"Pod panowaniem Słońca" ~ Włodzimierz Sedlak. Światło - rzeźbiarz myśli?



Nie wiadomo, czy hominid wydumał sen o sobie przy rozpalonym ognisku, czy odkrył wcześniej siebie, a ogień był pierwszym sprzymierzeńcem istoty, która miała odwagę porzucić zwierzęcy świat. Nie wiadomo, czy patrząc w jasny krąg ciepłego światła wyczuł drgające chwile czasu przyszłego i nagle odkrył siebie. Ciepłe światło dawało otuchę w zimną noc czwartorzędową, ogień stwarzał krąg bezpieczeństwa, jakby jego blask zataczał jasną granicę, której nie śmiały przekroczyć dzikie zwierzęta. Człowiek porzucił zwierzęcy lęk przed ogniem i zawarł wieczysty z nim sojusz. Poza barierą ognia została reszta zwierząt. Żadne więzy plemienne nie łączyły tak ściśle jak ten jasny krąg. Poza nim było ciemno, zimno, tajemniczo i nieswojo. Człowiek odkrył strach przewidywania być może przy okazji lęku, by dobry ogień nie wygasł. Zapewnienie ognisku ciągłej egzystencji stało się codzienną troską człowieka.

Kiedy nie zna się jeszcze ognia, nie rozumie się słońca. Kiedy patrzy się na już dogasające ognisko, można przypomnieć sobie zachód słońca. Lecz kto słońce gasi? Dorzucenie drew do ledwo tlących się popiołów powoduje, że ogień strzela jak podczas wschodów słońca. Kto czy co rozjaśnia i przygasza słońce? Czy podobnie rzecz się ma jak z płonącym ogniskiem? Wspinanie się po szczeblach analogii było najkrótszą drogą od dostrzegalnego szczegółu do abstrakcji. Między jednym i drugim szczeblem poznania były tysiąclecia rozwijania niewprawnej w myśleniu kory mózgowej. Ale raz obrana droga nie została porzucona. Jest ona właściwa temu gatunkowi.

Poznanie światła w historii życia ludzkiego było miarą postępu myśli. Glina położona w pobliżu tego światła stawała się skamieniała, naczynia utwardzone w ciepłym świetle wytrzymywały uderzenie, a uderzone wydawały dźwięk.

Mijały tysiąclecia, aż człowiek zauważył, że pewne kamienie rzucone w ogień topiły się i wylewały błyszczącą strugą, która przejmująco świeciła. Potem metal stawał się twardy, dawał się wyklepywać, dobrze rąbał i ciął jako siekiery i miecze. Łatwo je można było odlewać w formach zrobionych z gliny i piasku. Przyszedł okres brązu. Gdzieś niewiadomy człowiek znalazł czerwony kamień zwany później hematytem, wrzucając go do ognia ujrzał jasny metal, narzędzia z niego były dużo lepsze od brązowych. Narodziła się epoka żelaza. Był wiek VII p.n.e.



Nie było metalurgii, był kunszt łączenia ognia z niektórymi kamieniami. Pracownicy gorącego światła cieszyli się zawsze dużym poważaniem, pełnili niekiedy funkcje kapłańskie. Ich umiejętności były niedostępne ogółowi społeczności plemiennej. Etnografia jeszcze do niedawna notowała wyjątkowe stanowisko społeczne kowali. Pozycja manipulatorów przy ogniu i wytopie była nie tylko poważna u Hetytów i Celtów, ale zapewne we wszystkich grupach społecznych Europy, Afryki i Małej Azji.

