"Opowieść o dwóch antyutopiach" ~ Francis Fukuyama. Nieuchronna droga w przyszłość czy upadek na wieczność? Część V



~  Geny a hetero - i homoseksualizm  ~


Istotnym obszarem, w którym coraz większa wiedza z zakresu genetyki ma i będzie miała ważne implikacje polityczne, jest seksualność. Niewielu ludzi zaprzeczy tezie, że seksualność ma silne korzenie biologiczne, w porównaniu z kwestią rasy jest też dużo więcej argumentów świadczących o wpływie biologii, nie zaś środowiska, na różnice między mężczyznami a kobietami. Grupy rasowe i etniczne (między którymi granice są często nieostre) wykształciły się ostatecznie dopiero w ciągu ostatnich kilkudziesięciu tysięcy lat - w skali ewolucji jest to króciutka chwila - zróżnicowanie płciowe zaś występuje od setek milionów lat, pojawiło się ono na długo przed powstaniem gatunku ludzkiego. Mężczyźni i kobiety różnią się pod względem fizjologicznym, genetycznym (kobiety posiadają parę chromosomów X, mężczyźni - zestaw XY) oraz neurologicznym. Jeden z ważnych odłamów współczesnego feminizmu przyjmuje za pewnik, że wszelkie różnice płciowe kończą się na poziomie ciała, umysły mężczyzn i kobiet zaś są właściwie identyczne. Z tej perspektywy wszelkie różnice między płciami nabierają charakteru kulturowego - są różnicami w procesie socjalizacji chłopców i dziewcząt. Jest jednak bardzo mało prawdopodobne, by pogląd taki był w pełni słuszny; przedstawiciele jednego z ważnych nurtów biologii ewolucyjnej od kilkudziesięciu lat twierdzą, że umysły mężczyzn i kobiet zostały ukształtowane przez różne wymagania ewolucyjne stawiane przed nimi. 

W ciągu ostatnich czterdziestu lat ukazało się mnóstwo empirycznych prac na ten temat. W 1974 roku psycholożki Eleanor Maccoby i Carol Jacklin podsumowały ówczesny stan wiedzy w sporym tomie zatytułowanym Psychology of Sex Differences („Psychologia różnic między płciami”). Praca ta demaskowała niektóre mity na temat różnic między mężczyznami a kobietami - nie istnieją na przykład wiarygodne dowody na to, by chłopcy i dziewczynki różnili się, jeżeli chodzi o towarzyskość, podatność na sugestie z zewnątrz, zdolności analityczne czy ogólniej - inteligencję. Z drugiej strony, istnieją obszary, w których wiele badań konsekwentnie wykazywało różnice. Dziewczęta mają zazwyczaj większe zdolności werbalne od chłopców, chłopcy są zaś lepsi, jeżeli chodzi o wyobraźnię przestrzenną, mają większe zdolności matematyczne i są dużo bardziej agresywni. 

Późniejsza książka Maccoby The Two Sexes („Dwie płcie”), pokazuje, iż różnice kulturowe między płciami ujawniają się w bardzo wczesnym wieku. Wiele badań empirycznych wskazuje, że gry chłopców opierają się na kontakcie fizycznym w dużo większym stopniu niż gry dziewcząt oraz że chłopcy ustanawiają jaśniej zdefiniowane hierarchie dominacji niż dziewczęta i są bardziej skłonni do rywalizacji, sama zaś rywalizacja (cecha łącząca samców ludzi z samcami innych gatunków zwierząt) ma częściej miejsce między grupami niż między jednostkami. Chłopcy są bardziej agresywni fizycznie od dziewcząt, chociaż dziewczęta wykazują więcej agresji w relacjach społecznych (przybierającej formę ostracyzmu czy wyobcowania jednostki z grupy). Chłopcy częściej rozmawiają na tematy związane z agresją i przemocą, natomiast dziewczęta koncentrują się w rozmowie na związkach rodzinnych. Jeżeli chodzi o wybór płci partnerów do zabawy we wczesnym dzieciństwie, chłopcy i dziewczęta wydają się sztywno zaprogramowani, aby grupować się ze względu na płeć. Większość tych wyników potwierdza się dla różnych kultur. Według Maccoby wszystko to sugeruje, że oprócz wzorców socjalizacji, którym zazwyczaj przypisuje się oddziaływanie na zachowanie mężczyzn i kobiet, w grę wchodzić muszą elementy biologiczne.

Kiedy dochodzimy do kwestii związku między genami a homoseksualizmem, polityczna barykada całkowicie się odwraca. W przypadku związków między genami a inteligencją, przestępczością czy różnicami płciowymi lewica gwałtownie zaprzecza wszelkim biologicznym wyjaśnieniom i stara się pomniejszać znaczenie dowodów świadczących o tym, że dziedziczność ma ważny wpływ na którąkolwiek z powyższych cech. Jeżeli chodzi o homoseksualizm, ludzie o lewicowych poglądach reprezentują przeciwne stanowiska, twierdząc, iż orientacja seksualna nie jest kwestią indywidualnego wyboru czy społecznego uwarunkowania, lecz czymś, z czym jednostka się rodzi.

Z punktu widzenia biologii ewolucyjnej homoseksualizm zawsze stwarzał problemy. Skoro w ewolucji chodzi wyłącznie o sukces reprodukcyjny, zaś homoseksualiści nie pozostawiają zazwyczaj potomków, można sądzić, że gen warunkujący homoseksualizm szybko musiałby zostać wyeliminowany z populacji wskutek działania doboru naturalnego. Współcześni biolodzy ewolucyjni wysunęli teorię, że jeśli homoseksualizm jest powodowany przez czynnik genetyczny, stanowi on produkt uboczny innej, bardzo cennej cechy, której posiadanie mogłoby być korzystne dla kobiet i być dziedziczone ze strony matki. Uważa się, że mózgi różnych gatunków zwierząt, w tym człowieka, podlegają różnicowaniu płciowemu w fazie prenatalnej dzięki kontaktowi z hormonami płciowymi w różnych, genetycznie uwarunkowanych stężeniach. Na podstawie badań nad myszami wysunięto hipotezę, że męski homoseksualizm może być spowodowany niedostatecznym stężeniem testosteronu w łonie matki

Do tej pory stopień dziedziczności szacowano w podobny sposób jak dziedziczność inteligencji czy zachowań przestępczych - na podstawie badań nad bliźniętami i adoptowanymi dziećmi. Wyniki tych badań wskazują na wskaźnik dziedziczności od 31 do 74 procent w przypadku mężczyzn i od 27 do 76 procent w przypadku kobiet. Liczne prowadzone ostatnio anatomiczne badania mózgu pokazały, że istnieją różnice w strukturze trzech części mózgu między mężczyznami homo - a heteroseksualnymi; według Simona LeVaya, różnice te są szczególnie zaznaczone w obrębie podwzgórza. Dean Hamer, badacz pracujący w Narodowym Instytucie Zdrowia, twierdzi, że istnieje związek genetyczny między pewnym obszarem chromosomu X a homoseksualizmem. Przy użyciu standardowych technik genetycznych do badania drzewa genealogicznego grupy otwarcie homoseksualnych mężczyzn Hamer i jego współpracownicy znaleźli znaczący statystycznie związek między orientacją seksualną a pewnymi znacznikami genetycznymi w chromosomalnym regionie Xq.

