"Drzwi percepcji" - Aldous Huxley; Część III


 


Taki środek musi być skuteczny w małych dawkach i możliwy do syntetyzowania. Jeśli nie będzie posiadać tych cech, jego produkcja, tak jak produkcja wina, piwa, napojów wysokoprocentowych i tytoniu będzie kolidowała z wytwarzaniem niezbędnego pożywienia i odzieży. Musi być mniej toksyczny niż opium i kokaina, mniej skłonny do wywoływania niepożądanych skutków społecznych niż alkohol czy barbiturany, mniej szkodliwy dla serca i płuc niż smółki i nikotyna zawarte w papierosach. Natomiast, w wymiarze pozytywnym, powinien wywoływać w świadomości zmiany bardziej interesujące, o większej wartości wewnętrznej niż uspokojenie czy stan rozmarzenia, urojenia wielkościowe czy brak zahamowań. Dla większości ludzi meskalina jest niemal zupełnie nieszkodliwa. W przeciwieństwie do alkoholu, nie wprawia zażywającego w stan swoistej, pozbawionej zahamowań aktywności, która znajduje swój wyraz w awanturach, przestępstwach, atakach przemocy i wypadkach drogowych. Człowiek pod wpływem meskaliny jest spokojny i zajęty sobą. Ponadto zajmuje się doświadczeniem w pełnym sensie tego słowa oświecającym, za które w dodatku nie trzeba płacić (to niewątpliwie bardzo ważne) kompensacyjnym kacem. Wiemy bardzo niewiele o długoterminowych efektach systematycznego zażywania meskaliny. Indianie, którzy spożywają pejotlowe guziki nie ulegają najwyraźniej z powodu tego zwyczaju fizycznej ani moralnej degradacji. Dostępne dane są jednak nadal skąpe i szkicowe.

Chociaż niewątpliwie meskalina przewyższa kokainę, opium, alkohol i tytoń, nie jest jednak jeszcze środkiem idealnym. Obok większości zażywających meskalinę, którzy ulegają szczęśliwemu przeobrażeniu istnieje mniejszość, dla której środek ten stanowi piekło bądź czyściec. Co więcej, jak na środek, który ma być niczym alkohol używany do powszechnej konsumpcji, jego efekty utrzymują się przez kłopotliwie długi czas. Ale chemię i fizjologię stać dzisiaj praktycznie na wszystko. Jeśli psychologowie i socjologowie zdefiniują ideał, można mieć nadzieję, że neurolodzy i farmakolodzy odkryją środki, dzięki którym można będzie urzeczywistnić ten ideał, a przynajmniej (być może, bowiem takiego rodzaju ideału nie da się nigdy, z samej natury rzeczy, w pełni zrealizować) przybliżyć się do niego w większym stopniu, niż to miało miejsce w sączącej wino przeszłości, pijącej whisky, palącej marihuanę i łykającej barbiturany teraźniejszości.



Potrzeba wykroczenia poza krępującą jaźń jest, jak stwierdziłem podstawowym pragnieniem duszy. Kiedy, z jakichkolwiek powodów ludziom nie udaje się przekroczyć siebie za pośrednictwem  kultu religijnego, dobrych uczynków i ćwiczeń duchowych, są skłonni uciekać się do chemicznych surogatów religii — alkoholu i „głupiego Jasia" na współczesnym Zachodzie, alkoholu i opium na Wschodzie, haszyszu w świecie muzułmańskim, alkoholu i marihuany w Ameryce Środkowej, alkoholu i koki w Andach, alkoholu i barbituranów w  bardziej nowoczesnych regionach Ameryki Południowej. W Poisons Sacres, Ivresses Divines Philippe de Felice pisze dużo, dostarczając bogatej dokumentacji, o istniejącym od niepamiętnych czasów związku między religią a zażywaniem środków odurzających. Tutaj, w streszczeniu lub w bezpośrednich cytatach, przedstawiam jego wnioski. Stosowanie substancji toksycznych do celów religijnych jest „bardzo rozpowszechnione... Praktyki opisane w niniejszym tomie obserwuje się w każdym regionie świata, w nie mniejszym stopniu pośród ludów prymitywnych, niż pośród tych. które osiągnęły wysoki poziom cywilizacji. Nie mamy więc do czynienia z wyjątkowymi faktami, które można zasadnie pominąć, ale z powszechnym, i w najszerszym sensie tego słowa ogólnoludzkim zjawiskiem, zjawiskiem którego nie może pominąć ktoś, kto próbuje odkryć, czym jest religia i jakie głębokie potrzeby zaspokaja."


