"Opowieści z Lechickich Pól" ~ Włodzimierz Piotrowski (wybrane fragmenty). Część I



~  Opowieść mojej babki - o tym, jak bóg Świętowit stworzył był w czas równania dnia z nocą boginkę Sobótkę, o sobótkowych świątkach i o bezecności rosiczki, która miłej bogince szatki wyjadała, gołą na śmiech ludzki ją wystawiając; i o tym, jak to bóg Świętowit rosiczkę był pokarał...  ~



Wiele plotła nam babcia nasza o ziołach cudownych. Baje te wiekowe były i każda z nich miała dziesięć albo i więcej kroć lat od naszej babci. Zawsze pytaliśmy ją:
~ A skąd babcia to wszystko zna?

~ A bo, widzicie, mnie te baje moja babcia opowiadała, a mojej babci jej babcia, a tamtej jej babcia... A jeszcze dawniej to te baje nie były bajami. Były prawdą. A no były, bo ludzie wierzyli w nie święcie.
Najbardziej lubiła nam babcia opowiadać o różnych dziwnych roślinach. Jak powstały z woli dawnych bogów i jak sobie niezwyczajnie na tym naszym padole łez poczynały. Kiedyś opowiadała nam o rosiczce, zwanej też poetycznie błyskołapką, a gminnie - lepką. A było tak.

Na Śląsku, kędy Świętowit trzy góry święte usypał [powiązne: Link*], na najwyższej z nich wyznaczył miejsce dla istoty, która byłaby najpiękniejsza, najmilejsza i najlepsza. Żeby każda dziewczyna chciała się do niej upodobnić. Miała to być boginka wdzięku, kwiatów i porannej rosy. Świętowit umyślił, że boginka ta powinna powstać z wonności ziół i ognia. Przez to wybrał jako porę na jej stworzenie najlepszą Kupalnockę. Był bowiem taki święty wieczór raz w roku, kiedy dziewczęta wybiegały na pagórki, nad wodę i do dąbrowy i głowy umaiwszy wiankami brały się za ręce, śpiewały, pląsały i paliły zioła w ogniskach. Tak było, a gdzieniegdzie, jak wiecie, jeszcze jest.

A to było święto letniego zwrotu słońca i przypadało na nockę pomiędzy dwudziestym trzecim a dwudziestym czwartym czerwca, zwanego w pradawnych czasach - czerwieniem. Przepędzano też wtedy przez ogień bydło domowe, co skutecznie miało odganiać grady, choroby i pomór trzody. Tu gwoli ścisłości powiedzmy, że nie wszystkie dziewczyńskie i chłopięce pieśni, które spod dąbrów i wód biegły ku Świętowitowi do obłoków, podobały się bogom słowiańskim na równi. Mniej podobała mu się, dla przykładu, owa pieśń: "maga, maga, pieraga, stłukła dupę o skorupę, hyc! - ni ma nic!"

A zatem postanowił Świętowit stworzyć nową boginkę, pannę zielną, która miała być przedostatnią z dwunastu panien niebieskich. Postanowiwszy to wybrał z dziewcząt, które mieszkały podle góry Ślęzy, najdorodniejsze i najweselsze. Najsamprzód kazał im zażyć pierwszej owego roku kąpieli, a kiedy już były czyste jak łza, nakazał im wdziać najbarwniejsze spódnice i zapaski, przystroić się w kwiecie czerwienne i przypiąć srebrne kabłączki.

Potem cały korowód ruszył na górę Ślężę, zbierając pod drodze zioła wskazane uprzednio przez Świętowita. A były pośród tych ziół: dziewanna, ruta, macierzanka i właśnie rosiczka, która w takim jak raz czasie na łące nad ruczajem kwitła i śniła tylko o tym, żeby jak najwyżej wybujać i jak najbliżej znaleźć się słońca, gdyż spostrzegła, że właśnie na słonecznej tarczy najwięcej złotych muszek w kręgu tanecznym igra. A więc zrywały dziewczęta zioła, lecz że rosiczka sama im się garnęła do rąk, zebrały jej kłączy, czego się być może Świętowit nie spodziewał, mnóstwo największe.

