"Opowieść o dwóch antyutopiach" - Francis Fukuyama. Nieuchronna droga w przyszłość czy upadek na wieczność? Część II


Guennadi Ulibin ©


~  Biotechnologia i ponowny początek historii  ~


W wielu dzisiejszych debatach dotyczących biotechnologii - na takie tematy, jak klonowanie, badania nad komórkami macierzystymi czy manipulacje genetyczne na komórkach linii płciowej - ujawniają się dwa przeciwstawne obozy: środowisko naukowe oraz osoby zaangażowane religijnie. Uważam, że taka polaryzacja dyskusji jest zjawiskiem szkodliwym, ponieważ prowadzi ona wielu ludzi do przekonania, że religia jest jedynym możliwym powodem sprzeciwu wobec pewnych aspektów postępu biotechnologicznego. Sprawa biotechnologii, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, została włączona w spór o aborcję i duża grupa badaczy uważa, że wiele wartościowych dróg postępu naukowego jest blokowanych przez wzgląd na grupkę fanatyków sprzeciwiających się przerywaniu ciąży.

Moim zdaniem, pewne nowości w zakresie biotechnologii należy traktować nieufnie z powodów nie mających nic wspólnego z religią. Moją postawę w tej kwestii można byłoby nazwać arystotelesowską, nie dlatego, że odwołuję się do autorytetu Arystotelesa jako filozofa, lecz dlatego, że przyjmuję jego metodę racjonalnej filozoficznej argumentacji na tematy polityczne i przyrodnicze jako model tego, czego mam nadzieję dokonać.

Arystoteles twierdził, że ludzkie pojęcia dobra i zła - to, co dzisiaj nazywamy prawami człowieka - mają ostateczne oparcie w naturze ludzkiej. Znaczy to, że bez zrozumienia, jak wrodzone pragnienia, cele, cechy i zachowania składają się na ludzką całość, nie możemy pojąć ludzkich celów ani wydawać sądów na temat dobra i zła czy sprawiedliwości i niesprawiedliwości. Podobnie jak później wielu utylitarystów, Arystoteles uważał, że pojęcie dobra jest określane przez to, czego pragną ludzie; o ile jednak utylitaryści usiłowali sprowadzić ludzkie cele do wspólnego mianownika, takiego jak ulga w cierpieniu czy maksymalna użyteczność, Arystoteles dostrzegał pewne niuanse i subtelności, obstając przy poglądzie, że cele te cechują się z natury różnorodnością i mnogością. Celem jego filozofii była próba oddzielenia tego, co wrodzone od tego, co konwencjonalne, oraz racjonalnego uszeregowania rodzajów dobra.

Arystoteles wraz ze swymi bezpośrednimi poprzednikami Sokratesem i Platonem zainicjował dyskusję o naturze ludzkiej, która trwała w obrębie zachodniej tradycji filozoficznej aż do początku czasów nowożytnych, kiedy to narodziła się demokracja liberalna. Chociaż dochodziło do poważnych sporów dotyczących tego, czym jest natura ludzka, nikt nie kwestionował jej roli jako podstawy praw i wymiaru sprawiedliwości. Wśród wyznawców idei prawa naturalnego znajdowali się amerykańscy Ojcowie Założyciele, którzy oparli na niej swoją rewolucję przeciw Koronie Brytyjskiej. Od wieku czy dwóch pojęcie to znajduje się jednak w niełasce u akademickich filozofów i intelektualistów.

Guennadi Ulibin ©

Podejście takie jest błędem, jakakolwiek zaś definicja praw, aby miała sens, musi opierać się na pewnych sądach o naturze ludzkiej. O ile współczesna biologia wypełnia wreszcie empiryczną zawartością pojęcie natury ludzkiej, o tyle rewolucja biotechnologiczna może nam naszą naturę odebrać.

Niezależnie od tego, co o pojęciu natury ludzkiej myślą akademiccy filozofowie czy socjolodzy, fakt, że pozostawała ona taka sama na przestrzeni historii rodzaju ludzkiego, miał wielkie konsekwencje polityczne. Zarówno Arystoteles, jak i każdy inny poważny teoretyk natury ludzkiej rozumiał, iż ludzie są z natury istotami kulturalnymi, co oznacza, że uczą się poprzez doświadczenie oraz środkami pozagenetycznymi przekazują tę wiedzę swoim potomkom. Stąd natura ludzka nie zawęża zakresu ludzkich zachowań, lecz prowadzi do wielkiej różnorodności w sposobie wychowywania dzieci, sprawowania rządów, tworzenia bogactwa i tak dalej. To właśnie nieustanne wysiłki ludzkości zmierzające do zmiany jej samej dały początek historii oraz ciągłemu wzrostowi złożoności i wyrafinowania naszych instytucji.

