach. Korzystam z publikacji wydawnictwa Jirafa Roja, tłumaczenie Sz. Dickstein, J. Nusbaum, Warszawa 2006):

W książce O powstawaniu gatunków (1859) Darwin, starał się wykazać niezwykłe zróżnicowanie występujące w naturze tzw. ewolucyjnym dziedziczeniem modyfikacji.

Twierdził np. że "to, co  (...) można osiągnąć sztucznie (chodzi o hodowlę zwierząt czy roślin), tak samo skutecznie - chociaż znacznie wolniej - może osiągnąć natura przy tworzeniu ras ludzkich, przystosowanych do zamieszkanych przez nie krajów" (K.D. tamże, str. 9). Ponadto "ponieważ w każdym gatunku rodzi się daleko więcej osobników, niż może przeżyć i ponieważ na skutek tego powstaje pomiędzy nimi walka o byt, osobnik, który pod wpływem skomplikowanych i nieraz zmiennych warunków zmieni się nieznacznie, lecz w sposób korzystny dla siebie, będzie miał więcej widoków na utrzymanie się przy życiu i w ten sposób ulegnie działaniu doboru naturalnego. Na zasadzie zaś potężnego prawa dziedziczności każda taka wyselekcjonowana odmiana będzie dążyć do przekazania potomstwu swej nowej, zmienionej postaci" (K.D. tamże, str. 19).

Mamy więc słowa klucze w tej teorii: "walka o byt" (= stosunek zależności jednych istot od drugich, życie osobników i pomyślne widoki na pozostawienie potomstwa), "dobór naturalny" (= skłonność do powtarzania się u potomstwa w tych samych okresach życia, zmian), "prawa zmienności" (= każda zachowana zmiana, choćby drobna, ale która jest korzystna), a także: "przystosowanie", "gatunek" i "odmiana", "izolacja" oraz "rozległość obszaru".

Darwin uważał, opierając swą teorię na "zwierzęcych" przykładach, że w.w. zmienność zależy od warunków w jakich dany gatunek żyje. I tak np. zwierzę trzymane w klatce będzie miało daleko mniejsze szanse na ewolucyjny przeskok, niż to żyjące na wolności, choć należy pamiętać, że zwierzę w ZOO może być poddawane daleko idącym modyfikacjom człowieka, na skutek czego, jeśli w naturze jakiś gatunek wyginie, może on być sztucznie odtworzony. Co w pewien sposób może przekonać niektórych, iż to od naszego "widzi-mi-się" zależy istnienie tego czy owego gatunku, ergo - że jesteśmy dlań jak "bogowie". Dobrym przykładem takiego podejścia jest pobieranie materiału DNA od wszystkich znanych nam zwierząt - rzekomo - w celu zapewnienia bezpiecznej ciągłości ich gatunku (na wypadek czego..?). To samo od pokoleń czyni się z nasionami wszystkich roślin, przechowując je w specjalnych podziemnych magazynach, np. w Szwajcarii, Spitsbergenie czy na Antarktydzie. Szwajcaria od zawsze była doskonałym "neutrum" dla pewnych pseudo-naukowych środowisk. W tym aspekcie aż prosi się przyznać rację Dänikenowi, nt. prawdziwego tłumaczenia mitu o Arce Noego! To rozsądne tłumaczenie, wg. mnie.

Ale ... Darwin uważał również, że gdy pozwala się na rozród wśród wszystkich osobników stada, zmniejsza się tym samym szanse na pozytywny dobór naturalny. A dlaczego tak uważał? Hm... Może dlatego, iż był zdania, podobnie jak jego kuzyn Francis Galton (słynny prekursor "eugeniki", a także szlachcic z nadania oraz zwolennik tezy, że duży wpływ na wzrost populacji - ludzkiej - ma "meteorologia", mówi wam to coś może?), że analiza statystyczna wykazuje możliwość dziedziczenia moralnych i umysłowych cech przez ludzi (tzw. "pamięć genetyczna"), a co za tym idzie, że zasady rozmnażania można stosować również w stosunku do rodzaju ludzkiego. Tzn. kogo dokładnie? Wg. założeń w.w. panów, pomaganie słabszym w przetrwaniu i założeniu rodziny może prowadzić do utraty korzyści wynikających z doboru naturalnego (sic!). I jakoś nie pociesza mnie dopisek, rzucany często na usprawiedliwienie w.w. panów, iż takie plany to czysta utopia, że wszystko trzeba podciągnąć pod sferę moralności, co by nie uśmiercić najszlachetniejszej z cech rodzaju ludzkiego, a więc "współczucia", "empatii".