Wobec tych badań zgłaszano takie same zastrzeżenia jak wobec badań, których przedmiotem były inteligencja i przestępczość. Niezależnie jednak od tego, jaki będzie ostateczny osąd tych teorii, homoseksualizm, podobnie jak dokonywane przez mężczyzn wybory partnerów seksualnych, istnieje w niemal wszystkich znanych nam społecznościach i zdaje się mieć naturalne podstawy. Interesujący jest tutaj aspekt polityczny całego problemu. W przeciwieństwie do inteligencji czy przestępczości, w odniesieniu do których lewica atakowała wszelkie sugestie o dziedziczności, wielu aktywistów ruchu gejowskiego poparło teorię o genie warunkującym homoseksualizm, ponieważ koncepcja genetycznego uwarunkowania zwalnia gejów z odpowiedzialności moralnej za swoją orientację. W tym przypadku to prawica twierdziła, że homoseksualizm jest kwestią wyboru stylu życia. Istnienie genu warunkującego homoseksualizm „dowiodłoby”, że bycie gejem jest jak posiadanie piegów: to cecha, której nie można zmienić.

Takie podejście jest tak samo bezsensowne jak twierdzenie, że środowisko nie może mieć wpływu na inteligencję czy zachowania przestępcze. Z wyjątkiem kilku schorzeń powodowanych przez pojedyncze geny, takich jak pląsawica Huntingtona, genotyp nigdy nie decyduje w stu procentach o losie jednostki; nie ma również powodu sądzić, aby istnienie genu warunkującego homoseksualizm znaczyło, że kultura, normy, sposobność i inne czynniki nie odgrywają roli w określaniu orientacji seksualnej. Sam fakt, iż wiele osób to biseksualiści, wskazuje na to, że orientacja seksualna jest bardzo plastyczna. Jeżeli rodzice martwią się, że wyjazd na obóz z harcmistrzem, który jest gejem, może spowodować, iż ich syn zdobędzie doświadczenia homoseksualne, nieposiadanie przez niego genu warunkującego homoseksualizm nie rozwieje ich obaw.

Z drugiej strony, prawicowi dyskutanci, którzy sądzą, że homoseksualizm jest po prostu kwestią indywidualnego wyboru moralnego, muszą zmierzyć się z tym samym faktem co lewica w przypadku inteligencji czy tożsamości płciowej: natura narzuca pewne ograniczenia. Leworęczne osoby można nauczyć pisać lub jeść prawą ręką, zawsze jednak jest to dla nich wysiłek i nie czują się one z tym naturalnie. Tak naprawdę homoseksualizm nie różni się od inteligencji, przestępczości czy tożsamości płciowej pod tym względem, że jest cechą ludzką częściowo warunkowaną przez geny, częściowo zaś przez środowisko społeczne i indywidualny wybór. Warto jednak mieć na względzie, że także w świecie zwierzęcym występują homoseksualne skłonności, a zatem czy nie powinniśmy przyjąć tego samego kryterium "wolnego wyboru" wobec nich? W każdym przypadku można się sprzeczać o relatywną wagę uwarunkowań genetycznych i społecznych, lecz samo istnienie czynnika genetycznego czyni dyskusję o tych cechach bardzo kontrowersyjną, ponieważ sugeruje ograniczenie zakresu działania moralności czy potencjału istoty ludzkiej.

Jedną z największych nadziei dwudziestowiecznej socjologii było to, że postęp w naukach przyrodniczych wyeliminuje biologię jako istotny czynnik kierujący ludzkim zachowaniem. Pod wieloma względami nadzieja ta spełniła się: nie znaleziono empirycznych podstaw „naukowego rasizmu”, ponieważ różnice między rasami i grupami etnicznymi czy między mężczyznami i kobietami okazały się dużo mniejsze, niż sądzono bezpośrednio po sformułowaniu przez Karola Darwina teorii ewolucji. Ludzkość okazuje się naprawdę zadziwiająco jednorodnym gatunkiem, co potwierdza nasze post-oświeceniowe intuicje moralne dotyczące uniwersalnej godności ludzkiej. Pewne różnice między grupami ludzi - szczególnie między płciami - istnieją, biologia zaś nadal odgrywa ważną rolę w wyjaśnianiu różnic między jednostkami w obrębie danej populacji. Przyszły przyrost wiedzy o ludzkich genach pozwoli nam dowiedzieć się więcej o genetycznych źródłach zachowań, przez co pozostanie powodem ciągłych sporów politycznych.

Naukowa wiedza o uwarunkowaniach pewnych cech będzie nas nieuchronnie prowadzić w stronę poszukiwania technik, które pozwalają manipulować tymi cechami. Na przykład istnienie biologicznych cech, których obecność skorelowana jest z homoseksualizmem - czy są to androgeny oddziałujące na nas w fazie prenatalnej, inna budowa anatomiczna mózgu, czy gen warunkujący homoseksualizm będący u podłoża tych cech - stwarza możliwość, że któregoś dnia zostanie opracowane „lekarstwo” na homoseksualizm. W tym momencie lewica zupełnie słusznie zaczyna nieufnie odnosić się do biologicznych wytłumaczeń, ponieważ zagrażają one koncepcji wspólnej wszystkim godności ludzkiej. I mają rację - pod tym względem.

Problem ten można zilustrować, dokonując pewnego eksperymentu myślowego. Wyobraźmy sobie, że za dwadzieścia lat dobrze zrozumiemy genetyczne podłoże homoseksualizmu i znajdziemy sposób, który pozwoli rodzicom znacznie zmniejszyć prawdopodobieństwo wydania na świat homoseksualnego potomka. Nie trzeba tu zakładać opanowania technik inżynierii genetycznej: może to być po prostu pigułka, która zapewni płodowi w macicy dostateczny poziom testosteronu, by "zmaskulinizować" jego mózg (jeśli oczywiście zależy nam tym, aby w społeczeństwie istniały wyłącznie agresywne samce alfa, dzięki którym przecież wybuchają wszelkie konflikty społeczne). Wyobraźmy sobie, że taka procedura jest tania, skuteczna, nie pociąga za sobą niepożądanych działań ubocznych i można ją dyskretnie zaaplikować w gabinecie ginekologicznym. Załóżmy też, że do tego czasu normy społeczne przesuną się w stronę całkowitej akceptacji homoseksualizmu. Jak wiele kobiet przy nadziei zdecyduje się na wzięcie pigułki? I czy w interesie społecznym jest zmienianie sztuczną metodą naturalnych procesów biologicznych, dzięki którym świat stopniowo w miarę postępującej ewolucji, dochodzi do dawno utraconej równowagi społecznej?