Nie wiadomo, kiedy powstało pojęcie światła jako „emanacji” ognia, tym samym Słońca, Księżyca i gwiazd. Pierwsze doświadczenie rozdziału ognia i światła uczynił zapewne człowiek późnego paleolitu zatrzymując blask ognia na swej dłoni. Poza tym czymś była czarność cienia. Ogień płonął dalej. Na dłoni trzymał zaś coś wysłanego przez ogień - światło. Byłaby to pierwsza abstrakcja, podstawowa dla dalszego rozwoju myśli. Światło zaczęło ważyć, jak to dopiero po zakolu setek tysięcy lat stwierdził Aleksander hrabia Chodkiewicz w Rozprawie o ciężarze światła wydanej w Wilnie 1837 roku. Światło położyło się swoim znaczącym ciężarem na świadomości człowieka. Było przeznaczeniem człowieka.

Odkrycie światła było tak owocne w następstwie jak odróżnienie masy i siły na nią działającej, magnesu i pola magnetycznego oraz ładunku otoczonego polem elektrycznym. Światło było czymś, co otacza ogień, Słońce, Księżyc, gwiazdy. Światło stawało się promiennym gońcem tamtych rzeczy. Pierwszy krok ku wyodrębnieniu światła zagubił się w niepamięci. A może co innego - człowiek zaczął się stawać notorycznym odkrywcą, kiedy raz spróbował z powodzeniem odkrycia siebie i tego, co może dopiero nastąpić. „Spionizowanie” postawy uwolniło nie tylko ręce, ale w jakiś sposób zmobilizowało głowę do myślenia. Człowiek zaczął „podnosić” głowę, i to dumnie, jak się okazało, przestrajając cały system odbierania bodźców z otoczenia. W głowie przecież znajdują się ośrodki kory prążkowanej odbierającej i transformującej reakcje fotochemiczne widzenia. W mózgu znajduje się magazyn doznań wzrokowych w płatach skroniowych. Całą sumą tego, co organizm odbiera ze świata zewnętrznego, dysponuje przysadka mózgowa, tylko mechanizmy tego rozrządzania nie są znane.

Nie wiadomo, czy „spionizowanie” postawy było pięciem się ku światłu, jak u roślin? Nie poszukujemy nigdy analogii między człowiekiem i rośliną. Na odcinku światła wydaje się to możliwe. Czy „fotosynteza” myśli jest jego przeznaczeniem? Mielibyśmy wówczas fotosyntezę intelektualną, tak istotną dla rozwoju człowieka. Zwrot, przypadek czy najprawdziwsze zdarzenie, z którego zwierzęta wypadły, ewolucyjnie przestały dążyć do światła, w ostatnim swym przedstawicielu rzędu Naczelnych wróciły znowu na świetlany szlak, tylko w innej postaci, całkiem oryginalnej.

Fotosynteza myśli...




To nie przypadek, że pierwsze kroki kultury i abstrakcji były związane z ciepłem i światłem ognia. Czy pod wpływem „gorącego” światła zmieniała się tylko glina w dźwięczną ceramikę, ruda zaś dawała metal? A może wpływ światła jest bardziej istotny dla człowieka niż dostarczenie cywilizacyjnego ekwipunku? Być może natura przygotowała go do tej sytuacji rozwojowej umysłu, dając przy „spionizowaniu” postawy inne zbalansowanie głowy, w następstwie skrócenie twarzoczaszki, pionowe uwydatnienie czoła, wydłużenie całej czaszki. Odpowiednio wykształcić się musiała również potylica. Nie wiadomo dokładnie, czy przygotowana przez naturę budowa głowy nie ulegała potem indukcyjnym wpływom odkrytej przez człowieka świadomości, wszak wpływ inteligencji na rysy twarzy wydaje się niezaprzeczalny. Stosunkowo szybko zacierały się i „zaokrąglały” antropoidalne rysy. Fotosynteza myśli powinna dawać bardziej człowiecze cechy prostym formom hominidalnym. Po prostu łagodzić ostre i grube rysy zwierzęce. Wysubtelniać morfologię muskulatury twarzy, w ogóle głowy i całej postawy, aż po klasyczne piękno starożytnej Hellady.