Nie pociesza mnie, gdyż na "samousprawiedliwienie" tychże poglądów, w jakiś czas później niemiecki filozof Friedrich Nietzsche skonstruował ideologię "nadczłowieka", którą z kolei naziści (w tym rodzona siostra Nietzschego) na czele z "88" wykorzystali do starcia z mapy Europy niemal 80 mln ludzi niepasujących do "wzorca Darwina" nacji oraz poglądów, gdyż doszli za Darwinem do wniosku, że ich Rasa (swoją drogą Germanie nie pochodzą nawet z Europy, lecz jak wykazały najnowsze badania genetyczne, z regionu dzisiejszej ... Turcji/Bliski Wschód, np. link*).  jest czysta, doskonała, zaś cała reszta to "podludzie" a nawet "zwierzęta", na niższym szczeblu rozwoju. Takie są podwaliny pod naukę, która oficjalnie po dziś dzień jest nauczana w szkołach, na uniwersytetach, promowana za pomocą wielu popularnonaukowych publikacji oraz filmów. Krążące po necie "teorie" o alternatywnym pochodzeniu człowieka, niestety, ale również są tworzone przez w.w. zwolenników "eugeniki". Za pomocą przemyślnej manipulacji, pozyskuje się w ten sposób ludzi, którzy odeszli od wiary czy też próbuje się ich odciągnąć, dając w zamian o wiele szkodliwszą ideologię "supremacji" jednych, kosztem innych. Wszak oczywiste jest, że bogowie-kosmici, byli z krwi i kości, jak My. A więc "co Bóg dał, Bóg może zabrać", czyż nie?


 
 

Darwin zdawał sobie jednak sprawę z tego, choć maskował się swoim rzekomo "bio-etycznym językiem", iż wielu ludzi ani myśli łączyć się w pary na zasadzie "doboru naturalnego", czyli mając w zamyśle udoskonalenie (zmienianie/modelowanie) rasy. Nie tylko "miłość" nas łączy, ale także (zwłaszcza w jego czasach) zgodność tej samej nacji, kultury, języka, etc. Wykoncypował sobie zatem, że takie "stojące na niskim szczeblu organizacji, istoty"(tamże, str. 100), prędzej czy później albo ulegną przekształceniu, albo wyginą. W tym celu należało wziąć je pod specjalny parasol. Tym w moim odczuciu jest tzw. "prawo izolacji", które zakładało, iż: "na ograniczonej, czyli izolowanej, niezbyt obszernej przestrzeni, organiczne i nieorganiczne warunki życia będą zwykle prawie jednakowe, tak iż dobór naturalny będzie się starał przekształcić w jednakowym kierunku wszystkie ulegające zmianom osobniki tego samego gatunku; krzyżowanie się z mieszańcami okolicznych okręgów będzie tutaj niemożliwe" (tamże, str. 101).

Przez "izolację" należy rozumieć wysoce zorganizowaną przestrzeń społeczną, taką jak: miasto, aglomeracja, państwo, Unia Europejska, NATO.... (a nie kolczasty płot!). A więc zarządzane z góry stado ludzkie, którego życie codzienne a także rozmnażanie i odchodzenie, warunkowane jest przez ściśle określone prawa, nakazy i zakazy. Życie w "stadzie", mieszanie-kontrolowane. Zaś za pomocą takich zjawisk, jak: aborcja, eutanazja, obowiązkowa edukacja w coraz niższym wieku a także prawo odbierania przez państwo, obywatelom, ich potomstwa czy też nielegalne* pozbawianie możliwości rozmnażania (zagadnienie in vitro), w.w. "elity" podejmują decyzję "kto i w jakiej liczbie" ma prawo istnieć w imię "doboru naturalnego" ergo "czystości rasy". To tłumaczy z kolei dlaczego podczas gdy jedne nacje czy rasy są degradowane i uszczuplane (patrz: rdzenne plemiona obu Ameryk, Polinezji, Afryki czy Australii), inne są wspierane "ustawowo" przez elitę, aby mogły rozmnażać się bez oporów, jakiejkolwiek kontroli (patrz: plemiona Arabii i Bliskiego Wschodu).

W.w "izolacja (...) zapobiega imigracji lepiej przystosowanych organizmów; tym sposobem nowe miejsca w naturalnej gospodarce obszaru pozostaną wolne i będą mogły być wykorzystane przez przekształconych dawnych jego mieszkańców. Izolacja da nowej odmianie (ludzi?) czas do powolnego udoskonalania się" (tamże, str. 101)

Nie myślcie jednak, że "planowa gospodarka zarządzania ludźmi" ogranicza się w izolacji wyłącznie względem państwa-miasta (rodem ze starożytnej Mezopotamii. Czy to przypadek, że wszystkie z istniejących religii patriarchalnych wywodzą się z tamtego regionu? a także cały Nasz system monetarny?). Na dobór naturalny ma wpływ "rozległość obszaru" w prawdziwym tego słowa znaczeniu. A więc w odniesieniu także do całego otaczającego nas Uniwersum.