Podejrzewam jednak, że uczyniłoby tak bardzo wiele kobiet, włączając w to osoby, które dzisiaj są oburzone tym, co postrzegają jako dyskryminację gejów. Mogą one uważać homoseksualizm za coś podobnego do łysiny czy niskiego wzrostu - nie jest to stan moralnie naganny, lecz nie jest też optymalny, w związku z czym w zasadzie wolałoby się go dziecku oszczędzić, czy tak (jednym z powodów takiej decyzji jest też na przykład nasze pragnienie posiadania wnuków)? Jak mogłoby to wpłynąć na pozycję społeczną gejów, szczególnie należących do tego pokolenia, w którym eliminowano by homoseksualizm? Czy ta forma prywatnej eugeniki nie uczyniłaby ich bardziej widocznymi i narażonymi na dyskryminację niż przedtem? Ważne jest też, aby zadać sobie pytanie, jakie moralne prawo ma istota ludzka, aby mieszać się do Natury (przy założeniu, że ów gen naprawdę istnieje od zawsze w całym świecie zwierzęcym)? Ktoś zapewne zechce jednak zadać sobie pytanie: czy rasa ludzka zyskałaby na eliminacji homoseksualizmu? A jeżeli nie jest to oczywiste, czy powinniśmy obojętnie odnosić się do wyborów eugenicznych (prawdopodobnych sugestii prawicowych w przyszłości nie unikniemy), dopóki dokonują ich rodzice, nie zaś państwa totalitarne?



~  Neurofarmakologia i sterowanie zachowaniem  ~


Myślicielem, którego idee przeżyły być może najwyższy w XX wieku wzlot, potem zaś upadek, był twórca psychoanalizy Zygmunt Freud. W połowie zeszłego wieku powszechnie poważano go jako naukowca, który odsłonił najgłębsze prawdy o ludzkich motywach i żądzach. Kompleks Edypa, podświadomość, zazdrość o penisa, pragnienie śmierci - chcący dowieść swojego wyrafinowania intelektualiści prześcigali się w przywoływaniu koncepcji Freuda na przyjęciach. Pod koniec wieku jednak większość naukowców zajmujących się medycyną postrzegała już Freuda jako zaledwie interesujący przyczynek do intelektualnej historii ludzkości, bardziej jako filozofa niż jako naukowca. Stało się tak dzięki postępowi w nauce o zdolnościach poznawczych mózgu i w nowo powstałej dziedzinie - neurofarmakologii.

Freudyzm opierał się na założeniu, że choroby psychiczne, w tym również te poważne, jak depresja maniakalna czy schizofrenia, mają przede wszystkim podłoże psychologiczne i są wynikiem zaburzeń umysłowych, które pojawiają się gdzieś ponad biologiczną materią mózgu. Pogląd ten został podważony przez przypadkowe odkrycie litu jako leku na depresję przez australijskiego psychiatrę Johna Cade’a, który zaczął w 1949 roku podawać go swoim pacjentom cierpiącym na depresję maniakalną. Wielu spośród tych pacjentów zostało w cudowny sposób uleczonych, co zapoczątkowało proces odchodzenia od Freudowskiej terapii przez rozmowę na rzecz terapii lekowej, która w ciągu dwóch pokoleń niemal całkowicie zastąpiła psychoanalizę. Odkrycie litu było zaledwie początkiem okresu intensywnych badań i rozwoju neurofarmakologii, który pod koniec wieku zaowocował nową generacją leków, takich jak prozac czy ritalin; ich efekty społeczne zaczynamy dostrzegać dopiero teraz.

Wzrost znaczenia leków psychotropowych zbiegł się w czasie ze zjawiskiem, które otrzymało nazwę rewolucji neuroprzekaźników - gwałtownym przyrostem wiedzy naukowej dotyczącej biochemii mózgu i procesów umysłowych. Freudyzm można porównać do teorii opracowanej przez grupę ludzi pierwotnych, którzy znaleźli działający samochód i próbowali wytłumaczyć jego funkcjonowanie, nie umiejąc zajrzeć pod maskę. Zaobserwowaliby oni silny związek między naciskaniem pedału gazu i poruszaniem się do przodu i wysunęliby teorię o istnieniu mechanizmu, który łączy te dwa zjawiska, zamieniając płyn w ruch kół - mogła to być duża wiewiórka uwięziona w klatce czy rodzaj homunkulusa. Nie dowiedzieliby się jednak niczego o węglowodorach, procesie spalania czy zaworach i tłokach, odpowiedzialnych za zamianę jednego rodzaju energii w drugi.

Nowoczesna neurologia zajrzała pod maskę i pozwoliła nam zerknąć, choć pobieżnie, na silnik. Aktywacją synaps nerwowych i przekazywaniem sygnałów między neuronami w mózgu steruje około tuzina neuroprzekaźników, takich jak serotonina, dopamina czy norepinefryna. Poziomy tych neuroprzekaźników i interakcje między nimi wpływają bezpośrednio na takie nasze subiektywne odczucia, jak samopoczucie, samoocena, strach i tym podobne. Ich normalne poziomy zależą od otoczenia i są silnie związane z tym, co określamy jako osobowość. Na długo zanim powstanie inżynieria genetyczna, znajomość procesów chemicznych zachodzących w mózgu i zdolność manipulowania nimi stanie się ważnym sposobem sterowania zachowaniem o poważnych skutkach politycznych. Znajdujemy się już pośrodku tej rewolucji i nie musimy pisać fantastycznonaukowych scenariuszy, by przewidzieć jej dalszy ciąg.

Weźmy chociażby pod uwagę antydepresyjny lek prozac, produkowany przez koncern Eli Lilly, oraz podobne lekarstwa, jak zoloft (firmy Pfizer) czy paxil (produkowany przez SmithKline Beecham). Prozac, czyli fluoksetyna, jest tak zwanym selektywnym inhibitorem wychwytu serotoniny, a więc jak sama nazwa wskazuje, blokuje on wchłanianie uwolnionej uprzednio przez synapsy nerwowe serotoniny, znacznie podwyższając poziom tego neuroprzekaźnika w mózgu. Serotonina jest kluczowym neuroprzekaźnikiem, którego niski poziom wiąże się zarówno u ludzi, jak i innych naczelnych ze słabą samokontrolą oraz niepohamowaną agresją skierowaną w niewłaściwym kierunku, u samych ludzi zaś dodatkowo z depresją, agresją i samobójstwem.

