"Souad - Kobieta Spalona Żywcem" - Część I




"Miałam na sobie ogień"
 (fragmenty) 



Jestem dziewczyną, a dziewczyna musi chodzić szybko, z głową po­chyloną ku ziemi, tak jakby miała liczyć własne kroki. Nie może pod­nosić wzroku, nie powinna nigdy spoglądać na prawo czy lewo, bo gdyby jej oczy napotkały spojrzenie jakiegoś mężczyzny, cała wioska uznałaby ją za charmuta. Gdyby jakaś zamężna sąsiadka, stara kobieta lub ktokolwiek inny spostrzegł ją całkiem samą na ulicy, bez matki, starszej siostry, owie­czek, snopka siana czy kosza z figami, także będą o niej mówić: char­muta. Aby nie patrzeć pod nogi, ale prosto przed siebie, aby wejść do sklepu, aby wydepilować się i nosić biżuterię - dziewczyna musi wyjść za mąż.
 
Jeśli dziewczyna nie ma męża, a może go mieć, kiedy już ukończy czternaście lat - tak było w przypadku mojej matki - cała wioska zaczyna sobie z niej kpić. Jednak żeby wyjść za mąż, dziewczyna mu­si czekać na swoją kolejkę w rodzinie. Najpierw trzeba wydać najstar­szą córkę, po niej dopiero następne. W domu mojego ojca jest za dużo córek. Cztery, w dodatku wszystkie w wieku zamążpójścia. Są także dwie przyrodnie siostry, córki drugiej żony naszego ojca. To jeszcze dzieci. Jedyny samiec w rodzinie, uwielbiany przez wszystkich syn, nasz brat Assad, naro­dził się, w pełni chwały, pomiędzy tymi wszystkimi dziewczynami, jako czwarty. Ja jestem trzecia.
 
 
Mój ojciec, Adnan, jest bardzo niezadowolony z mojej matki, Leili, która dała mu aż tyle córek. Nie cieszy się również swoją drugą żoną, Aichą, która także urodziła mu same córki. Najstarsza Noura późno wyszła za mąż; ja miałam wówczas już około piętnastu lat. Kainat, drugą z kolei, nikt jakoś nie prosił o rękę. Usłyszałam, że jakiś mężczyzna rozmawiał o mnie z ojcem, ale mu­szę zaczekać na ślub Kainat, by zamarzyć o własnym. Chyba jednak Kainat nie jest dostatecznie ładna, a może zbyt powolna w pracy... Nie wiem, dlaczego nikt się o nią nie stara, ale jeśli pozostanie starą pan­ną, stanie się pośmiewiskiem całej wsi, a ja razem z nią.

 
Jak daleko zdołam sięgnąć pamięcią, nigdy się nie bawiłam ani nie miałam żadnych innych przyjemności. Urodzić się w mojej wiosce dziewczyną oznaczało klątwę, nieszczęście. Jedynym spełnieniem marzenia o wolności może być małżeństwo. Opuścić rodzinny dom, przenieść się do domu męża i nigdy już nie wrócić, choćby na nowym miejscu miało się być bitą. To wielki wstyd, jeśli zamężna kobieta wraca do domu swojego ojca. Nie powinna szukać opieki poza swo­im nowym domem, a gdy tak zrobi, obowiązkiem rodziny jest odesła­nie jej z powrotem. Moja siostra była bita przez męża i przynosiła nam wstyd, bo przy­chodziła się poskarżyć.






Ma szczęście, że w ogóle ma męża - ja mogę tylko o tym marzyć. Od momentu kiedy usłyszałam, jak ten mężczyzna rozmawiał o mnie z ojcem, rozsadzała mnie niecierpliwość i ciekawość. Wiedziałam, że ten chłopak mieszka trzy, cztery kroki od nas. Czasem widziałam go z wysokości tarasu, na którym rozwieszałam bieliznę. Wiedziałam, że ma samochód, ubiera się w garnitur, zawsze nosi wa-izeczkę. Pewnie pracował w mieście i miał dobry zawód, bo nigdy nie ubierał się jak robotnik, zawsze był nieskazitelnie czysty. Chcia­łam przyjrzeć się z bliska jego twarzy, ale bałam się, że rodzina mnie na tym przyłapie. Tak więc, kiedy szłam do stajni po siano dla chore­go osła, kroczyłam szybko drogą w nadziei, że zobaczę go z niewiel­kiej odległości. Ale on za daleko parkował swój samochód. Dzięki pilnym obserwacjom mniej więcej wiedziałam, o której wychodzi z domu do pracy. O siódmej rano udawałam, że składam bieliznę na tarasie albo że idę po dojrzałe figi lub trzepię dywan, by tylko zoba­czyć, chociaż przez minutkę, jak idzie do samochodu. Musiałam to ro­bić szybko, aby nikt nie zauważył.

Wchodziłam po schodach, przechodziłam przez pokoje, by dostać się na taras, energicznie potrząsałam dywanem i spoglądałam poprzez cementowy mur, zerkając w prawą stronę. Jeśli ktoś mnie obser­wował, nie zgadł, że wyglądam na ulicę. Czasami udawało mi się go zobaczyć. Ależ byłam zakochana w tym mężczyźnie i jego samochodzie! Na tarasie wyobrażałam sobie mnóstwo rzeczy: oto zostałam jego żoną i tak jak dzisiaj patrzyłam na oddalający się samochód, dopóki nie straciłam go z oczu, a on potem powraca z pracy przed zachodem słońca. Zdejmuję mu buty i, klę­cząc, myję mu stopy, tak jak moja matka robi to ojcu. Przynoszę mu herbatę, przyglądam się, jak pali swoją długą fajkę, siedząc niczym król na progu domu. Jestem kobietą, która ma męża!


