Leszek Kołakowski - Bajki różne. Część VII



VII: Jak bóg Maior utracił tron
Nad miastem Rum sprawował władzę surowy bóg Maior. Bóg Maior wydał własne prawo, którego wszyscy musieli słu­chać. W rozporządzeniach boga były między innymi takie oto

rzeczy:


1. Trzeba wiedzieć, że to wszystko, co dla ludzi znajduje się na dole, dla boga znajduje się na górze - i odwrotnie - to, co dla ludzi znajduje się na górze, dla boga jest na dole.


2. Kto by przeczył temu, że u boga wszystko jest na dole, co dla ludzi znajduje się na górze — i odwrotnie — zostaje wtrącony do piekła. Kto uznaje poprzednie prawo, pój­dzie do nieba.


3. Kto się nie pomylił na ziemi, ten się nie może pomylić po śmierci, a kto się na ziemi pomylił, ten po śmierci nie może się już poprawić.

Bóg Maior wydał jeszcze inne rozporządzenia, ale te trzy były najważniejsze. Wszystkim ludziom zostały one oznajmione, aby nikt nie mógł się potem tłumaczyć, że nie wiedział. Prawie wszyscy ludzie też głośno mówili, że to, co dla nich jest na górze, znajduje się dla boga na dole i odwrotnie; nikt przecież nie chciał być wtrącony do piekła. Trzeba było zresztą zaznaczać możliwie często, że się wie o tym, aby przypomnieć się bogu. Kiedy więc, na przykład, nauczyciel mówił w szkole dzieciom, że strumienie płyną z góry w doliny, to od razu dodawał: ,,Ale dla boga płyną one z doliny w góry”. A kiedy ktoś oznajmiał, że zejdzie z mieszkania na dół kupić zapałki, dodawał zaraz, że dla boga zejdzie on w górę. Mówiąc, że ptaszek poleciał w górę, na­leżało zaznaczyć, że dla boga poleciał on na dół itd. Ludzie przyzwyczaili się do tego sposobu mówienia i byli nawet zado­woleni, bo ilekroć zaznaczali te rzeczy w mowie, byli tym moc­niej przeświadczeni, że bóg Maior przygarnie ich po śmierci do siebie.



W mieście Runi żyli dwaj bracia — Ubi i Obi. Żyli w wiel­kiej przyjaźni, jaka nieczęsto bywa między braćmi i nigdy się nie kłócili. Obaj zarabiali na życie wyrobem małych kauczukowych kulek, które do niczego nie były potrzebne i które dlatego mie­szkańcy Runi kupowali bardzo chętnie, aby chełpić się przed in­nymi swoim bogactwem; bogactwo w tym mieście poznawało się bowiem po tym, że ktoś ma dużo niepotrzebnych rzeczy. Ażeby nikt nie musiał się męczyć nad szukaniem różnych rzeczy zbęd­nych, ustalono, że wszyscy, którzy chcą pokazać swoje bogactwo, będą gromadzili kauczukowe kulki. Dlatego w mieście Runi by­ło mnóstwo rzemieślników, którzy robili wyłącznie kauczukowe kulki dla bogaczy. Ubi i Obi właśnie należeli do takich ludzi.

Obaj bracia, podobnie jak inni mieszkańcy miasta Runi, za­chowywali ustawy boga. Kiedy Ubi mówił na przykład młodsze­mu bratu, żeby przyniósł z dołu z piwnicy materiał na kulki, zaraz dodawał: „Ale dla boga przyniesiesz materiał z góry”, a kiedy Obi patrzył przez okno i mówił, że w górze zbierają się chmury, uzupełniał natychmiast: „Ale dla boga chmury zbierają się w dole”.

Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, zdarzyło się coś bardzo dziw­nego. Obi zauważył kiedyś w rozmowie z bratem, że zrobiła się dziura w górnej części nogi stołowej. Powiedział tyle i nic więcej. Ubi, nie przywiązując do tego wagi i sądząc, że brat zapomniał po prostu o zwyczajowym dodatku, sam dorzucił: „Ale dla boga dziura zrobiła się w dolnej części nogi stołowej”. Obi zastanowił się, przez chwilę milczał i nagle wykrzyknął: „Wcale nie w dolnej, tylko w górnej!”


— Jak to w górnej! — zawołał Ubi. — Przecież powiedziałem: dla nas w górnej części, a dla boga w dolnej!