Zjawiska postępu i ewolucji kulturalnej leżą u podstaw poglądu wielu nowożytnych myślicieli, że istoty ludzkie są niemal nieskończenie plastyczne - co znaczy, że mogą być tak kształtowane przez otoczenie społeczne, aby zachowywały się na nieskończoną liczbę sposobów. Właśnie tutaj tkwią korzenie współczesnego przesądu sprzeciwiającego się pojęciu natury ludzkiej. Wielu z tych, którzy wierzyli w społeczne uwarunkowania ludzkich zachowań, miało ważny, ukryty motyw: chcieli oni użyć inżynierii społecznej do stworzenia społeczeństw mających sprawiedliwy ustrój, zgodny z abstrakcyjnymi zasadami różnych ideologii. Od czasów Wielkiej Rewolucji Francuskiej światem wstrząsają kolejne utopijne ruchy polityczne, które usiłują stworzyć raj na ziemi poprzez radykalną przebudowę większości podstawowych instytucji społecznych - od rodziny poprzez własność prywatną do samego państwa. Natężenie tych ruchów sięgnęło zenitu w XX wieku wraz z socjalistycznymi rewolucjami w Rosji, Chinach, Kambodży, na Kubie i w wielu innych miejscach.

Niemal wszystkie te eksperymenty zakończyły się fiaskiem przed końcem zeszłego wieku i zostały zastąpione wysiłkami na rzecz stworzenia lub odtworzenia równie nowoczesnych, lecz mniej radykalnych politycznie demokracji liberalnych. Jedna z ważnych przyczyn tego światowego dążenia do demokracji liberalnej wiązała się ze stałością natury ludzkiej. Chociaż zachowania ludzi są plastyczne i zmienne, ta plastyczność i zmienność także mają swoje granice - w pewnym momencie ponownie dają o sobie znać głęboko zakorzenione naturalne instynkty oraz wzorce zachowań, które niweczą starannie obmyślone plany inżynierów. W wielu formach ustroju socjalistycznego zniesiono własność prywatną, osłabiono pozycję rodziny oraz żądano od ludzi altruizmu wobec ogółu ludzkości, nie zaś wobec rodziny i przyjaciół. Ewolucja jednak ukształtowała człowieka inaczej. Jednostki w społeczeństwach socjalistycznych stawiały ciągły opór nowym instytucjom, gdy zaś w 1989 roku wraz z Murem Berlińskim upadł socjalizm, wszędzie powróciły starsze, dobrze znane wzorce zachowań.

Guennadi Ulibin ©
Instytucje polityczne, które stawiają sobie za cel całkowite wyplenienie wpływów dziedzicznych czy środowiskowych, nie mogą odnieść sukcesu. Kształt historii dwudziestego wieku określiły dwa koszmary - reżim nazistowski, twierdzący, że biologia jest wszystkim, oraz komunizm, utrzymujący, że nie ma ona praktycznie żadnego znaczenia. Jedynym działającym i posiadającym legitymizację społeczną ustrojem politycznym dla nowoczesnych społeczeństw okazała się demokracja liberalna - unika ona bowiem obydwu powyższych skrajności, w swej polityce jest zgodna z historycznymi normami sprawiedliwości oraz nie ingeruje zanadto w naturalne wzorce zachowań.

Na kierunek historii wpłynęło wiele innych czynników, które opisałem w książce Koniec historii i ostatni człowiek9. Jednym z podstawowych motorów napędowych historii ludzkości jest rozwój nauki i techniki, który określa granicę możliwości produkcyjnych i w związku z tym w dużej mierze decyduje o strukturze społeczeństwa. Rozwój techniki pod koniec dwudziestego wieku bardzo przysłużył się demokracji liberalnej. Nie wynika to z tego, że technika jako taka promuje wolność polityczną i równość - wcale tak nie jest - lecz z tego, że obszary techniki rozwijane pod koniec dwudziestego wieku (szczególnie te związane z informacją) należały, zgodnie z nazewnictwem politologa Ithiela de Sola Poola, do technologii wolności.

Nie ma jednak gwarancji, że rozwój techniki zawsze będzie prowadził do tak korzystnych wyników politycznych. Wiele przeszłych wynalazków technicznych doprowadziło do ograniczenia ludzkiej wolności. Rozwój rolnictwa, na przykład, spowodował pojawienie się dużych hierarchicznych społeczeństw i dał impuls do rozwoju niewolnictwa, czyniąc je bardziej efektywnym niż w czasach myśliwych i zbieraczy. W mniej odległych czasach wynalazek Eli Whitneya mechanizujący odziarnianie bawełny przekształcił na początku XIX wieku uprawę tej rośliny na południu Stanów Zjednoczonych w dochodowe przedsięwzięcie i doprowadził do odrodzenia się tam niewolnictwa.