Nie jest więc zaskoczeniem, że prozac i pokrewne mu leki stały się jednym z najważniejszych zjawisk kulturowych końca XX wieku (istnieją także "inne", dużo częściej spożywane). Książki Petera D. Kramera Listening to Prozac (Wsłuchując się w prozac) oraz Elizabeth Wurtzel Kraina prozaca opisują prozac jako cudowny lek, który powoduje niezwykłe zmiany w osobowości ludzkiej. Kramer opisuje swoją pacjentkę Tess, która cierpiała na chroniczną depresję, była uwikłana w kolejne masochistyczne związki z żonatymi mężczyznami i nie wiodło jej się w pracy. W ciągu kilku tygodni od rozpoczęcia terapii prozakiem jej osobowość całkowicie się odmieniła: Tess uwolniła się z niszczącego ją związku, zaczęła spotykać się z innymi mężczyznami, zmieniła towarzystwo, w którym się obracała, w pracy zaś nabrała pewności siebie i zaczęła działać bardziej zdecydowanie. Książka Kramera stała się bestsellerem i w wielkim stopniu przyczyniła się do wzrostu zużycia leku i jego akceptacji. Obecnie około 28 milionów Amerykanów, a więc 10 procent ludności USA, zażywa prozac i pokrewne środki*. Ponieważ kobiety częściej niż mężczyźni chorują na depresję i mają problemy z samooceną, lek ten stał się symbolem feminizmu: sukces Tess, która zerwała upokarzający związek, udało się powtórzyć wielu kobietom, którym przepisano inhibitory wychwytu serotoniny.

Nic dziwnego, że leki, którym przypisuje się takie działanie, wzbudzają wiele kontrowersji. Niektóre badania wskazują na to, że prozac nie jest tak skuteczny w działaniu, jak się twierdzi, a pod adresem Kramera skierowano wiele krytyki za wyolbrzymienie efektów jego stosowania. Większość ataków na prozac to książki w rodzaju Talking Back to Prozac („Odpowiadając prozacowi”) Petera Breggina i Ginger Ross Breggin czy Prozac Backlash („Reakcja na prozac”) Josepha Glenmullena. Ich autorzy twierdzą, że prozac ma mnóstwo niepożądanych działań ubocznych, które usiłuje ukryć jego producent. Utrzymują oni, że lek ten odpowiada za przyrost masy ciała, tiki nerwowe, utratę pamięci, problemy ze sprawnością seksualną, przypadki samobójstw oraz stosowania przemocy, jak również uszkodzenia mózgu.

Może się okazać, że z czasem prozac spotka to samo, co przeciwpsychotyczny środek torazynę - przestanie być postrzegany jako cudowny lek z powodu długoterminowych niepożądanych działań ubocznych, o których zbyt mało wiedziano w momencie wprowadzenia go na rynek. Jednak dużo trudniejszy problem moralny i polityczny powstanie, jeżeli okaże się, że prozac jest całkowicie bezpieczny i działa on - lub podobne leki, które jeszcze odkryjemy - dokładnie tak, jak jest to opisywane w reklamach. Problem ten wiąże się z tym, że prozac wpływa ponoć na najważniejsze z politycznego punktu widzenia odczucie - samoocenę, czyli poczucie własnej wartości.






Samoocena jest oczywiście modnym pojęciem z zakresu psychologii; to coś, czego podobno ciągle brakuje Amerykanom. Ma ona jednak związek z bardzo ważnym aspektem ludzkiej psychiki, wspólną wszystkim ludziom potrzebą uznania. Sokrates w Państwie Platona twierdzi, że dusza składa się z trzech części: zmysłowej, rozumnej oraz części, którą określa słowem thymos - co zazwyczaj tłumaczy się jako „impulsywność”, "ekspresyjność". Thymos to dumna strona ludzkiej osobowości, jej część domagająca się uznania przez innych naszej wartości czy godności. Nie jest to pożądanie dóbr materialnych czy przedmiotów mających zaspokoić nasze potrzeby - pożądanie „użyteczności”, którą ekonomiści zazwyczaj uważają za źródło ludzkiej motywacji - lecz intersubiektywna potrzeba, aby inna istota ludzka uznała naszą pozycję społeczną. Ekonomista Robert Frank wskazuje, że większość działań, które postrzegamy jako motywowane interesem ekonomicznym, jest tak naprawdę spowodowana potrzebą pokazania swojej pozycji społecznej - posiadania tego, co nazywa on dobrami określającymi pozycję. Chcemy więc posiadać jaguara nie dlatego, że kochamy piękne auta, lecz dlatego, że chcemy przyćmić bmw naszego sąsiada. Potrzeba ta nie musi być potrzebą osobistego uznania; można również żądać, aby inni ludzie uznali naszych bogów, pojęcie sacrum, narodu czy słusznej sprawy.

Większość politologów dostrzega wagę uznania i to, że jest ono w polityce pojęciem kluczowym. Książę walczący z innym księciem nie potrzebuje ziemi czy pieniędzy - zazwyczaj i tego, i tamtego ma więcej, niż potrzebuje - chce natomiast uznania swojego panowania lub suwerenności i przyznania, że jest najwyższym władcą. Potrzeba uznania często spycha na dalszy plan interes ekonomiczny: nowym państwom, takim jak Ukraina czy Słowacja, być może lepiej by się wiodło jako częściom większych krajów, ale ich celem nie był dobrobyt gospodarczy, lecz własna flaga i miejsce na zgromadzeniach ONZ. Właśnie z tego powodu Hegel uważał, że siłą napędową historii jest walka o uznanie, rozpoczynająca się od pierwotnej „krwawej walki” między dwoma przeciwnikami o to, który z nich będzie panem, a który niewolnikiem, kończąca zaś w momencie powstania nowoczesnej demokracji, w której wszyscy obywatele są postrzegani jako wolni i w równym stopniu szanowani.

Hegel sądził, że walka o uznanie ma miejsce wyłącznie wśród ludzi - że jest to właściwie kluczowy element definiujący istotę ludzką. Mylił się jednak: ludzka żądza uznania ma biologiczne podłoże i jest to uczucie obecne również u innych gatunków zwierząt. Członkowie wielu gatunków budują hierarchie dominacji (termin „porządek dziobania” wywodzi się, rzecz jasna, od zachowania kur). Kiedy patrzymy na spokrewnione z człowiekiem naczelne, jak goryle czy (w szczególności) szympansy, ich walka o pozycję w hierarchii dominacji wydaje się bardzo podobna do ludzkiej, w końcu człowiek jest dalekim potomkiem tego gatunku. W swojej książce celnie zatytułowanej Chimpanzee Politics („Szympansia polityka”) badacz naczelnych Frans de Waal obszernie opisał walki o pozycję, mające miejsce w kolonii szympansów żyjących w niewoli w Holandii. Samce szympansów tworzą koalicje, intrygują i wzajemnie się oszukują, przy czym wyraźnie odczuwają emocje bardzo podobne do dumy i gniewu, gdy ich ranga w kolonii jest lub nie jest uznawana przez współtowarzyszy.