Wielu krytyków ewolucjonizmu rzuca argument, iż jeśli Darwin miał słuszność, to dlaczego nie widzimy faz przejściowych? Na co wielu ewolucjonistów odpowiada, że kluczem dla zrozumienia doboru naturalnego jest "czas". Ledwo ogarniamy ost. 2 tyś. lat a co dopiero setki tysięcy czy miliony. Tymczasem to nie "czas" jest kluczem do zrozumienia teorii Darwina, ale właśnie w.w. "rozległość obszaru" występowania danego gatunku. I w tym miejscu moje poglądy mieszają się zarówno z Darwinistami, jak i Dänikenowcami. Z tymże...

Jedni i drudzy twierdzą, że "homo sapiens" powstało na Ziemi (starożytne imię tej planety = Terra). Ja jestem zaś zdania, wychodząc z założeń ujętych w teorii Darwina, iż ludzie są "sztucznie" trzymani w izolacji na tej małej planecie a fakt, iż jeszcze nie znaleźliśmy dowodu na naszą bytność (kiedy indziej?) w innym regionie Uniwersum (może po prostu "ktoś" ją przed nami ukrył), jeszcze nie dowodzi, że się mylę.

Właśnie przez fakt, iż aby ów karkołomny zamysł środowisk ewolucjonistycznych, pro-Dänikenowskich także, mógł się zmaterializować, jest konieczne, aby rodzaj ludzki przez kolejne eony był powstrzymywany przed dalszą ekspansją. Celem "pewnych środowisk" jest stworzenie nowej, lepszej Rasy, takiej która odrzuci raz na zawsze znienawidzony przez nich punkt widzenia o wyższości ducha nad materią. Kto nie wierzy, niech poczyta sobie "Tako rzecze Zaratustra", Nietzschego.

Wg. mnie, prawdziwym celem Darwinistów, jak i Dänikenowców jest przekonanie słabowitej, podatnej na manipulacje, ludzkości, że naszym jedynym domem jest Ziemia, że jesteśmy tylko produktem ubocznym tworów równie materialnych, jak my sami, wbicie nam do głowy, że powinniśmy raczej dążyć do rozwoju fizycznej strony naszego ja, niż duchowej a gdy już w to uwierzymy, rozsądnym stanie się kolejny krok, supremacja elity rządzącej, która nagle okaże się "najczystsza z najczystszych" (patrz: "błękitna krew"). Tylko co w tym wszystkim zostanie dla Nas (zwykłych ludzi)? Ba, czy przetrwamy tę eugeniczną zabawę w bogów?



 
Przeciętny czytelnik, który sięga po prace Darwina, przeważnie skupia się na liniowym opisie poruszanych przez niego kwestii, nie odnosząc ich do sfery człowieka, pomimo iż dumny z bycia ateistą, kiwa głową ze zrozumieniem, iż owszem, tyczy się ona (w.w. teoria) naszej bardzo długiej drogi z drzewa na ziemię i tyle... Na przykładzie: pseudo-znawcy sztuki, kiwający głową z uznaniem nad wieszakiem w muzeum, który wzięli za eksponat.

W tym wypadku miłośnicy teorii Dänikena, niewiele się od nich różnią, gdyż jedyną ich "modyfikacją" teorii Darwina jest to, iż rzeczona małpa nie złaziła z drzewa przez setki tyś czy nawet mln lat, ale od razu zrobiła hop-siup, słynny "ufonautyczny" przeskok od maczugi i zjadania swoich współbratymców do budowania arcy-precyzyjnych konstrukcji megalitycznych zgodnych z celestialną precesją. Znając poglądy zarówno Darwinistów, jak i Dänikenowców, wydaje się to zrozumiałe, gdyż jedna i druga teoria została zrodzona w umysłach "jednego środowiska", które DOBRZE WIE, że nie pochodzimy z Ziemi, ale które z powodów teologiczno-polityczno-militarnych, dąży do takiego zmiksowania wiedzy Darwina i pana Dänikena, aby zmieść z powierzchni Ziemi środowiska, które uparcie nie chcą poddać się eugenicznym przemianom.

W.w zwolennicy obu teorii twierdzą, iż ludzi stworzyli kosmici. Ja twierdzę, że przynajmniej częściowo ma to pokrycie w prawdzie, ale tylko w tym iż pewna część ludzi przybyła z bardzo daleka... czy z własnej woli? (patrz Link*). Jednak żeby zrozumieć, o co chodzi Dänikenowcom z tym "aktem stworzenia" ludzi przez kosmitów, należałoby zrozumieć, o co tak naprawdę chodziło Darwinowi oraz jego następcom. A to już nie jest taka prosta sprawa i więcej ma wspólnego z "duchowością" niż materią.