A więc będę mogła się malować, wyjść do sklepu, wsiąść do tego wspaniałego samochodu z moim mężem, a nawet pojechać do miasta. Zniosę wszystko co najgorsze dla tej odrobiny wolności - by móc sa­ma przekroczyć próg domu i pójść po chleb do piekarza, jeśli będę miała na to ochotę! Na pewno nigdy nie pozostanę charmuta. Nie będę patrzeć na in­nych mężczyzn, nadal będę chodzić bardzo szybko, prosto i dumnie, ale już nie będę liczyć własnych kroków i wbijać wzroku w ziemię, a wioska nie będzie mogła powiedzieć o mnie nic złego, bo będę ko­bietą zamężną. To właśnie na tym tarasie zaczęła się moja straszna historia. Mia­łam już więcej lat niż moja najstarsza siostra w dniu swojego ślubu, czepiałam się nadziei lub wpadałam w czarną rozpacz. Miałam wtedy jakieś osiemnaście lat, może więcej, już sama nie wiem. Moja pamięć uleciała wraz z dymem tego dnia, kiedy spadł na mnie wielki ogień.


Pamięć


Urodziłam się w maleńkiej wiosce. Powiedziano mi, że leży ona gdzieś na terytorium Jordanii, następnie, że w Transjordanii, Cisjordanii, ale po­nieważ nigdy nie chodziłam do szkoły, w ogóle nie znam historii moje­go kraju. Powiedziano mi także, że urodziłam się tam w 1958 lub 1957 roku. Tak więc dzisiaj mam czterdzieści pięć lat. Dwadzieścia pięć lat te­mu mówiłam tylko po arabsku i nigdy nie oddaliłam się od mojej wioski o więcej niż kilka kilometrów od ostatniego domu, wiedziałam, że dalej istnieją miasta, ale ich nie widziałam. Nie wiedziałam, czy Ziemia jest okrągła czy płaska, nie miałam w ogóle żadnego wyobrażenia o świecie! Wiedziałam, że należy nienawidzić Żydów, którzy odebrali nam ziemie. Mój ojciec mówił na nich „świnie". Nie należało się do nich zbliżać ani ich dotykać, bo istniało ryzyko, że wtedy staniesz się taką świnią jak oni. Musiałam modlić się przynajmniej dwa razy dziennie, recytowałam mo­dlitwy jak moja matka i siostry, ale o istnieniu Koranu dowiedziałam się dopiero wiele lat później, w Europie. Mój jedyny brat, król w naszym do­mu, chodził do szkoły, ale my, dziewczęta, nie. W moim kraju narodzi­ny dziewczynki są przekleństwem. Żona powinna najpierw urodzić sy­na, przynajmniej jednego, a jeśli rodzi wyłącznie córki, wszyscy z niej szydzą. Potrzeba najwyżej dwóch lub trzech dziewczyn do prac domo­wych, do bydła i prac polowych. Jeśli rodzą się następne, należy się ich pozbyć jak najszybciej. Tak właśnie żyłam przez prawie siedemnaście lat, nie wiedząc niczego innego poza tym, że skoro pojawiłam się na świecie jako dziewczyna, jestem czymś gorszym od zwierzęcia. 


To było moje pierwsze życie, życie arabskiej kobiety w Cisjorda­nii. Trwało ono dwadzieścia lat i tam umarło. Umarłam tam fizycznie, społecznie, na zawsze. Moje drugie życie zaczęło się w Europie, w końcu lat siedemdzie­siątych, na pewnym międzynarodowym lotnisku. Byłam ludzkim strzępem, cierpiącym na noszach. Do tego stopnia cuchnęła ode mnie śmierć, że pasażerowie transportującego mnie samolotu zaczęli prote­stować. I chociaż ułożono mnie za zasłoną, moja obecność była dla nich nie do zniesienia. Powiedziano mi, że będę żyła, ale ja czułam, że wcale nie, czekałam na śmierć. Śmierć była lepsza od cierpień i upokorzenia. Niewiele pozostało z mojego ciała, dlaczego więc chcieli, żebym żyła, gdy ja sama wolałam już nie istnieć ani cieleśnie, ani duchowo?




Jeszcze dzisiaj zdarza mi się o tym myśleć. Wolałam umrzeć, to prawda, niż stawić czoło temu nowemu życiu, które mi tak szlachet­nie ofiarowywano. Jednak w moim przypadku przeżyć graniczyło z cudem. Teraz dane mi jest świadczyć o wszystkim w imieniu tych kobiet, które nie miały takiej szansy, które nadal umierają z jednego tylko powodu: bo są kobietami. Musiałam nauczyć się francuskiego, słuchając rozmawiających lu­dzi i zmuszając się do powtarzania słów, których znaczenie tłumaczo­no mi gestami: „Boli? Nie boli? Jeść? Pić? Spać? Chodzić?" Odpo­wiadałam znakami „tak" lub „nie". Znacznie później nauczyłam się czytać słowa w gazecie, cierpli­wie, dzień po dniu. Na początku rozszyfrowywałam drobne ogłosze­nia, nekrologi, krótkie zdania z niewielką liczbą słów, które uczyłam się wymawiać fonetycznie. Czasem odnosiłam wrażenie, że jestem zwierzęciem, które uczą sposobu porozumiewania się, podczas gdy ja stawiałam sobie po arabsku pytania, gdzie jestem, w jakim kraju i dlaczego właściwie nie umarłam w mojej rodzinnej wiosce. Wsty­dziłam się, że nadal jestem przy życiu, jednak nikt o tym nie wiedział. Bałam się tego życia, ale nikt tego nie rozumiał.