Ludzka walka o uznanie jest oczywiście nieskończenie bardziej złożona niż zwierzęca (niemniej - Link*). Ludzie ze swoją pamięcią, wiedzą i olbrzymimi zdolnościami abstrakcyjnego myślenia są w stanie przenieść walkę o uznanie na grunt ideologii, wiary religijnej, stanowiska na uczelni, Nagrody Nobla i tysięcy innych wyróżnień. Ważne jest tutaj jednak to, że żądza uznania ma podstawy biologiczne i jest związana z poziomem serotoniny w mózgu. Wykazano, że małpy na dolnych szczeblach hierarchii dominacji mają niski poziom serotoniny, z kolei świeżo upieczony samiec alfa odczuwa nagły przyrost jej poziomu. 

Z tego właśnie powodu istnienie leku takiego jak prozac może mieć poważne konsekwencje polityczne. Hegel twierdzi, nie bez podstaw, że cały proces historyczny napędzany jest przez ciągłą walkę o uznanie. Niemal cały postęp jest produktem ubocznym tego, że ludzie nigdy nie byli usatysfakcjonowani uznaniem, jakie osiągnęli; mogli zaś dążyć doń wyłącznie walką i pracą. Na status społeczny trzeba sobie zapracować - pracują nań zarówno królowie i książęta, jak i kuzyn Marek, który dochrapał się posady brygadzisty. Normalnym i moralnie akceptowalnym sposobem przezwyciężania niskiej samooceny jest walka z samym sobą i z innymi, ciężka praca, znoszenie bolesnych wyrzeczeń i w końcu sukces, który dostrzegą także inni. Problem z samooceną polega na tym, że w amerykańskiej psychologii popularnej uważa się ją za coś, co nam przysługuje, i każdy ma potrzebę posiadania wysokiej samooceny, niezależnie od tego, czy zasłużył sobie na nią, czy nie. Powoduje to dewaluację samooceny i czyni pogoń za nią próżnym wysiłkiem.

Teraz jednak z pomocą przychodzi amerykański i europejski przemysł farmaceutyczny, który produkując leki takie jak zoloft czy prozac, może dostarczyć nam samoocenę w pigułce podwyższającej poziom serotoniny w mózgu. Możliwość manipulacji osobowością w sposób, który opisuje Peter Kramer, prowokuje do pytań. Czy można byłoby uniknąć wszelkich wojen w historii ludzkości, gdyby ludzie mieli w mózgach więcej serotoniny? Czy Cezar lub Napoleon czuliby potrzebę podboju Europy, gdyby mogli od czasu do czasu zażyć tabletkę prozacu? Jeżeli tak, to jak wyglądałaby historia? (Należy jednak pamiętać o najnowszych badaniach, które wskazują, że procent samobójstw pośród osób zażywających prozac w USA jest większy niż wśród osób nie wspomagających się żadnymi medykamentami. Rodzi się więc uzasadnione pytanie: Skoro można manipulować ludzką samooceną w górę, to czy można celowo czynić to w odwrotnym kierunku?).

Na świecie są niewątpliwie miliony cierpiących na depresję kliniczną ludzi, których poczucie własnej wartości jest zdecydowanie zbyt niskie. Dla nich prozac i pokrewne środki są darem niebios. Jednak niski poziom serotoniny nie musi oznaczać stanu patologicznego; istnienie prozacu otwiera drogę do tego, co Kramer nazwał kosmetyczną farmakologią: zażywania leku nie z powodu jego wartości terapeutycznej, lecz dlatego, że czujemy się po nim „lepiej niż dobrze” (efekt "placebo"?). Jeżeli wysoka samoocena jest tak ważna dla ludzkiego szczęścia, któż nie chciałby jej podwyższyć? Tak pojawia się lek, który pod pewnymi względami zaczyna niestety przypominać somę z Nowego wspaniałego świata Aldousa Huxleya. 

O ile prozac wydaje się rodzajem pigułki szczęścia, o tyle ritalin zaczął odgrywać rolę jawnego instrumentu kontroli społecznej. Ritalin jest handlową nazwą metylfenidatu, psychostymulującego środka pokrewnego metamfetaminie, narkotykowi znanemu w latach sześćdziesiątych jako speed. Ritalin stosuje się dzisiaj w leczeniu syndromu zwanego zespołem nadpobudliwości ruchowej połączonej z deficytem uwagi (ADHD - Attention Deficit Hyperactivity Disorder), „choroby” często stwierdzanej u chłopców, którzy nie są w stanie spokojnie usiedzieć na lekcji.

Zespół deficytu uwagi (ADD) po raz pierwszy wymieniono jako chorobę w roku 1980 w podręczniku Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders („Diagnostyczny i statystyczny podręcznik chorób umysłowych”), wyroczni w zakresie oficjalnie uznawanych chorób umysłowych. Nazwę choroby zmieniono w kolejnym wydaniu podręcznika na „zespół nadpobudliwości ruchowej połączonej z deficytem uwagi”, wskazując jako dodatkową cechę tej choroby nadpobudliwość. Pojawienie się ADD, a potem ADHD w tym podręczniku było samo w sobie interesujące. Mimo prowadzonych od kilkudziesięciu lat poszukiwań nikt nie zdołał zidentyfikować przyczyny tych schorzeń, istnieją jednak głosy, które wiążą istnienie tych syndromów z bardzo wczesną ingerencją w rozwój jednostki (nie tyle w postaci szczepień dziecka), co badań prenatalnych przeprowadzanych na kobiecie w ciąży. Są one rozpoznawane wyłącznie na podstawie objawów. Podręcznik wymienia listę kryteriów diagnostycznych pozwalających rozpoznać chorobę; są to m.in. problemy z koncentracją i nadmierne pobudzenie funkcji motorycznych. Lekarze dokonują bardzo subiektywnej diagnozy na podstawie występowania u pacjenta wystarczającej liczby wymienionych objawów, których rzeczywiste istnienie nie zawsze jest rzeczą pewną.

Nie dziwi więc, że psychiatrzy Edward Hallowell i John Ratey twierdzą w swojej książce Driven to Distraction („Doprowadzeni do szału”), że „kiedy tylko zorientujecie się, na czym polega ten syndrom, dostrzeżecie go wszędzie”. Według ich ocen, na którąś z form ADHD cierpi w sumie około 15 milionów Amerykanów. Jeżeli jest to prawda, Stany Zjednoczone dotknięte są epidemią niebywałych wprost rozmiarów. 