Wracając do sedna... W 1897 r. w odbyła się w Tervuren pod Brukselą Wystawa Światowa z niechlubną sekcją pt. Ludzkie ZOO, czyli inaczej mówiąc, pierwsi zagorzali zwolennicy Darwina, na potwierdzenie jego tezy, nazwozili z Afryki rdzennych mieszkańców i powsadzali ich do klatek z adnotacją, aby "nie karmić". Jednym z głównych pomysłodawców "ludzkiej" ekspozycji był niemiecki hodowca egzotycznych zwierząt oraz właściciel objazdowych cyrków - Carl Hagenbeck.

Za sprawą takich właśnie jak on osobników, w nieludzki sposób przetrzymywano w klatkach jak zwierzęta sprowadzonych z Afryki czarnoskórych autochtonów. Najsłynniejszy przykład tego, jak (i kto!) tłumaczono sobie teorię Darwina, przedstawia tragiczna postać Ota Bengi (Pigmeja, zdjęcie poniżej), wyrwanego z domu przez amerykańskiego pseudo-naukowca (pochodzenia niemieckiego), podróżnika-awanturnika Samuela Vernera (Uwaga: link obok do niedawna jeszcze, a oryginalnie pisałam ten tekst w styczniu zeszłego roku, był aktywny. Teraz zaś nie jest i z trudem można znaleźć jakikolwiek życiorys Samuela Vernera na internecie. Czyżby celowy zabieg? Jakaś anonimowa cenzura? Ale czego..?).

Ota Benga w ZOO (Bronx, NY)
Spojrzenie mówi wszystko... :(

Ota Benga na wskutek pokładanego w Vernerze zaufania, w ostateczności skończył w najprawdziwszym ZOO, w którym stał się atrakcją turystyczną dla oczarowanej młodą naówczas Teorią Ewolucji, publiczności. Stał się obiektem kpin, rzucano weń jedzeniem, traktowano dosłownie jak zwierzę - fizycznie i psychicznie - gdyż jak głosili Ewolucjoniści ale także - o dziwo - ludzie wiary, ludy zamieszkujące Afrykę jak i np. Oceanię (Aborygeni) byli "brakującym ogniwem" Darwina. Więzienie ich w klatkach, ale także mordowanie w celu spreparowania cennych okazów do muzeów, z których wiele wciąż krąży po świecie (w USA np. wycofano je z Muzeum Historii Naturalnej "Smithsonian" dopiero przed paroma laty!), było swego czasu intratnym zajęciem. Dla przykładu, iż takich "wynaturzeń" o których milczy najsłynniejszy entuzjasta Darwina - Richard Dawkins - a było ich więcej, znacznie więcej. Nawet naczelny stojący w Londyńskim muzeum, spreparowana małpa stojąca w prostej pozycji o imieniu "Lucy" jest oszustwem. Sam Ota Benga zakończył swój żywot popełniając samobójstwo w wieku zaledwie 32 lat. A wszystko dzięki germańskiej bucie!

Według mnie fakt iż jest się "ateistą", zwolennikiem Teorii Ewolucji lub teorii Dänikena nie zwalnia nikogo z poczucia przyzwoitości. Na tej samej zasadzie można by dojść do przekonania, że skoro istnieją na świecie ludzie zarażeni śmiertelnymi chorobami, to w duchu logiki, należałoby puścić ich z dymkiem, dla "większego dobra". W ten sposób odczytując "naukę" - jak czynią to od prawie 200 lat tzw. naukowcy Darwinowscy - doszliśmy do punktu, w którym w imię "logiki" usuwa się ze świata za pomocą "chemii" pewną część ludności, jak stonkę ziemniaczaną (patrz: HAARP/Chemtrails - Link*, Link2*.

Inny ciekawy cytat z książki Darwina tłumaczy wg. mnie "co tak naprawdę kryje się pod doborem naturalnym".

"Można powiedzieć, że dobór naturalny co dzień, co godzinę na całym świecie zwraca uwagę na wszelką, chociażby najdrobniejszą zmianę, odrzuca to, co złe, zachowuje i gromadzi wszystko, co dobre. Spokojnie i niepostrzeżenie pracuje on wszędzie i zawsze, skoro tylko nadarzy się sposobność, nad udoskonaleniem każdej istoty organicznej w odniesieniu do jej organicznych i nieorganicznych warunków życia. Tych drobnych zmian postępowych nie spostrzegamy wcale, dopóki ręka czasu nie wyrysuje swego piętna na długim szeregu wieków; a tak są ubogie nasze wiadomości o ubiegłych epokach geologicznych, że spostrzegamy tylko, iż obecne formy życia różnią się od form dawnych" (tamże, str. 84).