— Jak to w dolnej! Tu jest dolna część - pokazał - a tu gór­na. Dziura zrobiła się w górnej części.


Ubi oniemiał z przerażenia. - Co ty mówisz! - krzyknął su­rowo. - Dla boga...


— Dla boga, nie dla boga - powiedział Obi stanowczo -dziura jest w górnej części i już! Nic nie chcę słyszeć o dolnej części, bo dziura jest w górnej!


— Obi, czy jesteś chory na umyśle?! - wrzasnął brat. — Czy zdajesz sobie sprawę, co mówisz? Może masz gorączkę?!


— Wcale nie mam gorączki. Mówię, że dziura jest w górnej części, bo widzę. A takie powiedzenie, że dla boga jest w dolnej, jest głupie i ja w ogóle tego nie rozumiem.


— On oszalał, oszalał - zaczął wołać Ubi histerycznie. Wy­biegł z domu i jął wołać sąsiadów na pomoc. Ludzie się zbiegli, patrzyli na Obi z przerażeniem, litowali się albo gniewali. Ale Obi siedział na podłodze i z uporem powtarzał: „W górnej czę­ści, w górnej części” i nie chciał nikogo słuchać. Zbiegowisko trwało jakiś czas, wreszcie wszystkim się znudziło i poszli, bo Obi ciągle powtarzał to samo. Ubi był prawie siwy ze zmartwie­nia i przestał rozmawiać z bratem. Obi za to nie poprawił się wcale w swoich błędach, ale jeszcze brnął dalej. Powiedział, że nie będzie robił kulek kauczukowych, bo to do niczego nie służy i zajął się wyrobem zielonych peruk; miały się one przydać tym, którzy chcieli łowić ptaszki: ludzie tacy będą się mianowicie od­tąd ubierać w zielone peruki i przyczajać się nieruchomo na skraju lasu, a ptaszki będą im siadać na głowie zwabione świeżą zielenią; wtedy łowcy łatwo je już z głowy pozdejmują. Jedno­cześnie wyrabiał także spodnie dla kanarków.

Teraz więc każdy z braci pracował osobno. Ale Obi niedłu­go wykonywał swój nowy zawód. Całe miasto było oburzone na jego głupi upór i wszyscy z gniewu zaopatrywali się w peruki u innych majstrów. Obi nie miał komu sprzedawać swoich wyro­bów i wkrótce umarł ze zgryzoty. Mimo to wcale się nie przy­znał do swoich błędów i do końca życia powtarzał: „Co na dole, to na dole! Co na górze, to na górze! I już! Jak na dole, to nie na górze! Jak na górze, to nie na dole! I już!” Takie miewał róż­ne głupie powiedzonka i nikogo nie chciał słuchać.

Kiedy Obi umarł, poszedł na sąd, który sprawował bóg Maior. Obi był bardzo przestraszony, bo dopiero teraz uprzy­tomnił sobie, co go czeka za pogwałcenie ustaw. Rozprawa była krótka, bo nie było wątpliwości.


— Mówiłeś nieprawdę - powiedział surowy bóg Maior -opowiadając, że co na dole, to na dole. Tymczasem wszyscy wie­dzą, że co dla ludzi na dole, to dla mnie na górze i odwrotnie. A więc przekroczyłeś moje ustawy.


— Ja się poprawię - bąknął Obi nieśmiało, bo bardzo się bał.


— Gdybyś się poprawił - krzyknął bóg - to jeszcze raz zła­małbyś moje ustawy. Bowiem ustawa głosi, że kto się pomylił na ziemi, ten nie może się poprawić po śmierci.

W ten sposób sprawa była załatwiona i Obi został skazany na piekło. Piekło było to wielkie, zimne błoto, gdzie nie było ni­kogo i gdzie się chodziło bez końca w chłodzie, zmęczeniu i sa­motności. Tam właśnie dostał się Obi i gorzko płakał.


Ubi bardzo się gryzł losem młodszego brata, ale nic nie mógł poradzić. Miał on jednak taki zwyczaj, że gdy nie mógł na coś nic poradzić, martwił się jeszcze więcej. I tak umarł ze zmartwienia wkrótce po swoim bracie.