Światło - rzeźbiarz myśli?
Światło - rzeźbiarz ludzkiej twarzy?

Czy jest to wpływ obudzonej inteligencji? Świadomość rzeźbiłaby nie tylko korę mózgową, ale również rysy twarzy, a może jej wpływ sięgałby nawet głębiej, do przestrajania przemiany materii. Nie wiadomo, w jaki sposób wielki potencjał intelektualny, duże wartości moralne, wielkie i twórcze cierpienie, głęboka kultura malują się w rysach twarzy. Wpływ przeżyć psychicznych, zarówno dodatnich, jak i ujemnych, rysuje morfologię twarzy w jakimś szczególe. Nie przyspieszy się tempa asymilacji kultury, bo twarz nie nadąży w swej morfologii. To proces powolny. Subtelny, ale znaczący rys twarzy dokonuje się sumą przeżyć.

Świetlisty umysł, pogodne usposobienie, głębokie patrzenie w świat inaczej modelują twarz niż ponuractwo, skryte przyczajone wnętrze, podstęp, chytrość. Widocznie metabolizm chemiczny i metabolizm informacji spotkały się tutaj we właściwym punkcie zapewniającym postęp istoty ludzkiej. Odkrycie świadomości było ruszeniem całego jestestwa w kierunku zwiększania humanizacji. Co tu jest zasługą myśli, a co dziełem przyrody, trudno dochodzić. Przede wszystkim nie sposób oddzielać obu czynników. My stawiamy pytania w nieznanych kwestiach, przyroda nigdy ich sobie nie formułowała. Jedno odkrycie katalizuje dalsze odkrycia. Człowiek zaczął ze świadomości czynić pospieszny użytek, jakby pragnął nadgonić czas zwierzęcej przeszłości. Ten niepokój odkrywcy pozostanie cechą człowieka na zawsze. Nie znajdzie spoczynku, będzie w ustawicznym napięciu na jawie i we śnie, z napiętej myśli nie potrafi się zwolnić nawet dla zdrowia, zapobiegając wyczerpaniu. Człowiek odkrywca posuwa się od pojedynczego zdarzenia do zdarzeń przyrody. Od filogenetycznego początku cechowała go ciekawość.

W pokonywaniu szczebli analogii do odkrycia światła jako abstrakcji wypełniającej przestrzeń nietrudno było już sięgnąć Słońca. Tym bardziej, że „nie było” do niego jeszcze 150 milionów kilometrów, wschodziło za linią horyzontu i za tę linię zapadało wieczorem. Światło „nie biegło” jeszcze od Słońca do człowieka osiem i pół minuty. Słońce było w zasięgu widzenia, rozpalane nie wiadomo przez kogo, ale przecież podobne do ognia w jaskini.

Niemożliwe jest dojść, na jakich trybach niewprawnie pracującej świadomości dokonał się skok myśli od ognia do personifikacji Słońca. Musiała to być cecha nie tylko pojedynczego hominida, ale powolna dyfuzja ogarniająca ówczesny świat. W porównaniu z niewielką ruchliwością paleolitu można tu już mówić o eksplozji kultu słonecznego. Biorąc pod uwagę wysoki współczyrmik inercji umysłu tamtych czasów, można ocenić początek ekspansji kultu solarnego. Jeśli w okresie brązu osiągnął on swój szczyt, to zaczątki musiały istnieć najpóźniej w mezolicie albo już pod koniec paleolitu. Tak mogłaby być interpretowana niektóra symbolika na ceramice. Dowodzi ona znacznej zdolności abstrakcyjnego myślenia. Jest graficznym wyrazem abstrakcji.