Powinnam o tym wszystkim powiedzieć, zanim spróbuję poskła­dać w jakąś całość kawałki mojej pamięci, gdyż chciałabym, aby mo­je słowa zostały zapisane w formie książki.

Moja pamięć jest pełna pustych plam. Pierwsza część mego życia jawi mi się w formie obrazów, dziwnych i gwałtownych scen, zupeł­nie jak w telewizyjnym filmie. Zdarza mi się, że sama nie mogę w nie uwierzyć, zwłaszcza że mam ogromny kłopot z ich chronologią. Czy jest na przykład możliwe, by zapomnieć imienia jednej ze swoich sióstr? Wieku brata w dniu jego ślubu? A przecież nie zapomniałam kóz, owiec, krów, pieca do pieczenia chleba, prania w ogrodzie, zbie­rania kalafiorów, cukinii, pomidorów i fig... stajni i kuchni... worków zboża i węży. Tarasu, z którego śledziłam ukochanego. Łanu zboża, gdzie dopuściłam się „grzechu".


Tak więc niewiele pamiętam z wczesnego dzieciństwa. Czasem uderza mnie jakiś kolor czy przedmiot, wtedy zjawia się obraz, jakaś osoba, krzyki, przeplatające się twarze. Często, kiedy ktoś zadaje mi pytanie, w mojej głowie powstaje pustka. Zdesperowana, szukam od­powiedzi, ale ona nie nadchodzi. Albo nagle pojawia się jakiś inny ob­raz i nie wiem, czego on dotyczy. Jednak te obrazy już na stałe za­gnieździły się w mojej głowie i nigdy ich nie zapomnę. Nie można przecież zapomnieć własnej śmierci. 



Nazywam się Souad, jestem dzieckiem Cisjordanii i wraz z siostrą zajmuję się baranami i kozami, bo mój ojciec ma spore stado, pracu­ję ciężej od osła. Musiałam zacząć pracować, gdy miałam osiem, dziewięć lat, a krew menstruacyjną ujrzałam w wieku lat dziesięciu. U nas mówi się, że dziewczyna jest „dojrzała", kiedy już to się jej przytrafi. Wstydziłam się tej krwi, bo należało ją ukryć, nawet przed oczami mojej matki, uprać bufiaste spodnie (sarual) w ukryciu i szybko wysuszyć na słońcu, aby mężczyźni i sąsiedzi nie mogli ich zobaczyć. Miałam tylko dwie pary takich spodni. Pamiętam papier służący do higieny w tych złych dniach, podczas których kobieta jest traktowana jak zadżumiona. Ukradkiem chowałam dowód mojej nieczystości w śmieciach. Kiedy bolał mnie brzuch, matka gotowała liście szałwii i kazała to pić. Ściskała moją gło­wę dużym szalem i nazajutrz już nic mnie nie bolało. To jedyne lekar­stwo, jakie pamiętam i nadal je stosuję, bo jest bardzo skuteczne.

Wczesnym rankiem chodzę do stajni, wkładam palce do ust i gwiż­dżę, by barany zebrały się wokół mnie, i wychodzę z moją siostrą KaTnat, starszą ode mnie o jakiś rok. Dziewczyny nie powinny wycho­dzić same czy w towarzystwie o wiele młodszej siostry. Starsza jest rodzajem gwarancji dla tej młodszej. Moja siostra Kamat jest miła, okrągła, trochę za gruba, podczas gdy ja jestem mała i chuda. Było nam ze sobą dobrze. Wychodziłyśmy we dwie z baranami i kozami na łąki, położone o jakieś piętnaście minut marszu od wioski, szłyśmy szybko, ze spusz­czonymi głowami, aż do ostatniego domu. Kiedy już znalazłyśmy się na łące, byłyśmy wolne, mogłyśmy gadać głupstwa, a nawet trochę się pośmiać. Nie pamiętam, żebyśmy prowadziły ze sobą długie roz­mowy. Mówiłyśmy głównie o jedzeniu sera, radości, jakiej dostarczał arbuz, pilnowaniu baranów, a zwłaszcza kóz zdolnych pożreć wszyst­kie liście figowca w ciągu kilku zaledwie minut. Kiedy barany groma­dziły się w kółko, szykując się do snu, w cieniu zasypiałyśmy także my, ryzykując, że jakieś zwierzę zabłąka się na sąsiednie pole i po po­wrocie poniesiemy tego konsekwencje. Jeśli zwierzę splądrowało ogród warzywny, jeśli choć kilka minut spóźniłyśmy się do stajni, czekało nas bicie pasem.