Istnieje oczywiście prostsze wyjaśnienie, mówiące, że ADHD nie jest chorobą, lecz raczej końcową częścią krzywej rozkładu statystycznego opisującego całkiem normalne zachowania. Młodzi ludzie, szczególnie zaś młodzi chłopcy, nie zostali zaprogramowani przez ewolucję, aby spokojnie siedzieć godzinami w ławkach, słuchając nauczyciela, lecz aby biegać, bawić się i przejawiać swoją aktywność fizyczną na wszelkie sposoby. To, że coraz częściej wymagamy od nich, aby siedzieli nieruchomo w klasie, oraz to, że rodzice i nauczyciele mają mniej czasu, aby zająć ich czymś interesującym, stwarza wrażenie, iż mamy do czynienia z rozprzestrzeniającą się chorobą, z którą walczyć można wyłącznie za pomocą sztucznych-zastępczych narzędzi (które działają na zasadzie "odwracaczy uwagi", od faktu, iż coraz większa liczba ludzi poddawana jest eksperymentom, a co za tym idzie, objawia zaburzenia psychiczne). Cytując słowa Lawrence’a Dillera, lekarza i autora krytycznej książki o ritalinie:

Pozostaje możliwość, że ADD jest słowem-wytrychem, obejmującym całą gamę problemów z zachowaniem dzieci wynikających z różnych przyczyn, zarówno tych uwarunkowanych biologicznie, jak i psychospołecznych. Fakt zaś, że ritalin pomaga w tak wielu przypadkach, może zachęcać do rozszerzania definicji ADD.

Ritalin jest lekiem stymulującym ośrodkowy układ nerwowy, spokrewnionym chemicznie z takimi substancjami (których stosowanie jest ściśle nadzorowane), jak metamfetamina czy kokaina. Jego efekty farmakologiczne są również bardzo podobne - wydłużenie czasu koncentracji, poczucie euforii, krótkotrwały przypływ energii i możliwość silniejszego skupienia uwagi. Zwierzęta doświadczalne, którym dano wybór między zażywaniem ritalinu a kokainy, nie wykazywały znaczących preferencji w jedną lub drugą stronę. Obydwie substancje podwyższają uwagę, koncentrację i poziom energii również u zupełnie zdrowych osób. Podobnie jak metamfetamina czy kokaina nadużywanie ritalinu powoduje niepożądane działania uboczne, takie jak bezsenność czy utrata wagi. Dlatego też lekarze, przepisując go dzieciom, zalecają okresowe „wakacje od leku”. W niskich dawkach, w jakich zazwyczaj podawany jest dzieciom, ritalin jest substancją rzekomo mniej uzależniającą niż kokaina, lecz w przypadku wyższych dawek efekty są podobne (zażywanie ritalinu może zwiększać podatność na "inne" uzależnienia). W związku z tym amerykańska Agencja ds. Walki z Narkotykami (DEA) zakwalifikowała ritalin jako środek klasy II, wymagając przepisywania go na potrójnych formularzach recept oraz narzucając ograniczenia skali jego produkcji. 

Pozytywne psychologiczne skutki zażywania ritalinu tłumaczą, dlaczego używa go - lub, zdaniem DEA, nadużywa - coraz więcej ludzi, u których nie stwierdzono ADHD. Według Dillera, „lek ten potencjalnie poprawia funkcjonowanie każdego - zarówno dziecka, jak i dorosłego, cierpiącego na ADD lub nie". W latach dziewięćdziesiątych XX wieku niezwykle szybko wzrosło zużycie ritalinu w szkołach średnich i w kampusach uniwersyteckich, ponieważ uczniowie i studenci odkryli, że pomaga on w nauce do egzaminów i ułatwia koncentrowanie uwagi podczas zajęć. Lekarz z Uniwersytetu Wisconsin twierdzi, że „nasze sale wykładowe zamieniają się w apteki”. Elisabeth Wurtzel, autorka znanej książki o prozacu, pisze, że rozgniatała i wdychała przez nos czterdzieści tabletek ritalinu dziennie, co doprowadziło do tego, iż trafiła do szpitala na ostry dyżur i przeszła terapię detoksykacyjną, w czasie której poznała matki podkradające dzieciom tabletki do własnego użytku. 

Polityczny aspekt stosowania ritalinu obnaża fakt, w jak schematycznych i ubogich kategoriach myślowych postrzegamy charakter i zachowanie. Daje on również przedsmak tego, co nadejdzie, gdy dostępna stanie się inżynieria genetyczna, dająca dużo większe możliwości sterowania zachowaniem. Ludzie, którzy uważają, że cierpią na ADHD, mają często bardzo silną potrzebę wiary w to, iż ich niezdolność do koncentracji czy sprawnego funkcjonowania w jakimś zakresie nie wynika, jak często im się mówi, z ich złego charakteru czy słabej woli, lecz jest efektem schorzenia neurologicznego. Cytując tytuł jednej z niedawno wydanych książek promujących ritalin: „to nie jest niczyja wina”. A jednak... Ktoś przecież produkuje i wdraża do leczenia ów narkotyk.
Niewątpliwie jest wielu ludzi, którzy są w takim stopniu nadpobudliwi czy niezdolni do koncentracji, że można uznać, iż ich zachowanie determinuje biologia. Co jednak z ludźmi, którzy znajdują się na przykład w okolicach piętnastego centyla rozkładu normalnego opisującego poziom uwagi? Ich stan ma pewne podłoże biologiczne, lecz niewątpliwie mogą oni podjąć działania, które wpłyną na ich stopień koncentracji uwagi czy nadpobudliwość. Ćwiczenia, charakter, determinacja i ogólnie pojęte środowisko odgrywają tutaj ważną rolę. Zaliczenie takich ludzi do grupy chorych jest zacieraniem granicy między terapią a kosmetyką. Jednak dokładnie tego żądają pomysłodawcy uznania ADHD za chorobę.

Wspierają ich w tym silne grupy interesu. Pierwszą i najważniejszą taką grupą są rodzice i nauczyciele, którzy nie chcą tracić czasu i energii niezbędnych do utrzymania dyscypliny, zainteresowania, rozbawienia czy uczenia dzieci w tradycyjny sposób. Jest oczywiście zrozumiałe, że udręczeni rodzice i przepracowani nauczyciele chcą uprościć sobie życie, stosując medykamenty, lecz działania zrozumiałe to nie zawsze działania słuszne. Najważniejszym lobby reprezentującym interesy tej grupy w Stanach Zjednoczonych jest CHADD - Children and Adults with Attention-Deficit/Hyperactivity Disorder (Dzieci i Dorośli z Deficytem Uwagi/Nadpobudliwością), nie mające na celu osiągnięcia zysku stowarzyszenie samopomocy założone w 1987 roku, zrzeszające głównie rodziców, u których dzieci stwierdzono ADHD. CHADD stara się być grupą wsparcia i ośrodkiem informacyjnym dysponującym najświeższymi informacjami o ADHD i leczeniu tego syndromu, podejmuje też poważne wysiłki, aby doprowadzić do sklasyfikowania ADHD jako upośledzenia i zapewnić dzieciom, u których zdiagnozowano ten syndrom, specjalny tok nauczania zgodnie z ustawą o nauczaniu osób upośledzonych100. CHADD szczególnie obawia się napiętnowania ofiar ADHD przez społeczeństwo. W 1995 roku grupa ta uruchomiła wielką kampanię mającą na celu przeniesienie ritalinu do klasy III, co zniosłoby ograniczenia nałożone przez DEA na produkcję leku i znacząco złagodziło zasady przepisywania i nabywania tego specyfiku.