Kiedy uzbierały ziół pełne naręcza, wdrapały się na górę, gdzie już z woli boga święty ogień zapłonął. Tam zanuciły pierwszą z obrzędowych pieśni:

"Tam na górze ogień gore,
nocel moja, kopiel moja.
Na tej górze dwoje drzewa,
nocel moja, kopiel moja.
Jedno drzewo, hoże drzewo,
nocel moja, kopiel moja..."

 A potem przyśpiewały wtórą pieśń-modłę, o zachowanie krasy dziewczęcej:


"Zeb'nie przyleciała ta raba zieziula, hej, daj nam.
Zeb'nie uchopiła panieńskiej krasy, hej, daj nam.
A dziewczęca krasa, warkoczyk do pasa, hej, daj nam.
Wianek na główeńce, pierścień na rączeńce, hej, daj nam..."


Aż oto kiedy tak śpiewając podeszły do ognia świętego całkiem blisko, nagle spostrzegły, że tuż nad dymem unosi się piękna panna, którą otula płaszcz tkany ze złotych muszek, a te muszki weseliły się, bujając wraz z nawietrzną pannicą, nad trzaskającym ogniem. Dziewczęta nie namyślając się wrzuciły do ognia zebrane zioła, by ich wonnościami skusić zjawioną, żeby na ziemię zeszła. A wtedy znad chmur odezwał się głos dźwięczny:
~ Dla uświęcenia dnia tego, który jest dniem sobotowania, a więc wytchnieniem od trudów, daję ci imię Sobótka!
Dziewczęta stały jak oniemiałe i wpatrywały się w piękną boginkę. Tę właśnie chwilę wykorzystała jednak chytra, pażerna rosiczka i przylgnęła mocno, najmocniej jak mogła do muszego płaszcza Sobótki. Oj, znamy my dobrze ladaco rosiczkę! Po to tylko ona stroi swoje listki w błyskotki, a kwiaty w barwy miodowe, żeby zwabić muszki, żuczki, nawet pszczoły i pożerać je. Ale o tym nie wiedziała Sobótka, która tylko co została stworzona. Wzruszyło ją owo niespodziewane przywiązanie pięknej rosiczki do jej osoby. Pomyślała:
~ Jak ona mnie kocha!
I odezwała się dzwonnym głosem rzewnie spoglądając na wybujałą rosiczkę:
~ Zostań przy mnie.



Tak oto rosiczka na świętej górze została. Ale o tym nie teraz jeszcze opowiemy, bo tymczasem cudna Sobótka pląsała z dziewczętami do późna w noc. Potem one zbiegły do ruczaju i wianki rzucały na wodę, a wianki wśród śmiechów i pląskań w dłonie płynęły lekko i chyżo. Znak, że dziewczęta tego roku jeszcze wydadzą się za mąż.

Sobótka napatrzywszy się do syta na kwietny korowód z powrotem poszybowała na szczyt, bo na szczycie dalej jeszcze trwało świątko, tyle że drzewa tam teraz pląsały. Był to bowiem czas radosny nie tylko dla ludzi, lecz dla wszystkiego co żyje.

Kiedy północka minęła, wokół watry wzięły się w pół niedźwiedzie i wiodły w tan swoje niedźwiedzice brzemienne. Nieco dalej od ognia pląsały skakanego rysie i żbiki, jeszcze dalej, bo za granicą cienia, wilki młynkowały parami, bo wszystko się raptem w pary brało, kiedy jarz chłodna końca dobiegła i lato miało zagrać świerszczową kapelą.

Potem na danym przez boginkę znak pierzchły drapieżce, a w krąg ognia wkroczyły sarny, jelenie i muflony-rogate i dalej trwał taneczny korowód, do którego dołączyły się odyńce i łochy baniaste.

Tańcowały kuny leśne i borsuki, wydry i gronostaje, tańcowały jeże i koszatki, zające i myszy polne. Wyżej, ponad czołem boginki - ubranej w brzęczącą szatkę ze złotych muszek, zdobną koronką z zielonej rosiczki - kołowały nietoperze, sowy-pójdźki i puchacze. Pośród ziela i traw tańcowały pokracznie żaby i cały rodzaj robaczy.