Dla mnie moja wioska jest ładna i zielona. Mamy tu dużo fig, wi­nogron, innych owoców, cytryn i mnóstwo oliwnych drzew. Mój oj­ciec to właściciel połowy uprawianych działek we wsi, należą tylko do niego... Nie jest bardzo bogaty, ale posiada dobra. Dom mamy du­ży, kamienny, otoczony murem z dużą, szarą, żelazną bramą. Ta bra­ma to symbol naszego zamknięcia. Kiedy znajdziemy się w środku, zamyka się za nami i nie pozwala nam wyjść. Można więc przekro­czyć tę bramę, przychodząc z zewnątrz, ale wyjść już nie. Czy brama ma klucz? Jakiś system automatyczny? Pamiętam, że moja matka i oj­ciec wychodzili, ale my nie. Za to mój brat - on jest wolny. Wolny jak wiatr: chodzi do kina, wychodzi i wchodzi przez tę bramę, robi, co chce. Często jej się przyglądałam, tej przeklętej bramie, i mówiłam sobie: „Nigdy nie będę mogła stąd wyjść, nigdy...".


Nie znam dobrze mojej wioski, bo nie mam prawa wychodzić. Aby się skoncentrować, zamykam oczy, bardzo się staram opisać to, co wi­działam. Przypominam sobie dom moich rodziców, potem inny, któ­ry nazywam domem bogaczy, trochę dalej, po tej samej stronie. Naprzeciwko - dom mojego ukochanego. Wystarczy przejść przez drogę i już się tam jest, widzę go z tarasu. Widzę także kilka rozpro­szonych domów, ale nie wiem, ile ich jest, w każdym razie niewiele. Są otoczone murkami lub żelaznymi siatkami, ludzie mają tam wa­rzywne ogrody, jak my. Nigdy nie zwiedziłam całej wioski. Wycho­dziłam tylko po to, by pójść na targ z ojcem lub matką albo z siostrą i baranami na łąkę, to wszystko.


Aż do siedemnastego czy osiemnastego roku życia nie widziałam nic innego. Nie wyszłam ani razu do miejscowego sklepu, blisko do­mu, ale przejeżdżając furgonetką mojego ojca, kiedy jechałam z nim na targ, widziałam właściciela stojącego przed drzwiami, palącego pa­pierosy. Do jego sklepu prowadziły dwa stopnie: po prawej stronie lu­dzie kupowali papierosy, gazety i napoje, wyłącznie mężczyźni; po le­wej były warzywa i owoce. Jest także inny dom po tej samej stronie drogi, gdzie mieszka za­mężna kobieta z czworgiem dzieci, ale ona ma prawo wychodzić. Mo­że wejść do sklepu. Widzę ją stojącą na schodach po stronie warzyw, z przeźroczystymi, plastikowymi siatkami.

Dom był otoczony dużym terenem. Sadziliśmy tam cukinie, dynie, kalafiory i pomidory, mnóstwo warzyw. Nasz ogród przylegał do ogrodu sąsiadów, oddzielony jedynie murkiem, który można było przekroczyć, ale żadna z nas tego nie robiła. Zamknięcie było czymś normalnym. Dziewczynie stale przebywającej w domu nie przycho­dziło do głowy, by przekroczyć tę symboliczną barierę. Żeby dokąd pójść? Samotna dziewczyna na drodze we wsi zostałaby napiętnowa­na, a jej reputacja i honor rodziny zupełnie zniszczone. Robiłam pranie wewnątrz tego ogrodu. W kącie była studnia, grza­łam wodę w wanience na ognisku. Brałam wiązkę chrustu z nagroma­dzonego zapasu, sama łamałam gałęzie na kolanie, a potem trochę czekałam, aż woda się zagrzeje... dobrą chwilę. Czekając, wykonywa­łam inne prace: zamiatałam, myłam podłogę, zajmowałam się warzy­wami w ogrodzie. Potem prałam wszystko w ręku i rozwieszałam uprane rzeczy na tarasie.




Dom był nowoczesny, bardzo wygodny, ale nie mieliśmy we­wnątrz ciepłej wody do kąpieli i do kuchni. Trzeba było grzać ją na zewnątrz i przynosić. Później mój ojciec kazał założyć instalację do ciepłej wody i sprowadził wannę z prysznicem. Wszystkie córki uży­wały tej samej wody do mycia, tylko mój brat miał prawo do własnej wody, i z pewnością mój ojciec. Nocą spałam z siostrami na podłodze, na baranich skórach. Kiedy by­ło bardzo ciepło, spało się na tarasach, pod światłem księżyca. Dziew­czyny spały obok siebie w jednym kącie. Rodzice i mój brat - w drugim. Dzień pracy zaczynał się wcześnie. Około czwartej rano, o wscho­dzie słońca, a czasem nawet wcześniej, wstawali moi rodzice. W okresie żniw braliśmy ze sobą jedzenie, pracowaliśmy w polu wszyscy, oj­ciec, matka, moje siostry i ja. Podczas sezonu na figi także wychodzi­ło się z domu bardzo wcześnie. Trzeba było zbierać je pojedynczo, jed­ną po drugiej, żadnej nie przeoczyć, wkładać je do skrzynek, które oj­ciec zawoził potem na targ. To było dobre pół godziny marszu razem z osłem, dochodziło się do niedużego miasteczka, naprawdę malutkie­go, jego nazwa wyleciała mi z głowy, jeśli w ogóle kiedykolwiek ją znałam. Połowa targowiska, przy wejściu do miasteczka, była zarezer­wowana dla produktów ojca, zajmowali się nimi kupcy. Aby kupić ubrania, trzeba było pojechać samochodem do większego miasteczka. Matka jeździła tam z moim ojcem. Odbywało się to w ten sposób: ku­powała wraz z ojcem i dawała sukienkę córce. Czy się podobało, czy nie, trzeba było to nosić. Ani moje siostry, ani ja, ani nawet matka nie miałyśmy tu nic do powiedzenia. Było albo to, albo nic.