W sytuacji optymalnej, każdy powiniem móc odnaleźć autotrans-cendencję w jakiejś formie czystej lub stosowanej religii. W praktyce wydaje się nader nieprawdopodobne, by kiedykolwiek doszło do takiego stanu. Istnieją, i bez wątpienia zawsze będą istnieć, dobrzy wierni, dla których, niestety, pobożność nie jest wszystkim. Nieżyjący G. K. Chesterton, który pisał równie lirycznie o wypitce, co o pobożności może służyć jako ich wymowny przedstawiciel.

Współczesne kościoły, z niewielkimi wyjątkami spośród wyznań protestanckich, tolerują alkohol; ale nawet najbardziej tolerancyjne nie uczyniły żadnej próby włączenia tego środka do chrześcijaństwa czy sakramentalizacji jego użycia. Pobożny pijus jest zmuszony do umieszczania religii w jednej przegródce, a surogatu religii w drugiej. I być może jest to nieuniknione. Picie nie może podlegać sakramentalizacji, poza tymi religiami, które nie przywiązują wielkiej wagi do dobrych obyczajów. Kult Dionizosa czy celtyckiego bożka piwa był głośnym i wyuzdanym aktem. Obrzędy chrześcijańskie są nie do pogodzenia nawet z religijnym upojeniem. Nie czyni to żadnej szkody gorzelnikom, ale jest bardzo niekorzystne dla chrześcijaństwa. Niezliczona liczba ludzi jest spragniona auto-transcendencji i z zadowoleniem odnalazłaby ją w kościele. Ale, niestety, „głodne owieczki czekają, lecz pozostają nie nakarmione". Biorą udział w obrzędach, słuchają kazań, powtarzają modlitwy; ale ich pragnienie pozostaje nie zaspokojone. Rozczarowani, uciekają się do butelki. Przynajmniej przez pewien czas i w pewnej mierze jest to skuteczne. Mogą nadal jeszcze bywać w kościele; ale nie ma on dla nich większego znaczenia niż Muzyczny Bank z Erewhon Butlera. Nadal mogą uznawać Boga; ale jest on Bogiem tylko na poziomie słownym, tylko w czysto pickwikowskim sensie. Rzeczywistym obiektem kultu jest butelka, a jedynym religijnym przeżyciem jest stan niepohamowanej i przebojowej euforii, która towarzyszy spożyciu trzeciego cocktailu.




Widzimy więc, że chrześcijaństwo i alkohol nie mogą iść i nie idą ze sobą w parze. Chrześcijaństwo i meskalina bardziej godzą się ze sobą. Zostało to zademonstrowane przez wiele plemion indiańskich od Teksasu aż do takich wysuniętych na północ regionów jak Wisconsin. Pośród tych plemion można odnaleźć grupy afiliowane przy Amerykańskim Kościele Narodowym, sekcie, której naczelnym obrzędem jest rodzaj wczesnochrześcijańskiej agape, czy wieczerzy miłości, gdzie plasterki pejotlu zastępują sakramentalny chleb i wino. Wierni Amerykańskiego Kościoła Narodowego traktują kaktus jako specjalny dar Boga dla Indian i przyrównują jego efekty do działania Ducha Świętego.