Drugą ważną siłą domagającą się uznania ADHD za chorobę jest przemysł farmaceutyczny, szczególnie zaś te firmy - jak Novartis (dawniej Ciba-Geigy) - które produkują ritalin i leki mu pokrewne. Eli Lilly, producent prozacu, wydał olbrzymie sumy na odparcie zarzutów dotyczących niepożądanych działań ubocznych powodowanych przez jego bardzo dochodowy produkt, podobnie czyniła firma Novartis. Novartis uporczywie ubiegał się o przeniesienie ritalinu do klasy III oraz naciskał na szybkie podwyższanie limitów produkcji, rozpowszechniając na początku lat dziewięćdziesiątych informacje o niedoborach leku na rynku. W 1995 roku okazało się jednak, że firma przesadziła w swoich wysiłkach - przeniesienie leku do wyższej klasy nie powiodło się po tym, jak ujawniono, iż Novartis ukrył fakt przekazania CHADD darowizn w wysokości niemal 900 tysięcy dolarów.

Uznanie syndromu takiego jak ADHD za chorobę ma poważne konsekwencje prawne i polityczne. Według prawa amerykańskiego syndrom ten jest obecnie uważany za upośledzenie i w związku z tym osoby nim dotknięte mają zapewnioną ochronę na mocy dwóch różnych przepisów - artykułu 504 Ustawy o rehabilitacji zawodowej z 1973 roku oraz Ustawy o osobach upośledzonych z 1990 roku. Pierwszy z nich zabrania dyskryminowania ludzi upośledzonych, drugi zaś przewiduje dodatkowe fundusze na specjalny tok nauczania osób, u których stwierdzono ujęte na oficjalnej liście upośledzenia związane z procesem uczenia się. Dodanie ADHD do listy objętej tą ustawą było wynikiem długiej batalii politycznej między CHADD i innymi grupami nacisku po jednej stronie a ogólnokrajowym związkiem zawodowym nauczycieli (NEA - National Education Association) oraz Narodowym Stowarzyszeniem na rzecz Awansu Ludzi Kolorowych (NAACP - National Association for the Advancement of Colored People) po drugiej. NEA miała obiekcje z powodu budżetowych konsekwencji rozszerzania listy upośledzeń, NAACP zaś kierowało się obawami, że czarnoskóre dzieci będą chętniej niż dzieci białe klasyfikowane jako upośledzone i poddawane terapii lekowej. Syndrom ADHD ostatecznie znalazł się na oficjalnej liście upośledzeń w 1991 roku po intensywnej kampanii wysyłania listów i lobbingu prowadzonym przez CHADD oraz inne grupy rodziców.




W wyniku oficjalnego sklasyfikowania ADHD jako upośledzenia dzieci cierpiące na ten syndrom mają prawo do specjalnego toku nauczania we wszystkich okręgach szkolnych Stanów Zjednoczonych. Uczniowie z ADHD mogą domagać się większej ilości czasu na rozwiązywanie standaryzowanych testów, szkoły zaś godzą się na to, obawiając się pozwów. Według magazynu „Forbes”, szkoła prawnicza Whittier Law School została pozwana przez studenta, u którego zdiagnozowano ADD, ponieważ otrzymał on jedynie 20 minut dodatkowego czasu na napisanie godzinnego egzaminu. Obawiając się procesu, szkoła poszła na ugodę. 

Wielu konserwatystów narzeka na zakres obowiązującej obecnie w Ameryce definicji upośledzeń podlegających ochronie na mocy ustawy o nauczaniu osób upośledzonych, jako powód swojego niezadowolenia podając koszty takich rozwiązań. Ważniejszym powodem sprzeciwu są jednak względy moralne: klasyfikując ADHD jako upośledzenie, społeczeństwo przyznało pierwszeństwo biologii w przypadku syndromu o przyczynach zarówno biologicznych, jak i psychospołecznych. Osobom, które w rzeczywistości są w stanie do pewnego stopnia kontrolować swoje zachowanie, mówi się, że tak nie jest, nieupośledzona część społeczeństwa zaś redystrybuuje zasoby i czas, aby skompensować im coś, co naprawdę podlega przynajmniej częściowo ich kontroli.

Obawy grup takich jak NAACP, że leki psychotropowe w rodzaju ritalinu mogą być dużo częściej stosowane wśród grup mniejszościowych, również mają swoje podstawy. W Stanach Zjednoczonych zaobserwowano duży wzrost liczby recept na środki psychotropowe (przede wszystkim ritalin i pochodne, lecz również inne) wystawianych dla bardzo młodych pacjentów (w wieku przedszkolnym lub młodszych) w związku z problemami behawioralnymi. Przeprowadzone w roku 1998 badanie wykazało, że wśród osób objętych programem opieki zdrowotnej Medicaid w stanie Michigan około 57 procent dzieci w wieku poniżej 4 lat spośród tych, u których zdiagnozowano ADHD, otrzymywało jeden lub więcej leków psychotropowych. Jedno z badań, którego wyniki wywołały burzę polityczną, wskazywało, że w 1995 roku ponad 12 procent dzieci w wieku od 2 do 4 lat uczestniczących w dużym programie Medicaid na środkowym zachodzie Stanów Zjednoczonych otrzymywało leki psychostymulujące, a 4 procent tych dzieci zażywało środki przeciw depresji. Jeżeli przeczytamy, co między wierszami mówią sprawozdania z badań, jasne staje się, że leki te przepisywano dużo częściej w ramach obejmujących przede wszystkim mniejszości programów Medicaid niż to miało miejsce w przypadku zamożniejszych pacjentów prywatnych organizacji zapewniających opiekę zdrowotną, które również zostały objęte badaniami. 