Miałyśmy więc długie sukienki z krótkimi rękawami z czegoś po­dobnego do bawełny, szare, czasem białe, bardzo rzadko czarne, ma­teriał był bardzo ciepły i drapał w skórę. Sukienka zapięta była staran­nie, wysoko pod szyję. Na to trzeba było włożyć, zależnie od pory ro­ku, koszulę lub coś w rodzaju kamizelki, obowiązkowo z długimi rę­kawami. Czasami było nam tak gorąco, że miałyśmy wrażenie, iż się udusimy, ale rękawy musiały być długie. Pokazanie kawałka ramienia czy nogi, a jeszcze gorzej - odsłonięcie kawałka dekoltu, przynosiło wielki wstyd. Przez cały czas chodziłyśmy boso, żadna kobieta nie nosiła butów, czasem miała je jakaś mężatka. Pod tą długą, zapiętą pod szyję sukienką nosiłam spodnie, szare al­bo białe, a pod spodem jeszcze majtki, wielkie niczym szorty, szczelnie zakrywające brzuch. Wszystkie moje siostry były ubrane podobnie.


Matka często ubierała się na czarno. Ojciec nosił białe, szerokie spodnie, długą koszulę, a na głowie czerwono-biały szal Palestyń­czyków.

Mój ojciec! Widzę go, jak siedzi przed domem, na ziemi pod drzewem, a obok leży jego laska. Jest nieduży, ma bardzo białą ce­rę z mnóstwem piegów, okrągłą głowę i niebieskie, bardzo złe oczy. Pewnego dnia złamał sobie nogę, spadając z konia, i wszystkie by­łyśmy bardzo z tego zadowolone, bo już nie mógł za nami biegać i bić nas dużym pasem. Gdyby umarł, byłybyśmy jeszcze szczęś­liwsze. Dobrze go widzę, tego ojca. Jego z pewnością nie mogłabym ni­gdy zapomnieć, zupełnie jakbym nosiła w głowie jego fotografię. Sie­dzi przed domem jak król przed swoim pałacem, z tym swoim czerwono-białym szalem na głowie, który przykrywa jego rudą i łysą czaszkę, nosi ze sobą pasek i laskę, która leży na złożonej nodze. Do­brze go widzę, jest tam, mały i bardzo zły, podnosi pasek... i krzyczy: „Dlaczego barany wróciły same?!"


Chwyta mnie za włosy i ciągnie po ziemi do kuchni. Klęczę, on bi­je, ciągnie mój warkocz, jakby chciał go wyrwać, i obcina go wielki­mi nożycami do strzyżenia owiec. Już nie mam włosów. Mogę płakać, krzyczeć czy błagać, dostanę za to najwyżej kilka dodatkowych kop­niaków. To przecież moja wina. Zasnęłam z moją siostrą, bo było bardzo gorąco, i pozwoliłam ba­ranom odejść. Ojciec tak mocno wali nas swoją laską, że czasami w ogóle nie mogę zasnąć ani się ułożyć na boku czy na plecach, tak mnie wszystko boli. Czy pasem, czy laską, byłyśmy bite codziennie. Dzień bez bicia - to nie było normalne. 


Tak było w całej wiosce, to było prawo mężczyzn. Córki i żony były z pewnością bite codziennie także w innych domach. Słyszały­śmy ich krzyki. Bicie kobiet było czymś normalnym, tak jak golenie głowy czy przywiązywanie do barierek w stajni. Nie było innego wzoru życia. Mój ojciec... To król, człowiek wszechmocny, ten co posiada, de­cyduje, bije i torturuje nas wszystkie. Pali spokojnie swoją fajkę przed domem, w którym zamknięte są jego kobiety i które traktuje gorzej niż bydło. Mężczyzna bierze kobietę, żeby mieć synów, by służyła mu za niewolnicę wraz z przyszłymi córkami, jeśli będzie miała nieszczę­ście je urodzić. Patrząc na mojego brata, uwielbianego przez całą rodzinę, myśla­łam często: „Czego on ma więcej? Przecież wyszedł z tego samego brzucha co ja..." I nie znajdowałam odpowiedzi. Po prostu tak było. Musiałyśmy mu usługiwać tak jak mojemu ojcu, płaszcząc się ze spuszczoną głową.

Widzę tacę z herbatą. Nawet tę tacę z herbatą należy przynieść mężczyznom, pełzając, licząc kroki, ze zgiętym karkiem i w komplet­nej ciszy. Nie wolno mówić. Wolno tylko odpowiadać na pytania. W południe jemy słodzony ryż, warzywa z kurczakiem lub baraniną. I zawsze jest chleb. Jedzenie jest zawsze, nigdy go w naszej rodzinie nie brakuje. Było też dużo owoców. Po winogrona wystarczyło pójść po pro­stu na taras. Były pomarańcze, banany i przede wszystkim czarne i zielone figi. A kiedy się po nie chodziło wczesnym rankiem... to wspomnienie, którego nigdy nie zapomnę. W chłodzie nocy otwie­rały się troszeczkę i ściekał z nich nektar smaczny niczym miód, najczystszy na świecie smakołyk.