Ludzkość zaczął na dobre ogarniać słoneczny szał - od neolitu do starożytności. Trudno analizować, jakiego rodzaju indukcja wystąpiła tutaj. Czy światło mobilizowało potencjał myślowy, czy myśl zaczęła się rozwijać w miarę szerszego rozumienia światła. Pod zenitalnym panowaniem Słońca, gdzieś u przejścia III tysiąclecia w II tysiąclecie p.n.e. dokonała się największa zmiana, jak to sugeruje G. Bibby (1967). Nastąpiła niezwykła eksplozja świadomości, zerwał się wicher myśli i ruszyła lawina nowości. Paleolit to mroczne stąpanie potencjalnego olbrzyma, wlokącego się jak w zwolnionym filmie. A może tylko ukryte potęgowanie intelektualnych sił, konieczne przygotowanie, bardzo długi namysł do wielkiego skoku. Przeskok od naturalnie obrobionego kamienia do dekoracyjnej finezji neolitycznego narzędzia, od ognia do pojęcia boga słońca - jest nieoczekiwanym zrywem myśli.

„Kopalne światło” może istnieć tylko po załamaniu w pryzmacie myśli, o ile jakieś zdarzenie wyraziło się w symbolice możliwej do odczytania. Wprawdzie istnienie kultu solarnego jest zaświadczone w materiale kopalnym, ale jego początki nie są dokładnie oznaczone czasowo i terytorialnie. Być może dlatego, że nie istnieje jeszcze specjalna archeologia światła. Nie było też zapotrzebowania na antropogenną rolę światła. Można więc przyjąć tezę, że światło jest czynnikiem antropogennym, nie tylko jako kryterium odróżniające hominidów od zwierząt, ale także jako czynnik dynamizujący używanie świadomości i jej rozwój.

Minęły zaledwie trzy epoki ludzkiej historii - paleolit, mezolit i neolit, w sumie kilkadziesiąt, a może paręset tysięcy lat. Nastała pora brązu, a nad człowieczym życiem w różnych szerokościach i długościach geograficznych zajaśniał wszędobylski symbol Słońca. Czy gwałtownie, nie poprzedzany wstępem, czy może tylko trudny do prześledzenia w rozrzuconych plemiennych populacjach? Protokoły zdarzeń funkcjonują od bardzo niedawna w historii ludzkości, wobec tego najstarsze epizody życia wymagają dużej tolerancji ścisłości. Archeologiczne stwierdzenie jakiegoś faktu nie dowodzi, że nastąpił on wtedy po raz pierwszy. Jeszcze nie wszystkie groby pozaprzeszłego czasu zostały odkopane.

W okresie brązu stwierdza się niezwykłe nagromadzenie dokumentów kultu Słońca w bardzo wielu grupach etnicznych Europy, Azji, Afryki. Niewykluczone, że polerowany brąz i łatwość jego odlewania doskonale nadawały się do wyrażenia tarczy słonecznej zarówno połyskiem, jak i barwą. Drugim materiałem żywo przedstawiającym jakby zaklęte w materii Słońce był jantar słowiański, grecki elektron, obecny bursztyn. Wędrówka tych dwóch materiałów przybrała przeciwne niejako kierunki. Brąz posuwa się z południowego wschodu ku północy, bursztyn przeciwnie, od Bałtyku szlakiem na południe i dalej na Bliski Wschód i do Afryki. Prawdopodobnie okres brązu był szczytową fazą kultu słonecznego.

Wielka fala kulturowa nie wzbiera nigdy w jednym momencie. Jest dostrzegalnym zjawiskiem po wielkim i długim narastaniu. Badanie, gdzie i jak się zaczęła, jest często poszukiwaniem początku wiatru powodującego ruch morza. Jeszcze trudniej jest odtwarzać drogę narodzin jakiejś idei w ludzkości.