Profesor J. S. Slotkin — jeden z nielicznych białych, którzy kiedykolwiek uczestniczyli w obrzędach zgromadzenia pejotystów — twierdzi, iż jego współbracia w kulcie nigdy nie są „oszołomieni czy pijani... Nigdy nie wypadają z rytmu i nie bełkoczą, jak to się zdarza pijanym czy oszołomionym ludziom. Są spokojni, uprzejmi i grzeczni. Nigdy nie odwiedziłem żadnego domu modlitwy białego człowieka, w którym byłoby tyle uczuć religijnych i dobrych obyczajów." Cóż, możemy zapytać, przeżywają ci pobożni i obdarzeni dobrymi manierami pejotyści? Nie umiarkowane poczucie cnoty, które pozwala przeciętnemu niedzielnemu wiernemu chodzącemu do kościoła przetrwać dziewięćdziesiąt minut nudy. Nawet nie owe wzniosłe uczucia, inspirowane myślami o Stwórcy, Odkupicielu, Sędzim i Pocieszycielu, jakie ożywiają pobożnych. Dla tych wiernych Amerykańskiego Kościoła Narodowego doświadczenie religijne jest czymś bardziej bezpośrednim i oświecającym, bardziej spontanicznym, w mniejszym stopniu domowego wyrobu produktem powierzchownego, skrępowanego umysłu. Czasem (według raportów sporządzonych przez dr Slotkina) mają oni wizje, na przykład ukazuje im się sam Chrystus. Czasem słyszą głos Wielkiego Ducha. Czasem uświadamiają sobie obecność Boga i tych niedostatków osobistych, które muszą być naprawione, jeśli oni mają pełnić Jego wolę. Praktyczne skutki tego chemicznego otwarcia drzwi do Innego Świata wydają się w pełni pozytywne. Dr Slotkin twierdzi, że nałogowi pejotyści są ogólnie rzecz biorąc bardziej pracowici, bardziej wstrzemięźliwi (wielu z nich całkowicie rezygnuje z alkoholu), bardziej spokojni niż nie-pejotyści. Nie można pochopnie potępiać jako złe drzewa o tak wybornych owocach.



Indianie z Amerykańskiego Kościoła Narodowego sakramentalizując użycie pejotlu uczynili coś zarazem psychologicznie sensownego i historycznie szacownego. We wczesnych wiekach chrześcijaństwa wiele pogańskich obrzędów i festiwali zostało, jeśli tak można rzec, ochrzczonych i zaczęło służyć celom Kościoła. Te zabawy nie były specjalnie budujące; ale zaspokajały określony głód psychiczny i dawni misjonarze mieli dość rozumu, by zamiast próbować je wykorzenić, zaakceptować je takimi, jakimi były, jako zaspokajające przejawy pierwotnych potrzeb duszy i włączyć je w tkankę nowej religii. Przedstawiciele Amerykańskiego Kościoła Narodowego uczynili coś podobnego. Wzięli pogański zwyczaj (zwyczaj, nawiasem mówiąc, o wiele bardziej budujący i światły niż większość raczej ogłupiających hulanek i maskarad przejętych z europejskiego pogaństwa) i nadali mu chrześcijański sens.


Chociaż dopiero niedawno wprowadzone do północnych Stanów Zjednoczonych, spożywanie pejotlu i oparta na tym religia stały się ważnymi symbolami prawa Czerwonoskórego do duchowej niezależności. Niektórzy Indianie zareagowali na supremację białych poprzez poddanie się amerykanizacji, inni poprzez wycofanie się w tradycję indiańską. Ale niektórzy spróbowali wziąć to, co najlepsze z obu światów, a właściwie z wszystkich światów — najlepsze z tradycji indiańskiej, najlepsze z chrześcijaństwa, i najlepsze z tych Innych Światów transcendentalnego doświadczenia, gdzie dusza poznaje siebie w swym nieuwarunkowaniu i boskości. Stąd Amerykański Kościół Narodowy. Zlały się w nim dwa wielkie pragnienia duszy — potrzeba niezależności i samookreślenia oraz potrzeba autotranscendencji — i zostały zinterpretowane w świetle trzeciego — potrzeby kultu, wyjaśnienia dróg Bożych człowiekowi, wyjaśnienia wszechświata za pośrednictwem spójnej teologii.