Przy baranach praca była bardzo ciężka. Wyprowadzać je, zapro­wadzić na pole, pilnować, strzyc wełnę, którą potem mój ojciec za­woził na targ. Brałam barana za nogi, przywiązywałam i cięłam wełnę wielkimi nożycami. Były za duże na moje ręce i po chwili wszystko mnie bolało. Doiłam również owieczki, siedząc na ziemi. Własnymi udami otaczałam jak kleszczami ich nogi i ciągnęłam mleko, z którego robi­liśmy sery. Pozostawiało się także mleko do wystudzenia i piło je ta­kie naturalne, tłuste i pożywne. W domu mojego ojca ogród dawał prawie wszystko, co potrzebne do jedzenia. I robiliśmy wszystko sami. Ojciec kupował tylko cukier, sól i herbatę. Rano przygotowywałam herbatę dla dziewcząt, brałam trochę oli­wy z oliwek na talerzyk, obok kładłam oliwki i gotowałam wodę w kociołku na żarze w piecu do wypiekania chleba. Sucha zielona herbata znajdowała się w torbie z beżowego materiału, w kącie kuch­ni, na podłodze. Zanurzałam rękę w tej torbie, biorąc jej garść, i wrzu­całam do czajnika, dodawałam cukru i szłam do ogrodu po kociołek z wrzątkiem. A że był gorący i bardzo ciężki, z trudem niosłam go w dłoniach. Z wygiętymi plecami, aby się nie poparzyć, wracałam do kuchni i wlewałam wodę do czajnika, powolutku, na herbatę i cukier. Cukier był drogocenny. Wiem, że gdybym upuściła kilka ziarenek na podłogę, dostałabym lanie. Więc bardzo uważałam. Jeśli byłam nie­zręczna, nie mogłam go zamieść, ale musiałam zebrać i wrzucić do czajnika. Następnie moje siostry przychodziły jeść, ale ojciec, matka i brat nigdy nie jedli razem z nami. Na obrazie, jaki rysuje moja pamięć, kiedy pijemy poranną herbatę, widzę zawsze tylko siostry. Usiłuję sobie przypomnieć, ile wtedy mogłam mieć lat, ale to trudne. Najstarsza, Noura, nie była jeszcze mężatką?



Nie jestem w stanie poukładać swoich wspomnień w jakiejś chronologii wiekowej, sądzę, że moja pamięć prawidłowo opisuje jakieś dwa, trzy lata, pamiętam też nieco czasy, kiedy moja siostra Noura wychodziła za mąż. Myślę, że miałam wtedy około pięt­nastu lat. Tak więc w naszym domu jest nadal siostra Kainat, która jest star­sza ode mnie o rok i jeszcze nie wyszła za mąż, i siostra młodsza ode mnie, której imienia nie mogę sobie przypomnieć. Powinnam ją jakoś nazwać, by móc o niej opowiedzieć, dam więc jej na imię Hanan, ale niech mi wybaczy, to z pewnością nie jest jej prawdziwe imię. Wiem, że zajmowała się dwiema przyrodnimi siostrami, które mój ojciec za­brał do domu, kiedy opuścił ich matkę, a swoją drugą żonę, Aishę. Widziałam tę kobietę i nie czułam do niej niechęci. To, że ojciec wziął ją sobie, było rzeczą normalną. Zawsze chciał mieć synów, ale z Aishą też mu nie wyszło, urodziła mu tylko córki, jeszcze dwie cór­ki! Wtedy ją zostawił i przyprowadził owe dwie siostrzyczki do na­szego domu. To też było normalne. Wszystko było normalne w tym życiu, tak jak uderzenia laską i cała reszta. Nie wyobrażałam sobie, że może być inaczej. Myślę, że w mojej głowie nie pojawiły się jakiekol­wiek marzenia ani nie zaświtała żadna konkretna myśl. Nie miałyśmy żadnej zabawki, żadnej gry, jedyne, co znałyśmy, to posłuszeństwo i poddanie.

Tak więc obie dziewczynki pozostały razem z nami. Hanan prze­bywała w domu, by się nimi zajmować, tego jestem absolutnie pew­na. Ale ich imiona... one także, niestety, wyleciały całkowicie z mojej pamięci. Nazywałam je zawsze „małymi siostrami"... W moich pierwszych wspomnieniach mają one około pięciu i sześciu lat, i jesz­cze nie pracują. Są pod opieką Hanan, która bardzo rzadko wychodzi z domu, chyba że w wyjątkowych wypadkach, na przykład w porze zbierania jarzyn. W mojej rodzinie dzieci rodziły się mniej więcej co roku. Matka wyszła za mąż w wieku czternastu lat, ojciec był od niej znacznie starszy. Urodziła wiele dzieci. Razem chyba ze czternaścioro. Pozo­stało pięcioro żywych. Bardzo długo nie mogłam zrozumieć, co oznacza te czternaścioro dzieci... Pewnego dnia ojciec mojej matki mówił o tym, kiedy podawałam herbatę. Jeszcze do tej pory słyszę w uszach wypowiedziane przez niego zdanie: „To dobrze, że wyszłaś młodo za mąż, mogłaś urodzić czternaścioro dzieci... no i mieć syna, to bardzo dobrze!".