Jednakże Ubi nie przeczył temu, że co dla ludzi jest na do­le, dla boga znajduje się na górze. Dlatego też bóg Maior przyjął go łaskawie i polecił udać się zaraz do nieba. W niebie było mnóstwo ludzi i Ubi zaraz odnalazł prawie wszystkich swoich nieżyjących znajomych. W niebie było sucho i ciepło, wszyscy byli bardzo szczęśliwi, i stale powtarzali: „Bardzo jesteśmy szczęśliwi, bardzo jesteśmy szczęśliwi. W niebie każdy jest szczę­śliwy i niczym się nie martwi, za to w piekle jest okropnie; więc radujmy się, że jesteśmy tacy dobrzy i bóg Maior wziął nas do nieba”. Wszyscy tak powtarzali w kółko i nic innego nie robili.

Ubi z początku usiadł koło innych i zaczął razem z nimi po­wtarzać: „Bardzo jesteśmy szczęśliwi, bardzo jesteśmy szczęśli­wi”. Powtarzał tak bardzo długo i chwilami sądził, że naprawdę jest bardzo szczęśliwy, bo nic mu właściwie nie brakuje. Ale po pewnym czasie przypomniał sobie brata Obi i ścisnęło mu się ser­ce. Wyobraził sobie, że brat Obi znosi w piekle okropne męki i zrobiło mu się strasznie przykro. Zamilkł na chwilę. Siedzący obok stary szklarz, którego znał kiedyś na ziemi, szturchnął go w bok:


— Dlaczego przestałeś mówić, Ubi? - zapytał.


— Bo sobie przypomniałem brata Obi.


— No to co?


— Mój brat Obi jest w piekle i jest nieszczęśliwy.


— Ale ty jesteś w niebie i jesteś szczęśliwy.


— Właśnie nie wiem.


— Jak to, nie wiesz?! — oburzył się szklarz. — Bóg Maior tak zarządził i musisz być szczęśliwy.

Ale Ubi nagle rozpłakał się na cały głos.


— Nie muszę, nie muszę! Wcale nie jestem szczęśliwy, jak mój biedny brat się męczył

Zrobiło się poruszenie, wszyscy prawie byli niesłychanie zgorszeni tym wybrykiem,


— Ubi, opamiętaj się — wołał surowo szklarz. — Twój brat został zasądzony sprawiedliwie, bo złamał ustawy!


— Sprawiedliwie, ale to mój brat - mówił Ubi ze smutkiem.


— Nic nie poradzisz!


— Ale ja wcale nie jestem szczęśliwy!


— To niemożliwe, słyszysz, niemożliwe! W niebie wszyscy są szczęśliwi!


— A ja nie jestem, a ja nie jestem! — krzyczał Ubi. — Wcale nie jestem, bo mam brata w piekle i jemu jest bardzo niedobrze!

Ubi wcale nie zauważył, że dzieje się z nim coś podobnego, jak z jego bratem na ziemi, kiedy to Obi dostał szału i nie chciał nikogo słuchać. Teraz wszyscy przekonywali Ubi, tłumaczyli mu i namawiali, żeby się opamiętał; na próżno. Ubi upierał się, wbrew oczywistości, że wcale nie jest szczęśliwy, bo jego brat siedzi w piekle.

Bóg Maior, który wszystko wiedział, natychmiast wpadł na trop całej afery i zaczął dudnić tak głośno, że w niebie wszyscy zamilkli ze strachu, a biedny Obi w piekle był już cały czarny od błota, które rozpryskiwało się na wszystkie strony od tego dud­nienia. Próbował się umyć, ale oprócz błota nic nie było do my­cia.


— Ubi! - wrzeszczał bóg Maior na cały głos — Ubi, opamię­taj się!


— Ja chcę być razem ze swoim bratem - upierał się Ubi. -Razem z bratem!


— To niemożliwe! - ryknął bóg - twój brat nie może się poprawić, bo taka jest ustawa.


— To ja chcę pójść do niego do piekła! - wołał Ubi.


— To niemożliwe. — Bóg już tupał nogami - niemożliwe! Kto się nie pomylił na ziemi, ten już nie może zbłądzić po śmierci. Taka jest ustawa. Kto jest w niebie, ten już nie może pójść do piekła.

I wtedy stała się rzecz straszna. Wszyscy oniemieli ze zgro­zy, widząc, jak Ubi nagle stanął i zaczął złośliwie wołać na cały głos: „Co na dole, to na dole, co na górze, to na górze! I już! Jak na dole, to nie na górze, jak na górze, to nie na dole! I już!” Były to dokładnie te same słowa, za które jego brat Obi dostał się kiedyś do piekła.