Niżej zasię nad ruczajem i po pagórkach całą tę noc bez przerwy baraszkował rodzaj ludzki. Browarze wytoczyli co bardziej zmurszałe antały i stągwie, w owe to stągwie wlewali smołę i zapalone staczali z pagórków do wody. Kołodzieje oplatali koła swych wozów słomą i w zawody z warzypiwcami puszczali owe pociesznie kołujące fajerwerki. Dzieciarnia uganiała z płonącymi na kijach wiechciami, a najsędziwszy w siodle starzec podpalił na słupie chochoła i wtedy podjęła chodzonego i poczęła śpiewać grubymi głosami starszyzna.




I tak trwała palinocka sobótkowa na niebie, na ziemi. Stare kobiety poszły, jak bardzo dobrze wiecie, w tę noc do boru, aby narwać kwiatu paproci, ale go nie znalazły, a to z całkiem zwyczajnej przyczyny: przez to, że Świętowit zapomniał go stworzyć. I staruchy zresztą wiedziały, że go nie znajdą, ale za to z nocnej łazęgi przynosiły naręcza szczególnie rarytaśnych ziół, które w tę noc zebrane, silniej niż w jakąkolwiek inną lekowały. W tym piołunu, rumianku, dziurawca, naparstnicy, a chciały i rosiczkę... Ba, i właśnie.

Otóż tej nocy, kiedy Świętowit stworzył był Sobótkę, najbieglejsze nawet znachorki nijak nie mogły znaleźć tego lekowego, a na niektóre boleści wprost cudotwórczego kwiatu. Kiedy rozpowiedziały o tym dziwie, ludzi strach obleciał. Lek z niego był, jak powiedzieliśmy już, cudotwórny, zatem bano się, czy to aby nie sprawka Czarnoboga, który jakieś niespodziewane choróbska widać ludziom gotując skradł ten lek zawczasu dla tym większego nieszczęścia. Wielki gomon tedy powstał i co strachliwsi pozatykali nawet rankiem dźwierze na kołki lipowe i brzozowe...

Rosiczka - o czym strachliwcy nie wiedzieli, ale my już wiemy, samochcąc uciekła z mokrości leśnych, albowiem rozgościła się na gźle Sobótki, koronkę, a razem i przyjaciółkę boginki udając, i wczepiwszy się w ową szatkę chwytała a to muszkę, a to motylka, boginka zaś w głowę zachodziła, skąd biorą się dziury w jej tkaniczce, cudnej a lotnej. Co rana musiała zwoływać coraz to nowe muszki, boć przecież nie mogła świecić dziurami jak kocmołuch. Zaś rosiczka rozrastała się z dnia na dzień. Miała teraz tysiące łap żernych i tyle już tych muszek pożerała, że - pewnego ranka - aż wstyd powiedzieć - kiedy piękna boginka zbudziła się z rozkosznego snu, spostrzegła że jest goła jak święty turecki, co przecież nie uchodzi nawet zwykłym dziewuchom, a co dopiero boginkom. Co gorzej, obaczyła, że nie jest sama, gdyż obok, w gęstych paprociach przykucnął szczeciobrody i kuternogi Dziw i wodzi po niej od stóp do głów oczyma, zaś oczy mu się świeciły jak chrobotki świętojańskie czy nawet wilkołacze ślepia. Pisnęła boginka, mocno zesromana, i oblała się rumieńcem jak różyczka, usiłując to i owo u siebie zasłonić ręką. Trochę jej się zasłanianie udało, ale nie całkiem.
~ A pójdziesz! - krzyknęła i tupnęła na Dziwa nóżką, a potem dalej rozpaczać.
I miała czego, bo Dziw co prawda uciekł, gdzie pieprz rośnie, natomiast w jego miejsce napatoczył się podchmielony Belina, opiekun Chmielu i chmielników, którego zejście z niebiosów właśnie wymodliły piwowary, a to z przyczyny jakowejś zarazy, która spadła na kadzie z piwem.

Belin, zamiast na nieszczęście szukać sposobu, najpierw gapił się w boginkę jak sroka w gnat, a potem rechocząc i bijąc się z uciechy po udziech, zbiegł z góry do swych pokłonników i przywiódł zaraz na szczyt uczmeranych browarzy, aby napaśli ślepia uciesznym widokiem, nie bacząc, że takie podglądanie przez śmiertelnych bogini na golasa jest profanacją.




Rozpaczy Sobótki nie sposób sobie wyobrazić. Lamentowała wniebogłos oskarżając o złośliwy rabunek szatki już to dziwożony, już samego sprośnego Belina. Stan jej był tym żałośniejszy, że jak na złość poranek wypadł dość chłodny i boginka dostała trzęsiączki i kasłała jak stary woźnica.