Prawda, że dogodne to tłumaczenie? Pomimo iż nigdy nie odnaleziono ANI JEDNEGO dowodu materialnego (kopalnego) na potwierdzenie zachodzenia stopniowych przemian, tak w świecie zwierząt, jak i ludzi, wciąż utrzymuje się, że homo sapiens jest tworem "ewolucji". Pomimo iż  obalone sądownie przed 100 laty, dowody Ernsta Haeckela (niemieckiego para-biologa i fantasty), wciąż szpecą podręczniki wielu szkół na świecie. Wziąwszy więc pod uwagę "młodość" w.w. teorii, jak i jej przekłamań, nadużyć, jej powiązań ze środowiskiem nazistowskim, z całą tą any-filozofią "czystości rasy", tym iż homo sapiens trzymany jest w izolacji (tak umysłowej, jak i w odniesieniu do całej planety) a także notoryczne wpływanie na jego styl życia, prokreację oraz nacisk jaki kładzie się na uznanie iż człowiek jest jedynie produktem genetycznych zabaw kosmitów-bogów, śmiem twierdzić, że Darwinizm posługuje się dzisiaj Dänikenem i jego nowatorskim tłumaczeniem niepoprawnych politycznie odkryć archeo' a fakt iż środowiska naukowe reagują nań jak diabeł na święconą wodę, nie znaczy jeszcze, że są sobie obcy, bynajmniej, lecz ma to głębszy, edukacyjny sens.

Po pierwsze czyni zamęt w głowach ludzi, którzy odeszli od religii czy innych światopoglądów - nie żebym miała coś przeciwko, jako zdeklarowany agnostyk jestem zdania, że religie patriarchalne są przedłużonym ramieniem germańskiej dominacji na świecie. Umysły ludzi, którzy utracili wiarę są niezagospodarowane a tak być nie może, jeśli się zna założenia Freuda czy Junga. Po drugie, pozorna niechęć obydwu środowisk, sprawia iż łatwo jest sympatykom Dänikenowskich bogów-kosmitów twierdzić, iż właśnie przez to "coś być musi na rzeczy", że warto im zawierzyć, ponieważ rządząca agenda temu przeczy. No i co z tego, że przeczy? Jak na razie to znaleziska archeo' są dewastowane przez UNESCO a nie... ludzie pokroju Dänikena. On jedynie wskazuje palce, co System ma zniszczyć, bo jest niewygodne, podczas gdy mass-media przekonują ludzkość do wirtualnych wojen, że niby dżihadyści w Iraku (dawny Babilon) walczą o państwo wyznaniowe, a nie zaś o... ale cicho sza!

Co więcej: Nie znając naszych odległych dziejów (które skutecznie zacierają zarówno środowiska naukowe jak i religijne!) łatwo można dopasować zarówno jedną, jak i drugą tezę. Z tychże powodów nikomu tak naprawdę nie zależy na prawdzie, bo różni się ona od wszystkiego, co nam wpajają. I jak ze szkół nie zostaje wycofana "teoria Darwina" pomimo iż nie ma ona żadnego związku z homo sapiens, tak też nie retuszuje się ze Świętych Ksiąg podejrzanych ustępów, dla zachowania niedomówień. W dobie tak wielu sprzecznych ze sobą teorii, dziwi nawet sam Darwin, kiedy analizuje się jego wnioski:

Dlaczego, skoro jest już nas ponad 7 mld, co samo w sobie powinno być potwierdzeniem Teorii Ewolucji - staliśmy się wszak dominującym gatunkiem na tej planecie w zgodzie z jego teorią - jesteśmy jednocześnie tak słabym, chorowitym i skłonnym do samo destrukcji gatunkiem, skoro naszym życiem i rozwojem kieruje wyłącznie dobór naturalny? Coś tu się nie zgadza, nie sądzicie?

Biorąc powyższe, można dojść do przekonania, że naszym rozwojem fizycznym wcale nie kieruje ewolucja. Wręcz przeciwnie... w.w. ewolucja (jako hasło-klucz-wytrych) jest sztucznym narzędziem w ręku "środowisk" przekonanych o wyższości swojej nacji nad inną, która za pomocą znanej już w starożytnej Mezopotamii eugeniki, manipulacji DNA, usiłuje poprzez jedzenie, picie, szczepienia a nawet pogodę i inne zjawiska, wpłynąć na "ograniczenie" naszej liczby, co właśnie wywołuje w.w. choroby i dewiacje. Jak nie wierzycie, zbadajcie swoje organizmy na poziom "metali ciężkich, np. ołowiu, strontu, baru, kadmu, a przede wszystkim... aluminium. W końcu czyż wg. Darwina nie jesteśmy jedynie "stadem hodowlanym", które należy trzymać w ryzach? Ponieważ: "Każda nowa forma skoro tylko bardzo się udoskonali, będzie w stanie rozprzestrzenić się na otwartej oraz ciągłej przestrzeni i w ten sposób zacznie konkurować z wieloma innymi formami" (tamże, str. 102). O kogo chodzi, skoro jesteśmy "jedynym gatunkiem", zwanym - homo sapiens? Wszak pomimo iż większość ludzi wyginie, jakaś część nie tylko przetrwa, ale stanie się dzięki temu - na zasadzie "doboru naturalnego" silniejsza. 