Bóg Maior osłupiał i zaniemówił na chwilę. Ale to był do­piero początek. Kilku śmielszych mieszkańców nieba zachęco­nych przykładem Ubi a też mających w piekle swoich braci albo swoje siostry, albo dzieci, albo rodziców, albo narzeczone, albo przyjaciół, zaczęło nagle podtrzymywać Ubi i krzyczeć razem z nim: „Wcale nie jesteśmy szczęśliwi! Wolimy do piekła! Co na dole, to na dole!” Trwało to jakiś czas, a do chóru przyłączali się coraz nowi. Wreszcie prawdziwy szał ogarnął niebo, bo wszy­scy sobie przypomnieli, że mają w piekle jakichś przyjaciół albo krewnych i całe miasto jednym chórem zaczęło powtarzać: „Co na dole, to na dole, co na górze, to na górze! I już!”

Bóg Maior usiłował przekrzyczeć tłum i wołał: „Słuchajcie! Wy nie możecie wcale robić tego, co robicie! Bo ustawa mówi, że kto się nie pomylił na ziemi, ten nie może już zbłądzić w nie­bie. A więc wy robicie coś, co jest niemożliwe! Niemożliwe!”

Ale nikt go nie słuchał i wszyscy nadal krzyczeli jednym głosem, aż do ochrypnięcia: „Co na dole, to na dole, co na gó­rze, to na górze! I już!”

Wtedy wyszło na jaw, że sytuacja jest w ogóle niemożliwa. Bóg Maior miał ochotę wszystkich posłać do piekła, ale nie mógł tego zrobić, bo ustawa mówiła, że kto się raz dostał do nieba, ten nie może już zbłądzić. Pomyślał, czyby tych z piekła nie sprowadzić do nieba, ale i tego nie mógł zrobić, bo ustawa mó­wiła, że to niemożliwe. Ale nie mógł też zostawić rzeczy tak, jak są, bo ustawa mówiła, że kto wypowiada takie bluźnierstwa, mu­si iść do piekła.

Bóg Maior zrozumiał, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Ale raczej — co, jak wiedział, na jedno wychodzi - że tylko jedno wyjście jest możliwe. Stanął na stołku i gdy tłum uciszył się nieco na chwilę, oznajmił ze smutkiem i gniewem: „Ogłaszam dymisję! Abdykuję i nie będę więcej wami rządził. Radźcie sobie sami!”

Wtedy nastąpiło wielkie pomieszanie. Niebo było na górze, a piekło na dole. Tak było dla ludzi, a dla boga było wprawdzie na odwrót, jednakże dopóki był bóg, jakiś porządek się utrzymy­wał. Teraz, na skutek tego, że bóg abdykował, całe niebo zaczę­ło powoli opadać (to znaczy, dla boga, podnosić się w górę), na­tomiast piekło jęło wzbijać się wzwyż (to znaczy, dla boga, zni­żać się ku dołowi). Niebo i piekło spotkały się w połowie drogi i zaczęły z wolna w siebie przechodzić. To, co powstało z tego za­mieszania, nie było już piekłem ani niebem; było tam sporo bło­ta, ale były też suche wysepki; było miejscami zimno, miejscami ciepło. Nikt nie wiedział, co to jest właściwie, bo na taką rzecz nie było nazwy w ustawach boga Maiora. Ale naraz wszyscy za­częli się spotykać - ci z piekła i ci z nieba. Wszyscy odnajdywali swoich braci, przyjaciół, rodziny i znajomych, których już nie wi­dzieli od niepamiętnych czasów i nigdy nie mieli zobaczyć. Rychło Ubi i Obi spotkali się i rzucili się sobie w objęcia.

Odtąd żyjący i nieżyjący mieszkańcy miasta Runi musieli sami sobie radzić. Co było na dole, to było na dole, a co na gó­rze, to na górze. Najpierw trochę im się mieszało w głowach, ale potem przywykli do nowego porządku.

Tak to bóg Maior utracił władzę nad mieszkańcami miasta Ruru.

Popularne posty z tego bloga

"Wędrówka Dusz" - dr Michael Newton. "Śmierć nie jest ciemnością, lecz światłem". Część I

"Ulecz się sam" - Andrzej Żak. Część II - Wolność jest jak zdrowie: uzyskuje wartość i stajemy się jej świadomi tylko wtedy, gdy ją tracimy...

Mitologia Indyjska: Mit o powstaniu świata, Bogini Matce i wojnie bogów!