Oto biedny Indianin nie skażony uczonością Z przodu odziany, z tyłu okryty nagością. Ale w rzeczywistości to my, bogaci i wykształceni biali, pozostajemy z tyłu nadzy. Przykrywamy naszą nagość z przodu jakąś filozofią — chrześcijańską, marksistowską, freudowsko-fizykalistyczną — ale z tyłu pozostajemy nie osłonięci, zdani na łaskę wszystkich wiatrów okoliczności. Biedny Indianin, z drugiej strony, miał dość rozumu, by osłonić swój tył dołączając do listka figowego teologii łatę doświadczenia transcendentalnego.

Nie jestem na tyle głupi, by stawiać znak równości między tym, co się dzieje pod wpływem meskaliny lub innego środka, istniejącego czy tego, który zostanie wytworzony w przyszłości, a uświadomieniem sobie celu i ostatecznego zamysłu ludzkiego życia: Oświeceniem, Widzeniem Uszczęśliwiającym. Sugeruję tylko, że doznanie po zażyciu meskaliny jest tym, co katoliccy teologowie nazywają „niezasłużoną łaską", konieczną do zbawienia, ale potencjalnie pomocną, którą w przypadku jej otrzymania należy zaakceptować, składając za nią dzięki. Zostać wyrwanym z kolein normalnej percepcji, uzyskać na kilka bezczaso-wych godzin widzenie zewnętrznego i wewnętrznego świata, nie takie, jakim dysponuje zwierzę opętane przetrwaniem lub człowiek opętany słowami i pojęciami; ujrzeć je takimi jakimi postrzega je, w całej bezpośredniości i nieuwarunkowaniu, Wolny Umysł — to doświadczenie o nieocenionej wartości dla każdego, szczególnie dla intelektualisty. Intelektualista bowiem jest z definicji człowiekiem, dla którego, według określenia Goethego, „świat jest zasadniczo owocny". Jest człowiekiem, który ma poczucie, że „to, co postrzegamy okiem jest nań jako takie obce i nie musi wywierać na nas silnego wrażenia". A mimo to, chociaż Goethe sam był intelektualistą i jednym z najwspanialszych mistrzów języka, nie zawsze zgadzał się z własną oceną słowa.



„Mówimy", pisał w połowie życia, „o wiele za dużo. Powinniśmy mówić mniej, a więcej rysować. Osobiście chciałbym porzucić zupełnie mowę i, tak jak Przyroda ożywiona przekazywać wszystko, co mam do zakomunikowania w szkicach. To drzewo figowe, ten mały wąż, kokon na moim parapecie okiennym czekający spokojnie swej przyszłości — wszystko to ważne sygnatury. Człowiek zdolny odszyfrować trafnie ich sens wkrótce mógłby się obyć bez słowa pisanego czy mówionego. Im więcej o tym myślę, tym bardziej dostrzegam bezowocność, przeciętność, a nawet (mam pokusę rzec) przesadną strojność mowy. W przeciwieństwie do tego, jakże zadziwia nas powaga Przyrody, jej milczenie, kiedy stajemy przed nią twarzą w twarz, w skupieniu, kontemplując nagi masyw górski czy pustkowie pradawnych wzgórz." Nie możemy się nigdy obyć bez języka i innych systemów symbolicznych; albowiem dzięki nim i tylko nim udało się nam wznieść ponad zwierzęcość na poziom istot ludzkich. Z łatwością jednak możemy się stać nie tyle beneficjentami, co ofiarami tych systemów. Musimy się nauczyć efektywnie posługiwać słowami; ale zarazem musimy zachować, a jeśli zajdzie potrzeba pogłębić naszą zdolność do bezpośredniego oglądu świata, bez pośrednictwa tego na wpół nieprzejrzystego medium pojęć, które zniekształca każdy fakt w obrębie tych określonych dziedzin. Ale czy którakolwiek z wielkich fundacji sfinansowała projekt skoordynowania tych empirycznych odkryć w ogólną teorię i praktykę intensywnej kreatywności? Znowu, o ile mi wiadomo, odpowiedź brzmi: nie.