Tymczasem w dalszym ciągu swoich wywodów Darwin wyraźnie zaznacza, że prawdziwy rozwój gatunku może mieć miejsce wyłącznie na otwartym terenie. To dlaczego j.w. optował raczej za trzymaniem ludzi jako gatunku w izolacji? A z kolei jeśli miał słuszność, że przy postępującym wzroście jednego gatunku, dochodzi w końcu do zaniku innego, stąd słuszne byłoby zagospodarowywanie przez homo sapiens nowych rejonów (np. kosmos), to dlaczego w takim razie środowisko naukowe, rzekomo wyznające Darwinizm, robi od dobrych nastu' lat wszystko, co w ich mocy, aby człowieka uziemić na kolejne sto lub więcej lat? Jest przecież zapisane w tej książce, że "wskutek tego (natłoku) każda nowa odmiana lub gatunek będzie w czasie swego powstawania najmocniej naciskała na najbliżej spokrewnioną formę i będzie usiłowała ją wytępić" (tamże, str. 105).

Ażeby dobrze pojąć o jaką "ewolucję" naprawdę chodzi naukowcom, należałoby zdać sobie sprawę, że przemiany fizyczne u homo sapiens są możliwe tylko sztucznie, jeśli np. doczepimy sobie egzo-szkielety a prawdziwy postęp, wzorem słów Einsteina, zachodzi na poziomie "intelektu" ergo "duchowości". Jeśli więc przemiany zachodzą w umysłach, nic dziwnego, że nauka za pomocą Darwinowskiej sztuczki, kodu, napomyka o "walce o byt", która prędzej czy później wyeliminuje jednych, kosztem innych.

Poznajcie Dzieci Terry = Terran wg. Darwina!
Nie zamykajcie oczu na prawdę tylko dlatego, że w dzisiejszym świecie to bajki są nazywane prawdą, a prawda - fałszem. Przyjrzyjcie się dobrze!
Dzieci Terry (Grecy zwali ją również Gaja) są najbliżej z Nią związane, poprzez zgodność DNA i stopniową, zgodną z teorią Darwina, drogą ewolucji. Dzieci Gai najlepiej rozumieją jej prawa i dlatego tak ciężko je odeń oderwać. Dzieci Gai są prawdziwymi "właścicielami" Ziemi/Terry, ale przez to także, są najbardziej podatne na manipulacje "tych u góry", którzy poprzez mieszanie ich genów z naszymi, przyspieszyli ich rozwój.

W całej tej Darwinowskiej paplaninie odczuwa się mocny nacisk na "rasę" i jej "odmiany". Ja - przynajmniej w odniesieniu do Ziemi, powiedziałabym o nacji, gdyby nie jedna, natrętna myśl. Doktryna, która skrywa się za ewolucją i tezami pana Dänikena, jak pisałam wcześniej, u podstawy skrywa prawdę, której nie uczy się ludzi, lecz którą wykorzystuje się, o czym też pisałam wyżej, do przekonania (za jakiś czas) że owi przybysze z gwiazd, wciąż są między nami. Czy nie tak twierdzą wyznawcy teorii o UFO (patrz Link*). Dla mnie jest oczywiste, że nie pochodzimy z Ziemi.

My - znaczy większość humanoidów. Stąd większość nacji (3 - święta liczba przybyłego nie wiadomo skąd patriarchatu; matriarchat jej nie znał!, Matriarchat jak wskazują najstarsze znaleziska archeologiczne wyznawany był przez Dzieci Gai już 800 tyś. lat temu!), nie znajduje w świecie żadnego "kopalnego" powiązania z poprzednimi generacjami dzieci Gai. A przynajmniej Ja nie widzę żadnego namacalnego dowodu na powiązanie pomiędzy zilustrowanymi na zdjęciu wyżej "generacjami" a rasą białą, żółtą czy czerwoną. Ironia tkwi w tym, że pierwsi Darwinowcy także doszli do tego samego wniosku. Sęk w tym, że ich zwyrodniałe pojmowanie własnej "wyższości" kazało im znęcać się nad Dziećmi Gai. (Dla miłośników mitologii greckiej... warto zastanowić się nad fragmentem o "wojnie pomiędzy Dziećmi Gai a bogami*, która rozstrzygnęła się na korzyść bogów z gwiazd w okolicach dzisiejszego Trapezuntu w Turcji!).

Wracając do sedna... Zanim ktoś oskarży mnie o "coś", przypominam, że w przeciwieństwie do "pewnych środowisk" nie nazwałabym przybyszów z gwiazd "bogami", aczkolwiek tak zostali oni swego czasu nazwani a Święte Księgi, niemal w 100% świadczą o tym, że w oczach autochtonów, prawdziwych Dzieci Gai, "Terran" (jak ja Ich nazywam umownie), takimi się wydali. Był czas kiedy władców na tronach zwano Synami Boga i nie chodzi wyłącznie o faraonów, królów Majów, Inków, ale już w naszych czasach, za absolutystycznej monarchii w Anglii czy Francji. Pozostałością po tym jest także to iż do dzisiaj całuje się papieski pierścień boskiej władzy na Ziemi i nie patrzy w oczy królowej Anglii czy Cesarzowi Japonii. Jak myślicie, skąd to się wzięło?