Jak wytknęli mi co bardziej spostrzegawczy krytycy stwierdzenia o „końcu historii”, historia nie może się skończyć, dopóki nie ustanie postęp w naukach przyrodniczych i technice. Obecnie nie stoimy w obliczu końca nauki i techniki, wręcz przeciwnie, wydaje się, że otwiera się przed nami jeden z najbardziej przełomowych okresów rozwoju technicznego w historii. Osiągnięcia biotechnologii oraz lepsze zrozumienie mechanizmów działania ludzkiego mózgu przez naukę mogą mieć niezwykle ważne skutki polityczne. Wraz z nimi ponownie otwiera się dziedzina inżynierii społecznej, z której stosowania zrezygnowały społeczeństwa posiadające dwudziestowieczne zaplecze techniczne.

Guennadi Ulibin ©

Z perspektywy czasu narzędzia zeszłowiecznych inżynierów społecznych i planistów utopii wydają nam się niewiarygodnie prymitywne i nienaukowe. Propaganda, obozy pracy, reedukacja, freudyzm, warunkowanie we wczesnym dzieciństwie, behawioryzm - wszystkie te techniki miały służyć wbijaniu kwadratowego kołka natury ludzkiej w okrągły otwór planowania społeczeństw. Żadna z nich nie opierała się na znajomości struktury neurologicznej mózgu czy zachodzących w nim procesów biochemicznych ani nie dysponowała wiedzą o genetycznych źródłach zachowań, a jeśli nawet było inaczej, żadna nie mogła na nie wpłynąć.

Wszystko to może ulec zmianie w ciągu jednego czy dwóch pokoleń. Nie wymaga to wcale powrotu do sponsorowanej przez państwo eugeniki czy rozpowszechnienia inżynierii genetycznej. Neurofarmakologia zdążyła już stworzyć nie tylko antydepresyjny prozac, lecz również ritalin, mający służyć kontrolowaniu zachowania niesfornych dzieci. W miarę poznawania nie tylko korelacji, lecz również konkretnych molekularnych ścieżek prowadzących od genów do cech, takich jak inteligencja, agresja, tożsamość seksualna czy skłonność do przestępczości lub alkoholizmu, ludzie z pewnością wpadną na pomysł wykorzystania tej wiedzy do kształtowania społeczeństw. Postawi to rodziców w obliczu wielu dylematów etycznych, jak również stanie się przedmiotem debat, które być może pewnego dnia zdominują politykę. Jeżeli przed zamożnymi rodzicami otworzy się nagle możliwość zwiększania inteligencji swoich dzieci, jak i wszystkich dalszych potomków, zapoczątkuje to nie tylko pytania natury moralnej, lecz przede wszystkim totalną wojnę klasową. Postęp techniczny jest obecnie tak szybki, że musimy niezwłocznie przystąpić do analizy, jakie instytucje są potrzebne, by go uregulować.

Guennadi Ulibin ©

Postępy biotechnologii, między innymi ukończenie sekwencjonowania ludzkiego genomu, doprowadziły już do nagłośnienia wielu zagadnień, takich jak potencjalna dyskryminacja z powodów genetycznych czy ochrona informacji dotyczących genów. Książka ta nie skupia się na tych kwestiach, po pierwsze dlatego, że były one już roztrząsane przez innych autorów, po drugie zaś dlatego, iż największe wyzwania związane z biotechnologią nie znajdują się jeszcze na horyzoncie, lecz dzieli nas od nich dziesięć lub więcej lat. Ważne jest zrozumienie, że wyzwania te nie będą miały wyłącznie natury etycznej, lecz również polityczną. To bowiem polityczne decyzje dotyczące naszego stosunku do opisywanych technik, jakie podejmiemy w następnych łatach, zdecydują, czy wejdziemy w erę poczłowieczej przyszłości i w moralny mrok, który przyszłość ta może przed nami otworzyć.

__________________________________


-->  Część I  <--


Popularne posty z tego bloga

"Ulecz się sam" - Andrzej Żak. Część II - Wolność jest jak zdrowie: uzyskuje wartość i stajemy się jej świadomi tylko wtedy, gdy ją tracimy...

Mitologia Indyjska: Mit o powstaniu świata, Bogini Matce i wojnie bogów!

"Myśli" - Seneka. Część VII