Odkrycie w sobie świadomego życia było dla człowieka wystarczającym powodem do animacji przedmiotów i ciał niebieskich. Oceniał otoczenie według siebie. W odniesieniu do życia czynimy to samo dziś po tysiącleciach. Brak definicji życia w biologii i podobny brak definicji świadomości w psychologii stawia nas w sytuacji człowieka paleolitu, który rzeczom przypisywał swoje życie i swoją świadomość. Nazywamy to dziś antropomorfizacją. Abstrakcja jest zabarwiona zawsze antropomorfizmem. Animacja jest jedną z form upostaciowania abstrakcji. Pierwszym etapem kultu była zapewne animacja Słońca. Musiał to być obok kultu Matki-Ziemi bardzo stary wyraz abstrakcji związany z życiem. W tej najogólniejszej formie mógł już występować w paleolicie.

Rozwój pojęć wychodzących poza sferę obserwacyjną człowieka nie postępuje z taką prędkością jak przechodzenie brzasku w słoneczny wschód. Może to być spowodowane brakiem kompetencji umysłowej w tworzeniu transcendentalnego świata. Człowiek jednak nie pyta o swoje umysłowe kompetencje. Jedną z cech ludzkich jest sięganie bezkresu, ryzyko myśli. Pierwszy człowiek musiał się wczas stać poszukiwaczem upajającym się niedawnym odkryciem w sobie możliwości myślenia i doznawania w tym przyjemności. Intelektualny hedonizm stał się dolą i przeznaczeniem człowieka każdego okresu historii. Podziwiać należy w pierwszych krokach odejścia od świata zwierzęcego pracę niewprawnej, a jednak dociekliwej myśli. Prawdziwy sapiens kontrastuje się na tle zwierzęcej scenerii jako myślący, odbiegając coraz bardziej od biologicznego pokrewieństwa na rzecz psychicznych różnic.

W środkowym paleolicie był już właścicielem pojęć religijnych, jak utrzymują archeolodzy i religioznawcy. Co do genezy wierzeń istnieją różnice zdań, jak zresztą w każdej rekonstrukcji zdarzeń lub faktu. Najkompetentniejszym znawcą problemu mógłby być tylko paleolityczny człowiek, i to z pierwszej fazy. Wszyscy inni mają już gotowe schematy wyniesione z kręgu swego wychowania bądź wykształcenia. Nie to jest istotne, czy pierwotny człowiek animował zdarzenia przyrody, chcąc się zabezpieczyć przed złymi siłami, ani nie jest ważne, czy jego świat wierzeń odpowiada rzeczywistości i jak jest naiwny. Istotna jest kulturotwórcza rola przekonań, mobilizowanie myśli, inwencja, zdolność trudnego abstrahowania przy zerowej spuściźnie poprzednich pokoleń. Lęk przed siłami przyrody dowodzi człowieczeństwa, a to zakłada poszukiwanie sposobów wychodzenia z trudności. Najlepszym dopingiem myślenia jest strach, stąd okresy wielkich wojen są tak twórcze w historii ludzkości. Oczywiście nie znaczy to, że wojny powinny częściej z tego jedynie powodu występować, by przerwać inercję głowy.

Istota myśląca miewa problemy. Bezproblemowe życie zwierzęce skończyło się, więc skalą rozwoju umysłowego byłaby ilość i tempo narastającego niezdecydowania. Problemy ludzkie rosną szybciej niż możność ich rozwiązywania. Zagubienie w kulturze nie jest dzisiejszym dopiero pomysłem, choć nowym terminem. Wierzenia były przerzuceniem części problemów na istotę bardziej zaradną niż byłe zwierzę. Jedynie zwierzęta są kompetentne we wszystkich swych potrzebach. Człowieczeństwo miewa zaś momenty niewydolności. Psychika nie jest ułatwieniem, jest skomplikowaniem i wzbogaceniem życia.