Między prozakiem a ritalinem istnieje niepokojące lustrzane podobieństwo. Pierwszy z nich przepisywany jest zazwyczaj mającym problemy z samooceną kobietom w depresji; daje on im uczucie podobne do tego, które towarzyszy samcom alfa o podwyższonym poziomie serotoniny. Ritalin z kolei ordynuje się najczęściej młodym chłopcom, którzy nie chcą spokojnie siedzieć w czasie lekcji, ponieważ natura inaczej ich zaprogramowała. Obydwie płcie łagodnie popycha się w stronę uśrednionej androginicznej osobowości, zadowolonej z siebie i społecznie dostosowanej - czyli modelu uważanego obecnie za politycznie poprawny w społeczeństwie amerykańskim.

Druga, neurofarmakologiczna fala rewolucji biotechnologicznej już nas dosięgła. Stworzono już pigułkę podobną do somy oraz pigułkę do sterowania społecznych zachowań dzieci. Obydwie okazują się dużo skuteczniejsze niż dwudziestowieczne metody: socjalizacja we wczesnym dzieciństwie czy Freudowska terapia przez rozmowę. Używają ich już miliony ludzi na całym świecie, czemu towarzyszy wiele sporów o długoterminowe konsekwencje zdrowotne ich stosowania, lecz niemal zupełnie milczy się na temat ich skutków dla konwencjonalnego pojęcia tożsamości czy postaw moralnych. Należałoby zatem odpowiedzieć sobie na pytanie: Gdzie tkwi przyczyna psychologicznych problemów społeczeństwa, na które istnieją gotowe lekarstwa, które jednocześnie pogłębiają dysfunkcje społeczne?

Prozac i ritalin to dopiero pierwsza generacja leków psychotropowych. W przyszłości niemal wszystko, co wyobrażamy sobie jako potencjalne skutki inżynierii genetycznej, można będzie szybciej osiągnąć dzięki neurofarmakologii. Grupa leków znanych jako benzodiazepiny może być używana do wpływania na poziom kwasu gamma-aminomasłowego (GABA), co pozwala łagodzić niepokój. Pomaga również regulować okresy snu i czuwania, przy czym nie powoduje niepożądanych skutków ubocznych, jakie wiążą się z zażywaniem środków uspokajających. Środki wpływające na poziom acetylocholiny pomagają wchłaniać nowe informacje i zapamiętywać je oraz ułatwiają przypominanie sobie faktów. Regulując obieg dopaminy, można zwiększać energię i motywację pacjenta. Selektywne inhibitory wychwytu serotoniny wraz ze środkami wpływającymi na poziom norepinefryny oraz dopaminy powodują zmiany behawioralne w obszarach, gdzie dochodzi do interakcji różnych neuroprzekaźników. Być może będziemy również w stanie manipulować wytwarzaniem endogennych opiatów, tak aby zmniejszyć wrażliwość na ból i podwyższyć próg rozkoszy.

Nie musimy czekać na inżynierię genetyczną i dzieci na zamówienie, by zorientować się, jakie siły polityczne będą napędzać rozwój nowych technik medycznych - już teraz widzimy ich działanie w dziedzinie neurofarmakologii. Rozpowszechnienie się leków psychotropowych w Stanach Zjednoczonych obrazuje trzy ważne trendy polityczne, które pojawią się ponownie wraz z inżynierią genetyczną. Pierwszym z nich jest występująca u zwykłych ludzi potrzeba jak największej medycznej ingerencji w ich zachowanie i zmniejszenie w ten sposób odpowiedzialności za swoje czyny Drugim jest nacisk silnych grup interesu ekonomicznego. Grupy świadczące usługi społeczne, jak nauczyciele czy lekarze, zawsze wybiorą szybkie biologiczne metody osiągnięcia celu, nie zaś skomplikowane techniki wpływania na zachowanie; swój interes mają również firmy farmaceutyczne produkujące leki. Trzecim skutkiem prób medycznej ingerencji we wszystko jest tendencja do rozszerzania listy chorób o coraz to nowe pozycje. Zawsze uda się przekonać któregoś z lekarzy, że czyjś nieprzyjemny lub niewygodny stan jest patologią, i staje się jedynie kwestią czasu, kiedy społeczeństwo zacznie postrzegać taki stan jako upośledzenie w świetle prawa, wymagające interwencji państwa.

Pojęcie kontroli społecznej kojarzy się oczywiście z polityczno-ideologiczno-religijnymi rojeniami o rządach stosujących zmieniające umysł leki do produkcji posłusznych poddanych. Kontrola społeczna może być jednak stosowana przez inne siły niż państwo: przez rodziców, nauczycieli, systemy szkolne i wszystkich innych, którzy mają swój interes w sterowaniu zachowaniami ludzkimi. Demokracje, jak zauważył Alexis de Tocqueville, mogą być „tyraniami większości”, tak samo jak totalitaryzmy, gdzie opinia ludu wypiera różnorodność i różnice. Obecnie nazywamy takie zjawisko poprawnością polityczną i należy się martwić, czy nowoczesna biotechnologia nie dostarczy wkrótce nowych, potężnych biologicznych metod pozwalających osiągać poprawne politycznie cele.

Dzięki doświadczeniom z neurofarmakologią możemy również przewidzieć możliwe reakcje polityczne na rozwój wydarzeń. Leki takie jak prozac czy ritalin bez wątpienia pomagają wielkiej liczbie ludzi, którym nie można pomóc inaczej. Jest tak, ponieważ rzeczywiście żyje wśród nas mnóstwo ludzi w głębokiej depresji lub bardzo nadpobudliwych, których stan uniemożliwia cieszenie się tym, co większość uważa za normalne życie. Pomijając być może scjentologów, niewielu ludzi chciałoby całkowitego zakazu stosowania takich lekarstw lub ograniczyłoby ich stosowanie do oczywistych przypadków klinicznych. Tym, co może i powinno nas martwić, jest używanie takich leków w „kosmetycznej farmakologii” do poprawienia normalnego zachowania lub do zamiany jednego zachowania na drugie, które wydaje się bardziej pożądane społecznie. Nie musimy więc czekać na pojawienie się inżynierii genetycznej, aby mieć wyobrażenie o czasach, kiedy będziemy w stanie zwiększać inteligencję, poprawiać pamięć, wrażliwość i funkcjonowanie seksualne, jak również zmniejszać agresywność oraz manipulować zachowaniem na wiele innych sposobów. Ten problem już się pojawił w związku z obecną generacją leków psychotropowych, niedługo zaś, kiedy pojawią się środki nowe, uwidoczni się znacznie bardziej.

_____________________________

 

Popularne posty z tego bloga

"Wędrówka Dusz" - dr Michael Newton. "Śmierć nie jest ciemnością, lecz światłem". Część I

"Ulecz się sam" - Andrzej Żak. Część II - Wolność jest jak zdrowie: uzyskuje wartość i stajemy się jej świadomi tylko wtedy, gdy ją tracimy...

Mitologia Indyjska: Mit o powstaniu świata, Bogini Matce i wojnie bogów!