Historia nas uczy, że im prymitywniejszy, im bardziej zacofany względem przybyłych z gwiazd, lud, tym łatwiej inteligentniejszym spośród Nas, dojść do władzy nad nim, łatwiej nim manipulować, wykorzystywać do swych celów, w tym "ponownego" uznania jednej nacji za "boską" względem innych. Chora to jednak boskość, nie mająca nic wspólnego z prawdziwym uduchowieniem.




Sam Darwin twierdził, że właśnie "inteligencja", "spryt" ergo "umiejętność przystosowania się" jest tym czynnikiem, który w największym stopniu wspomaga dominację jednego gatunku nad innym. Czyż nie pisał: "Dlaczego wyżej rozwinięte formy nie wyparły jeszcze wszędzie i nie wytępiły niższych?" (tamże, str. 119). Może właśnie dlatego, że ów "mityczny" proces ewolucji pcha ktoś na siłę a nie Matka Natura? Wg. mojej wiedzy, w naturze panowała pełna harmonia, dopóki nie pojawili się nań "bogowie z gwiazd o patriarchalnej manii wyższości". Przyjrzyjcie się najstarszym plemionom Mezo-Ameryki: Olmekom czy stanowisku La Venta! Do tego właśnie momentu, Natura sama prowadziła swe Dzieci za rękę. (Polecam ciekawy cykl postów o Mezo-Ameryce: Link1, Link2.

Teoria Ewolucji, jak często podkreśla Dawkins, nie ma w sobie nic z przypadkowości. A zatem i nagły obrót nazi-Darwinistów w stronę schlebiania Terranom, można odczytywać wyłącznie za próbę posłużenia się tymi, którym łatwiej będzie uznać ich wyższość. Niestety to, co ja nazywam "kosmiczną wędrówką", dolą i niedolą Wędrowców mających za zadanie siać życie, pewne środowiska poczytują sobie za dowód swej wyższości nad innymi w każdym tego słowa znaczeniu.

Kryjący się pod maską Darwinistów "anonimowi Poruszyciele" wierzą, że dopiero zlanie się wszystkich nacji w jedną - stąd kładziony nacisk na mieszanie krwi - stworzy jedną, doskonałą Rasę oraz wypleni z Ziemi podziały: etniczne, religijne, światopoglądowe, których to My (pseudo - homo sapiens) jesteśmy przecież twórcami. Oczywiście z uwzględnieniem, że zarówno stare religie i stare systemy - upadną. Im nie chodzi bowiem o "ewolucję duchową gatunku". Stoi to w jawnej sprzeczności z tym, iż na świecie winna istnieć jak największa różnorodność a więc złożoność (wg. słów Darwina). Mieszanie się nacji = powoduje "zubożenie DNA" naszego a więc "regres".

Co zatem, tak naprawdę, kryje się pod tymi wszystkimi tezami i aspiracjami?
Dla ludzi takich jak Darwin czy Dawkins, ideałem są mrówki czy pszczoły ze swym uniwersalnym podziałem na bezpłciowe robotnice/niewolnice oraz elitę Panów (Królowa oraz jej straż/gwardia). Mnie osobiście głęboko odrzuca w.w. teoria. Ten eksperyment nie ma nic wspólnego z "równością" czy "tolerancją", jest to próba wyeliminowania z Ziemi wszystkich nacji poza jednym gatunkiem: idealnym materiałem na "nowego człowieka". Jako że przeszłość Dänikenowska dowodzi wytrwale, że Oni (czyli My) czyniliśmy to już nie raz. Związki Synów Bożych z ziemskimi kobietami, etc. I może brzmiałoby to nawet zabawnie, gdyby nie tragedia kryjąca się za supremacją jednych kosztem drugich... Do czego to prowadzi, pokazał nam już XX w.