Rada nie rada, wezwała ksienię pszczół na ratunek. Pszczela ksieni, zaszczycona wezwaniem złożyła bogince hołd i z miejsca wzięła się do dzieła. Rodem władała przeogromnym, a spady i wrzosowiska zapewniły jej sute w miody przezimowanie. Owad pracowity otoczył boginkę złotobarwnym zawojem, a ten spięła sobą jak broszą na piersiach Sobótki sama ksieni. W tym odzieniu boginka udała się do codziennych zajęć, opatrywaczki ziół i zbieraczki rosy.

Następnego ranka jednak znów powtórzyło się to samo nieszczęście. Płaszcz pszczeli zniknął, ale teraz wreszcie już Sobótka spostrzegła i pojęła, jaki to zbrodzień morduje owady i ją samą bezwstydnie obnaża. Oto w zabójczych łapach obmierzłej rośliny tkwiły zamordowane pszczoły, wśród nich sama ksieni. Wiele pszczół zmagało się jeszcze z rośliną, żądląc i wzajem zatruwając kwiatowego potwora. Ostatek roju wirował nad pobojowiskiem i unosił ze sobą wszystkie dostrzeżone nasiona swojej prześladowczyni. Po chwili boginka wyrozumiała, że pszczoły rzucają je w przepaść, gdzie na samym dnie czerni się ogromne torfowisko.

Sobótka załamała dłonie i zapłakała, tym razem już nie ze zgrozy nad sobą, lecz z żalu nad bezwinnie pomordowanymi. Nie zważając na całkowity brak odzienia udała się w chmury do Świętowita. Błagała go najusilniej, żeby przywrócił życie ksieni i orszakowi jej służebnic. Świętowit spełnił bezzwłocznie prośbę boginki, ale ta już nie powróciła na ziemię, gdzie zło lęgnie się nawet i w bujnym kwiecie. Pozostała pośród obłoków i unosi się tam i dziś w lekkim kożuszku z białych baranków.

Ale przecie piękna opiekunka kwiecia, ziół i srebrzystej rosy zstępuje raz do roku na ziemię. Właśnie w radosne świątko sobótek. Dojrzeć ją łatwo możecie, jak unosi się ponad płomieniem bądź też żeglującymi w światłach wiankami. Towarzyszy też, niewidzialna dla oka, tym wszystkim, co zapuszczają się w leśne ostępy po kwiat paproci, którego nie ma i nie będzie nigdy, albowiem Świętowit zapomniał go stworzyć - ale błogo jest pomarzyć, że on tam kwitnie i może przyniesie znaleźnikowi rzecz niebywałą na tym świecie - szczęście.

Zła zaś rosiczka nie opuszcza odtąd brzydko woniejących bagien, niepomiernie wychudła i ciągle jest złakniona. Owady stronią od niej, a torfy za karę dają jej korzonkom pożywienie najlichsze z lichych. Ludzie czasem zrywają ją dla odpędzenia niektórych chorób, ale rzadko. Krwiożercza roślina nie ma już nigdy możności uczepienia się panny sobótkowej sukienki.

I to wam jeszcze na koniec tej mojej bajędy powiem, że najlepsze z dobrych na wszelkie choróbska, łamanie, strzykania, złokaszle są owe to rośliny: ruta, macierzanka, dziewanna i dziengiel. Na trudy zaś swadziebne mocny jej mirt i storczyk, i ziele o nazwie przedziwnej: świnia-wesz*.

Na tym kończy się powieść, którą mogłem wam tu napisać dla pożytku waszego moralnego - dzięki mowności, pletliwości i pamięci nieboszczki babki.


___________________________________


Tekst pochodzi z książki: "Opowieści z Lechickich Pól"
~ Włodzimierza Piotrowskiego

Wydawnictwo Łódzkie
Łódź 1975

Popularne posty z tego bloga

"Ulecz się sam" - Andrzej Żak. Część II - Wolność jest jak zdrowie: uzyskuje wartość i stajemy się jej świadomi tylko wtedy, gdy ją tracimy...

Mitologia Indyjska: Mit o powstaniu świata, Bogini Matce i wojnie bogów!

"Myśli" - Seneka. Część VII