Wszelkiego rodzaju przywódcy kultów i ekscentrycy uczą najrozmaitszych technik osiągnięcia zdrowia, szczęścia i spokoju umysłu; dla licznych ich słuchaczy wiele z owych technik posiada swą wymierną skuteczność. Ale czy dostrzegamy szacownych psychologów, filozofów i duchownych śmiało opuszczających się na dno tych dziwnych i czasem cuchnących studni, gdzie często spoczywa nieszczęsna Prawda? I tym razem odpowiedź brzmi: nie.


Przyjrzyjmy się teraz historii badań nad meskaliną. Siedemdziesiąt lat temu ludzie o niezaprzeczalnych kompetencjach opisali doświadczenia transcendentalne, przydarzające się tym, którzy w dobrym zdrowiu, w odpowiednich warunkach i z właściwym nastawieniem psychicznym zażyli ten środek. Ilu filozofów, ilu teologów, ilu profesjonalnych wychowawców wykazało dosyć ciekawości, by otworzyć te Drzwi w Murze. Odpowiedź, praktycznie rzecz biorąc, brzmi: żaden. W świecie, w którym edukacja jest w głównej mierze słowna, bardzo wykształceni ludzie nie są w stanie skierować uwagi na cokolwiek poza słowami i pojęciami. Zawsze są pieniądze, doktoraty, czekające na tych, co oddali się uczonej głupocie badań w dziedzinie, która dla uczonego stanowi najbardziej istotną problematykę: Kto wywarł wpływ na kogo by stwierdził co i kiedy? Nawet w naszej erze techniki, werbalistyczne nauki humanistyczne otacza się szacunkiem. Niewerbalne nauki humanistyczne, sztukę bezpośredniego uświadamiania sobie określonych faktów naszej egzystencji ignoruje się niemal całkowicie. Katalog, bibliografia, pełne wydanie ipsissima verba trzeciorzędnego wierszoklety, olbrzymi indeks, który usunie w cień wszystkie indeksy — każdy autentycznie aleksandryjski projekt ma zagwarantowaną akceptację i poparcie finansowe. Ale kiedy przychodzi do odkrycia, jak ty i ja, nasze dzieci i wnuki możemy stać się bardziej spostrzegawczy, bardziej intensywnie świadomi wewnętrznej i zewnętrznej rzeczywistości, bardziej otwarci na Ducha, mniej podatni, z powodu psychologicznych negatywnych oddziaływań na fizyczne choroby i bardziej zdolni do sterowania własnym autonomicznym układem nerwowym — kiedy przychodzi do jakiejkolwiek formy niewerbalnej edukacji bardziej zasadniczej (i mającej większe zastosowanie praktyczne) niż gimnastyka szwedzka, żadna szacowna osoba w żadnym szacownym uniwersytecie, czy kościele nie będzie chciała mieć z tym nic wspólnego. Werbaliści są podejrzliwi wobec sfery niewerbalnej; racjonaliści boją się określonych, nieracjonalnych faktów; intelektualiści mają poczucie, że „to, co postrzegamy okiem (czy w jakiś inny sposób) jest nam jako takie obce i nie musi wywierać na nas silnego wrażenia." Poza tym, kwestia edukacji w zakresie niewerbalnych nauk humanistycznych nie mieści się w żadnej ustalonej przegródce. Nie jest to religia, neurologia, gimnastyka, moralność, czy nauka o prawach i obowiązkach obywatela, ani nawet psychologia eksperymentalna. Skoro tak jest, temat ten, z punktu widzenia akademickiego czy kościelnego, nie istnieje i można go bezpiecznie ignorować lub pozostawić, z protekcjonalnym uśmiechem, tym, których faryzeusze werbalistycznej ortodoksji określają mianem dziwaków, znachorów, szarlatanów i niekompetentnych amatorów.