Bóstwo mogło pełnić rolę sprzymierzeńca w trudnych pierwszych krokach człowieka. Nie wiadomo, czy kult Matki-Ziemi to jedynie płodność i ewentualna nadzieja odrodzenia życia po śmierci. Czy nie wywodzi się również w prostej linii z potrzeby opieki macierzyńskiej, tak istotnej w życiu człowieka. Najdłuższe niedołęstwo i niewystarczalność są cechami tylko dziecka ludzkiego. Okres karmienia piersią sięgał kiedyś trzech lat. Matka była gwarantem przetrwania dzieciństwa z zawsze gotowym pokarmem, niezależnym od udanych łowów czy zbierackich zabiegów. W filogenezie psychicznej bóstwo symbolizujące matkę mogło mieć analogiczny sens. Dlaczego macierzyństwo było eksponowane w długim pierwszym okresie rozwoju ludzkości, nie wiadomo. Matriarchat był formą zbiorowego życia pierwotnych plemion, ale nie w takim jak dzisiaj rozumieniu społecznym.

Matriarchat był systemem społecznym opartym na najbardziej biologicznych podstawach, nie w sensie samiczej dominacji. W matriarchacie jest coś, czego nie spotyka się w świecie zwierzęcym. Jest myślenie i ponad-biologiczne rozumienie. Matriarchat nie byłby więc wyrazem żadnej hegemonii w wyniku społecznych tarć w pierwotnych kulturach. To patriarchat można traktować jako bardziej bezpośrednio społeczny niż biologiczny. Pozycję zdobył silniejszy i potężniejszy w budowie samiec, przewodnik stada, ogier, byk, baran, kozioł, wyposażony w prerogatywy zdobyte siłą. Biologiczne reperkusje ludzkich ambicji są tutaj bardzo istotne dla genezy społecznego życia. W patriarchacie jest to aż nazbyt widoczne, choć skrzętnie wyretuszowane przez tysiąclecia panowania słońc-monarchów wykorzystujących dla poparcia własnych prerogatyw zmodyfikowaną siłę byka i ogiera w stadzie.

Matriarchat to zapewne protosentyment macierzyństwa w ludzkości, choć w dalekiej drodze realizacji historycznej stał się też czynnikiem przemocy wykorzystania pięknej i głębokiej sytuacji pierwotnej. Matriarchat i kult Matki-Ziemi to bodaj pierwszy logiczny związek uchwycony przez człowieka ledwo co odkrytą umiejętnością myślenia. Jest to najstarsza abstrakcja wyprowadzona z podstawowej obserwacji biologicznej - rodzenia. Można zatem sądzić, że wierzenia nie wywodzą się jedynie z lęku przed siłami przyrody. Wynikać mogą z potrzeby opieki nad ledwo zrodzonym istnieniem człowieka jako jednostki i jako gatunku.

Długo jeszcze przemykała się w historycznym czasie postać Matki w wierzeniach, Matki w wielorakich wariantach. Śmierć matki równała się śmierci dziecka tak dalece pierwsze lata życia dziecka uzależnione były od matki karmicielki w najpełniejszym biologicznym znaczeniu. Wydaje się, że instynkt trwałej rodziny to zasługa matki. Dopiero obrośnięcie człowieka w siłę wraz z rozwinięciem podstawowych dla życia umiejętności i narzędzi - walki bardziej niż łowów - a także zmiana gospodarki wytworzyły system patriarchalny i społeczny rozdział płci. Trzeba było na to bardziej osiadłego trybu życia, większej pewności siebie, plemiennej więzi wobec możliwości konfliktu z inną grupą. Patriarchalny ustrój występuje dopiero w neolicie. Ludzkość w swoim niemowlęctwie oparła się prawem instynktu na matce. Instynktu spotęgowanego sferą emocjonalną, rozwijającą się równolegle z odkrytą świadomością. Ludzkości bardzo długo przewodziła w społecznej jak i transcendentalnej sferze kobieta. Kobiecy wątek matki występuje jeszcze długo po ustaniu matriarchatu, w postaci wyróżnionych kultów Izydy, Kybele, Madonny.