Wg. mnie żyjemy w świecie dzielonym przez trzy (3) nacje, które nie są stąd, lecz są tylko gośćmi, w tym znaczeniu zatem, oburza, że jedyne co robimy od tysięcy lat, to narzucamy innym (autochtonom), żyjącym na niższym poziomie cywilizacyjnym (choć nie zawsze tak było, jak pokazują zapomniane wielkie cywilizacje Afryki), własne normy, uważając samych siebie za skończony twór. Jedni uwznioślają Nas aż do przesady, wmawiając, że sami Aniołowie nam zazdroszczą tej marnej, śmiertelnej egzystencji, inni z kolei twierdzą, że jak pojawiliśmy się w toku ewolucji przez przypadek, tak też przez przypadek znikniemy któregoś dnia, a więc cieszmy się materią i nie szukajmy niczego więcej (Nie ma czegoś takiego jak "przypadek"). Tak samo też, w duchu panujących nam dziwactw na świecie, odnosi się słowo "rasista" wyłącznie do białej nacji, choć w dzisiejszych czasach, to właśnie biała nacja, stoi nad przepaścią, wskutek owych "ewolucjonistycznych" zabaw mieszania się ras, multi-culti, etc. Ponadto... Na wszystkie zachorowania na raka na świecie, niemal 90% to "ludzie rasy kaukaskiej, czyli białej", coraz więcej też białych latami zabiega o możność posiadania dzieci (in vitro jest błogosławieństwem, z którym wielu walczy zaciekle, choć ten sam Kościół głosi - cytując jego katechizm, że dziecko staje się "istotą rozumną, świadomą", człowiekiem* dosłownie rzecz ujmując, dopiero przy pierwszej Komunii  Św. Jak nie wierzycie, sami sprawdźcie a ujrzycie jak na dłoni całą OBŁUDĘ środowisk kościelnych). W tym samym czasie elita rządząca światem stawia na piedestale ciemnoskórych, poprzez ich wynoszenie pod niebiosa, gdyż większość z nich nienawidzi "białych" do tego stopnia, iż na jeden ich rozkaz, gotowa na najgorsze zbrodnie. W końcu to Oni właśnie padali z trwogą przed przybyszami z gwiazd, biorąc ich za bogów. A "biali" uczynili im wiele złego przez stulecia. Zasada jest bowiem prosta. Która rasa ma skłonność do mieszania krwi z inną, jest dobrym materiałem dla "ewolucji", która nie, jak np. rdzenni mieszkańcy Ameryki Pn czy Aborygeni, etc... ten ma wyginąć.

W tym przedmiocie nie chodzi więc o niechęć jednych, względem drugich, ale o zapisany dawno temu przekaz, by "nie mieszać krwi z autochtonami". Kto poznał odrobinę mitologie i religie świata, ten wie, że w ten sposób nasi odlegli przodkowie przypieczętowali swój Upadek, iż złamali tę żelazną zasadę. Czasami tak rozważam sobie, czy nie istniał dawno temu, świeżo po przybyciu "bogów z gwiazd" jakiś pakt, porozumienie, który jednym dawał prawo do stałego pobytu na Terze, innym pewność, że ich rasa nie ucierpi przez tę gościnność..? Jeśli znacie mit o Atlantydzie, takie tłumaczenie nie wydaje się pozbawione sensu. Czyż nie z tego powodu "spuszczono" na Ziemię Potop ten w Mezopotamii, oryginalny (jakkolwiek go rozumieć)? A czy nie dziwi, że potomstwo z mieszanych związków bardzo często (choć nie zawsze) cierpi na genetyczne schorzenia, np. problemy z układem oddechowym, krwionośnym, etc? Czy nie dziwi zatem taka polityka rzekomo pro-Darwinowskich środowisk, które winny wiedzieć najlepiej, do czego prowadzi łączenie się w jedno dwóch różnych sobie odmian (a może chodzi o "odrębne gatunki" wszak jak wykazały ostatnie badania, różnice pomiędzy jedną rasą a inną, niekiedy sięgają prawie 5% z czego 3% = inny gatunek)? A na myśli mam "białą", "żółtą" i "czerwoną" = homo sapiens oraz "czarnoskórych" Terran. Wg. mojej wiedzy takie ujęcie sprawy jest najsensowniejsze i nie odnosi się do żadnej wyższości nad kimś czy rasizmu. Wręcz przeciwnie. Uważam, że Ziemia jest ojczyzną tych drugich a więc winno się to zatwierdzić w podręcznikach. Niestety nie rządzą nami (przynajmniej na Zachodzie) ludzie którzy chcą naszego zgodnego współistnienia.

Na koniec - ku przestrodze! - jeszcze jeden cytacik z Darwina, który wrzucam jako podsumowanie (ad: "O braku lub rzadkości odmian przejściowych"):

"Jeżeli więc uważamy każdy gatunek za potomka jakiejś formy, to przez sam proces tworzenia się i doskonalenia nowej formy zostaną zazwyczaj wytępione zarówno forma rodzicielska, jak i wszystkie odmiany przejściowe" (tamże, str. 152). Czy nie dziwi zatem, że nauka nie potrafi przedstawić żadnej formy "przejściowej"? Cóż zatem czeka... Nas?


Popularne posty z tego bloga

"Wędrówka Dusz" - dr Michael Newton. "Śmierć nie jest ciemnością, lecz światłem". Część I

"Ulecz się sam" - Andrzej Żak. Część II - Wolność jest jak zdrowie: uzyskuje wartość i stajemy się jej świadomi tylko wtedy, gdy ją tracimy...

Mitologia Indyjska: Mit o powstaniu świata, Bogini Matce i wojnie bogów!