„Zawsze stwierdzałem", pisał z pewną goryczą Blake, „że Anioły mają próżność uważać siebie za jedynych mędrców. Czynią to z pewnym siebie zuchwalstwem, będącym owocem systematycznego rozumowania." Systematyczne rozumowanie jest czymś bez czego jako gatunek czy jako jednostki nie moglibyśmy się obyć. Ale jeśli mamy zachować zdrowie psychiczne, nie możemy się też obyć bez bezpośredniej percepcji (im mniej usystematyzowanej, tym lepiej) zewnętrznych i wewnętrznych światów, w jakich się narodziliśmy. Ta dana nam rzeczywistość jest nieskończonością, która przekracza wszelkie pojmowanie, a przecież jest bezpośrednio i w całej swej pełni postrzegana. Ta transcendencja należy do innego porządku niż ludzki, a jednak może się nam uobecnić jako poczucie immanencji, jako przeżycie uczestnictwa. Być oświeconym to zawsze sobie uświadamiać pełnię rzeczywistości w jej immanentnej inności — uświadamiać sobie, a jednak pozostać w stanie umożliwiającym przetrwanie na poziomie zwierzęcym, pozwalającym na myślenie i odczuwanie w wymiarze ludzkim, na odwołanie się tam, gdzie jest to konieczne, do systematycznego rozumowania. Naszym celem jest odkrycie, że zawsze znajdowaliśmy się tam, gdzie powinniśmy. Niestety, bardzo utrudniamy sobie to zadanie. Tymczasem jednak dysponujemy niezasłużonymi łaskami w postaci cząstkowych i przemijających wglądów. W bardziej realistycznym, mniej werbalistycznym, nadając mu nazbyt znajome podobieństwo jakiejś definiującej rodzaj etykiety czy wyjaśniającej abstrakcji.



Literacka czy naukowa, ogólna czy specjalistyczna, cała nasza edukacja jest w przeważającej mierze słowna i dlatego nie jest w stanie osiągnąć tego, do czego jest powołana. Zamiast przekształcać dzieci we wszechstronnie rozwiniętych dorosłych, produkuje specjalistów w zakresie nauk przyrodniczych, którzy są całkowicie nieświadomi Przyrody jako pierwotnego faktu doświadczenia, wydaje specjalistów w zakresie humanistyki, którzy nie wiedzą nic o swoim czy cudzym człowieczeństwie. Psychologowie szkoły Gestalt, jak na przykład Samuel Renshaw, zaprojektowali metody poszerzania zakresu i pogłębiania ostrości ludzkich spostrzeżeń. Ale czy nasi fachowcy od edukacji je stosują? Odpowiedź brzmi: nie. Nauczyciele w każdej dziedzinie umiejętności psychofizycznych, od sztuki patrzenia po tenis, od chodzenia po linie do sztuki modlitwy odkryli, metodą prób i błędów, warunki optymalnego funkcjonowania. W bardziej realistycznym a mniej werbalistycznym niż nasz systemie edukacji, każdy Anioł (w blakeowskim sensie tego słowa) otrzymałby zezwolenie na urlop, byłby nakłaniany, a jeśli to konieczne, zmuszony do okazjonalnej podróży przez jakieś chemiczne Drzwi w Murze w świat doświadczenia transcendentalnego. Gdyby odnalazł tam przerażenie, byłoby to godne ubolewania, ale być może zbawienne. Gdyby dało mu to krótką, ale bezczasową iluminację, tym lepiej. W każdym przypadku Anioł miałby szansę pozbyć się choć trochę owego pewnego siebie zuchwalstwa, będącego owocem systematycznego rozumowania i świadomości, że przeczytał wszystkie możliwe książki.