Nie mogłam chodzić do szkoły, ale umiałam liczyć barany. Mo­głam więc policzyć na palcach, że było nas pięcioro dzieci, które wy­szły z brzucha mojej matki: Noura, Kainat, ja - Souad, Assad i Hanan. Gdzie były pozostałe? Matka nigdy nie mówiła, że umarły, ale to by­ło możliwe, bo powtarzała często: „Mam czternaścioro dzieci, z cze­go siedmioro żyje". Zakładając, że doliczała do nas przyrodnie sio­stry, ponieważ nigdy nie mówiliśmy „przyrodnie siostry", ale po pro­stu „siostry". Więc rzeczywiście było nas siedmioro... Brakowało za­tem siedmiorga pozostałych. A jeśli nie liczyła przyrodnich sióstr, to znaczy, że brakowało dziewięciorga?

Pewnego dnia zobaczyłam przypadkiem, dlaczego było nas w do­mu tylko siedmioro czy pięcioro... Nie umiałabym powiedzieć, ile wtedy miałam lat, ale nie byłam jeszcze dojrzała, tak więc nie miałam jeszcze dziesięciu. Starsza ode mnie Noura była razem ze mną. Zapomniałam o bardzo wielu rze­czach, ale to, co zobaczyłam wtedy na własne oczy, sterroryzowana, pozostanie w mojej pamięci do końca życia, bo to była zbrodnia. Widzę matkę, leżącą na podłodze, na baraniej skórze. Rodzi i jest przy niej nasza ciotka Salina, siedzi obok na poduszce. Słyszę krzyki mojej matki i noworodka, matka w największym pośpiechu bierze ba­ranią skórę i dusi maleństwo. Klęczy na kolanach, widzę, jak noworo­dek rusza się pod przykryciem, a potem jest koniec. Nie wiem, co dzieje się potem, dziecka już nie ma i to wszystko, ogarnia mnie prze­rażający strach.


To musiała być dziewczynka, skoro matka ją udusiła zaraz po uro­dzeniu. Widziałam, jak robiła to po raz pierwszy, potem po raz drugi, nie jestem pewna, czy widziałam po raz trzeci, ale już wiedziałam. Słyszałam także, jak moja najstarsza siostra Noura mówi do matki: „Jeśli będę rodzić dziewczynki, zrobię jak ty..." A więc w ten sposób matka pozbyła się pięciu czy siedmiu có­rek, które urodziła oprócz nas, a z pewnością po Hanan, ostatniej, która została przy życiu. Było na to przyzwolenie, było to czymś normalnym i nikomu nie powinno przysparzać problemu. Nawet mnie, chociaż zetknęłam się z tym po raz pierwszy i tak bardzo się bałam.

Te małe dziewczynki, które zabijała moja matka, były w jakiś spo­sób częścią mnie samej. Zaczęłam płakać w ukryciu za każdym ra­zem, gdy mój ojciec szedł zabić barana czy kurczaka, bo drżałam o własne życie. Śmierć zwierzęcia, czy też noworodka, tak prosta i zwyczajna dla moich rodziców, wywołała przerażenie, że ja także zniknę zupełnie jak one, równie prosto i szybko. Mówiłam sobie:

„Pewnego dnia przyjdzie kolej na mnie albo na moją siostrę, mogą nas zabić, kiedy zechcą. Duża czy mała, nie ma żadnej różnicy. Sko­ro dają nam życie, mają też prawo nam je odebrać".

Jeśli mieszka się z rodzicami w takiej jak moja wiosce, zawsze to­warzyszy temu lęk przed śmiercią. Bałam się wspiąć na drabinę, kie­dy mój ojciec stał pod nią na dole. Bałam się piły, którą piłował drew­no, bałam się studni, kiedy szłam po wodę. Bałam się, kiedy ojciec nadzorował powrót baranów i był razem z nami w stajni. Bałam się trzaskania drzwi w nocy, bałam się uduszenia baranią skórą, która słu­żyła mi za łóżko.
Czasami, gdy wracałyśmy z pola, Kainat i ja, trochę o tym rozma­wiałyśmy:

A jeśli po naszym powrocie do domu wszyscy będą nieżywi...? Jeśli ojciec zabił matkę? Wystarczy rzucić kamieniem! Co wtedy zro­bimy? Ja się modlę za każdym razem, kiedy idę po wodę do studni, bo ona jest bardzo głęboka. Mówię sobie, że gdyby ktoś mnie popchnął do środka, nikt by się nie domyślił, co się ze mną stało! Możesz sobie umierać tam na dole, nikt po ciebie nie przyjdzie. Ta studnia była dla mnie prawdziwym horrorem. A także dla mo­jej matki, dobrze to czułam. Bałam się również wąwozów, gdy zbie­rałam w grupę kozy i barany. Rozglądałam się wokół siebie, myśląc, że ojciec mógł się ukryć gdzieś w pobliżu i przyjdzie zepchnąć mnie w pustkę. Dla niego byłoby to proste, gdybym zleciała na dno wąwo­zu, na pewno bym nie przeżyła. Można było nawet zrzucić na mnie kilka kamieni, znalazłabym się już w ziemi i tam pozostała.