Pod koniec życia święty Tomasz z Akwinu doznał kontemplacji wlanej. Po tym doświadczeniu nie zdecydował się na powrót do pracy nad swą nieukończoną książką. W porównaniu z tym doznaniem wszystko, co przeczytał, o czym dyskutował i co napisał -- Arystoteles i Zdania, Pytania, Tezy, monumentalne Summy — zdało mu się garścią słomy. Dla większości intelektualistów taki strajk okupacyjny byłby czymś niewłaściwym, a nawet moralnie nagannym. Ale Doktor Anielski miał za sobą więcej systematycznego rozumowania niż dwanaście zwyczajnych Aniołów i dojrzał już do śmierci. Zapracował sobie na prawo, by w ostatnich miesiącach swej śmiertelnej kondycji porzucić czysto symboliczną słomę i plewy na rzecz chleba rzeczywistego i substancjalnego Faktu. Anioły niższego porządku, mające w dodatku lepsze perspektywy długowieczności, muszą powrócić do słomy. Ale człowiek, który wraca przez Drzwi w Murze nigdy nie będzie taki sam, jaki był. Będzie mądrzejszy, ale mniej arogancko pewny siebie, szczęśliwszy, ale obdarzony mniejszą dozą samozadowolenia, pokor-niejszy w akceptacji własnej niewiedzy, a jednak lepiej przygotowany do pojmowania realizacji między słowami a rzeczami, między systematycznym rozumowaniem a niezgłębioną Tajemnicą, którą próbuje zawsze na próżno zgłębiać.

Przypisy:




1. Patrz następujące prace:  Schizophrenia: A New Approach Humph-ry Osmond i John Smythies „Journal of Mental Science" Vol. XCVIII. Kwiecień 1952. On Being Mad Humphry Osmond „Saskatchewan Psychiatrie Services Journal". Vol. I. No. 2. Wrzesień 1952. The Mescalin Phenomena John Smythies „The British Journal for the Philosophy of Science". Vol. III. Luty 1953. Schizophrenia: A New Approach Abram Hoffer, Humphry Osmond i John Smythies. „The Journal of Mental Science" Vol. C. No. 418. Styczeń 1954. W przygotowaniu inne liczne artykuły na temat biochemii, farmakologii, psychologii i neurofizjologii schizofrenii i przeżyć po meskalinie.
2. W swojej monografii Menomini Peyotism, opublikowanej (grudzień 1952) w „Transactions of the American Philosophical Society", profesor J. S. Slotkin napisał, że „nałogowe zażywanie pejotlu nie wywołuje zwiększonej tolerancji ani zależności. Znam wielu ludzi, którzy używali pejotlu przez czterdzieści czy pięćdziesiąt lat. Ilość zażywanego pejotlu, jest uzależniona od tego, jak uroczysta jest okazja; na ogół nie zażywają obecnie więcej pejotlu niż przed laty. Czasem między obrzędami upływa miesięczna lub dłuższa przerwa i w tym okresie obywają się bez pejotlu nie odczuwając żadnego jego łaknienia. Osobiści, po serii obrzędów odbywających się podczas czterech kolejnych weekendów, nie zwiększyłem dawki skonsumowanego pejotlu ani nie odczuwałem żadnej ciągłej jego potrzeby." Niewątpliwie istnieją uzasadnione powody, dla których „pejotlu nigdy nie uznano prawnie za narkotyk ani też rząd federalny nie zakazał jego używania". Jednakże „podczas długiej historii kontaktów Indian z białymi, biali urzędnicy starali się zlikwidować używanie pejotlu, ponieważ był sprzeczny z ich obyczajami. Ale te próby zawsze ponosiły fiasko." W przypisie dr Slotkin dodaje, że „zdumiewające jest wysłuchiwanie fantastycznych opowieści o efektach pejotlu i charakterze obrzędu snutych przez białych i katolickich indiańskich urzędników w rezerwacie Menomini. Żaden z nich nie miał najmniejszego osobistego doświadczenia z samą rośliną czy religią, niektórzy jednak uważają się za autorytety i piszą oficjalne raporty na ten temat."

 Koniec (The End)

Popularne posty z tego bloga

"Wędrówka Dusz" - dr Michael Newton. "Śmierć nie jest ciemnością, lecz światłem". Część I

"Ulecz się sam" - Andrzej Żak. Część II - Wolność jest jak zdrowie: uzyskuje wartość i stajemy się jej świadomi tylko wtedy, gdy ją tracimy...

Mitologia Indyjska: Mit o powstaniu świata, Bogini Matce i wojnie bogów!