Możliwość śmierci naszej matki zaprzątała nam umysł bardziej niż zniknięcie którejś z sióstr. Siostra... przecież są jeszcze inne...Matka była często bita, tak jak my. Czasami próbowała nas bronić, kiedy bił nas zbyt mocno, więc zabierał się za nią, przewracał na ziemię i ciągnął za włosy. Nasze codzienne życie było naznaczone więc możliwością śmierci każdego dnia. Mogła przyjść z byle powodu, z zasko­czenia, po prostu dlatego, że ojciec tak zadecydował. Tak jak matka decydowała o uduszeniu swoich nowo narodzonych córek.


Była w ciąży, a potem już nie była, nikt nie stawiał zbędnych py­tań. Nie miałyśmy kontaktu z innymi dziewczętami ze wsi. Mówiły­śmy sobie tylko dzień dobry i do widzenia. Poza ślubami nigdy nie przebywałyśmy razem. A i wtedy rozmowy były banalne. Rozmawia­łyśmy o jedzeniu, o pannie młodej i innych dziewczynach, czy są brzydkie, czy ładne... o jakiejś kobiecie, która miała szczęście, bo by­ła umalowana.

Tylko na nią popatrz, ma wyskubane brwi... Ma ładnie obcięte włosy. Och, a tamta ma na nogach buty!

To była najbogatsza dziewczyna we wsi, nosiła haftowane papu­cie. My chodziłyśmy boso po polach, w stopy wchodziły nam kolce i trzeba było siadać na ziemi, żeby je stamtąd wyjąć. Matka też nie miała butów, moja siostra Noura wychodziła za mąż boso. Tak brzmiały najważniejsze zdania naszych rozmów podczas ślubów, bra­łam udział w dwóch czy trzech takich ceremoniach. Czymś niewyobrażalnym było poskarżyć się na to, że jest się bi­tym, bo stanowiło to coś naturalnego. Nie rozmawiało się o noworod­ku, żywym czy martwym, chyba że kobieta urodziła syna. Jeśli syn pozostawał przy życiu, była to chwała dla niej i dla całej rodziny. Je­śli umarł, opłakiwano go - co za nieszczęście dla niej i dla rodziny! Liczą się samce, nie samice. Tak więc zupełnie nie wiem, co działo się z dziewczynkami udu­szonymi przez moją matkę. Czy gdzieś je grzebano? A może dawano psom na pożarcie?... Matka ubierała się na czarno, ojciec także. Każ­de narodziny dziewczynki były czymś w rodzaju pogrzebu w rodzi­nie. Jeśli kobieta rodziła same dziewczynki, zawsze była to jej wina. Tak myślał mój ojciec, a z nim cała wioska.



W mojej wiosce mężczyźni, stając przed wyborem między dziew­czyną a krową, wybierali krowę. Mój ojciec powtarzał nam nieznuże-nie, ile tak naprawdę jesteśmy warte: 
„Krowa daje mleko i daje ciela­ki. Co się robi z mlekiem i cielakami? Sprzedaje się je. Do domu przy­nosi się pieniądze, co oznacza, że krowa świadczy rodzinie usługi. A dziewczyna? Jakie usługi czyni ona rodzinie? Żadne. A barany, co one przynoszą do domu? Wełnę. Wełnę się sprzedaje i przynosi do domu pieniądze. Owca rośnie, rodzi inne jagnięta, daje mleko, robi się sery, sprzedaje się je, a pieniądze przynosi do domu. Krowa czy baran jest więcej warta niż córka". 

A my, córki, byłyśmy o słuszności tego przekonane. Zresztą kro­wa, owca czy koza były o wiele lepiej traktowane niż my. Krowa czy owca nigdy nie były bite! Byłyśmy także przekonane, że córka naprawdę jest problemem dla swojego ojca, bo on zawsze się boi, czy wyda ją za mąż. Kiedy jest już mężatką, to nieszczęście i wstyd, gdy ucieka od męża, który ją maltretuje, gdy ośmiela się wrócić do domu rodziców. A kiedy nie jest zamężna, ojciec boi się, że zostanie starą panną, bo wówczas cała wio­ska będzie o tym gadać i dla rodziny to prawdziwy dramat. Kiedy sta­ra panna kroczy ulicą z ojcem czy matką, wszyscy się jej przyglądają i szydzą. Jeśli skończyła już dwadzieścia lat i nadal mieszka z rodzi­cami, to nie jest to normalne. Każdy uznaje reguły zamążpójścia naj­starszej, a potem kolejnych, według starszeństwa. Ale skończona dwudziestka... nikt już niczego nie uznaje. Nie wiem, jak to się odby­wało w innych miastach mojego kraju, ale w mojej wiosce było wła­śnie tak.


Kiedy zniknęłam z wioski, moja matka musiała mieć mniej niż czterdzieści lat. Urodziła dwanaścioro lub czternaścioro dzieci. Pozo­stało jej pięcioro czy siedmioro. Czy udusiła pozostałe? To nie miało znaczenia. To było po prostu „normalne".

Cdn...


Popularne posty z tego bloga

"Wędrówka Dusz" - dr Michael Newton. "Śmierć nie jest ciemnością, lecz światłem". Część I

"Ulecz się sam" - Andrzej Żak. Część II - Wolność jest jak zdrowie: uzyskuje wartość i stajemy się jej świadomi tylko wtedy, gdy ją tracimy...

Mitologia Indyjska: Mit o powstaniu świata, Bogini Matce i wojnie bogów!