Nie wiadomo, czy zastanawiano się kiedy nad zależnością psychiki hominidów od przynależności do drapieżników czy roślinożerców. Kiedy analizuje się dostępne obecnie relikty, należy człowieka zaliczyć raczej do epigonów drapieżców. Surowy klimat przewalających się glacjałów oraz interglacjałów nie dostarczał okazji do roślinożerstwa. Pozostawał pokarm zwierzęcy i sztuka jego zdobywania. Obojniakiem „troficznym” - roślinożercą i mięsożernym drapieżnikiem mógł się człowiek stać dopiero z chwilą poprawienia warunków klimatycznych. Człowiek nie ratuje się już ucieczką przed drugim człowiekiem, raczej staje do walki. Stał się łowcą, a więc zorganizowanym „technicznie” drapieżcą. Nie wiadomo, czy pierwsze narzędzia w postaci pięściaka wyzwoliły instynkt łowów, walki o żywność, czy instynkt walki z drugim hominidem. Wraz ze świadomością zaczęły usprawniać się zwierzęce tradycje drapieżcy. Widocznie musiał wiedzieć o lęku wszystkich zwierząt przed ogniem i zrozumienie jego roli jako czynnika ułatwiającego drapieżnictwo było rzeczywiście genialnym odkryciem. Na początku jako obrona przed zwierzętami, potem jako element walki i łowów przez noszoną do ataku żagiew (protoodkrywca miotaczy ognia). Nie potrafimy wyjaśnić, dlaczego zwierzęta wyrobiły w sobie instynkt lęku przed człowiekiem. Zapewne jest to bardzo stary odruch samoobrony.



Człowiek stał się na skutek świadomości pierwszym w zoologii oswojonym drapieżcą, o tyle niebezpiecznym dla zwierzęcej reszty, że posiadającym groźną broń wymyślnej taktyki łowów czy biologicznego rozboju, ponadto stosował środki nie znane dawnym pobratymcom. Górne kończyny przystosował do noszenia czegoś, co ułatwia zwycięstwo w walce.

Kanibalizm byłby również wskazówką, że człowiek wywodzi się z drapieżców, ale pragnie znaleźć dla zwierzęcych cech myślowe pokrycie w postaci rytu czy kultu uzasadniającego praktykę. Człowiek będzie już zawsze używał świadomości jako podszewki dla zwierzęcych zachowań. To pierwsza i zasadnicza różnica między zwierzęciem i odszczepieńcem zoosfery, odszczepieńcem wiodącym ku człowieczeństwu. Motywacja behawioru. Człowiek zatem ma znacznie więcej cech drapieżnika niż roślinożercy. Uległ jako pierwszy domestyfikacji zajmując pieczary, skąd skutecznie wyparł niedźwiedzia jaskiniowego. Jaskinia była również pierwszym czynnikiem stabilizacji przestrzennej dla grupy i zapewne pierwszym powodem nieporozumień kończących się walką, jak na drapieżników przystało. Agresja, a może delikatniej dynamika człowieka, jego zaborczość zdobywcy i ustawiczna gotowość do walki to zhumanizowane cechy drapieżników. Wszystko tutaj może się zdarzyć, więcej nawet niż u zwierząt, bo ze współczynnikiem inteligencji i sadystycznych upodobań.

Nie o to w tej chwili chodzi. Człowiek był drapieżcą nie nocnym, raczej „słonecznym”. Noc była, jak dla szystkich zwierząt, czasem czujnego odpoczynku i stałej gotowości zachowania życia przed napaścią. Dzienny drapieżca, protoczłowiek, lękał się nocy nie tylko powodowany instynktem samozachowawczym, ale też wyobrażeniem grożących mu sił, wobec których czuł się niepewnie. Jaskinia dawała wyizolowaną strefę pewności, a rozniecony ogień był lokalnym „słońcem”.

Brakowało jeszcze setek tysięcy lat do Einsteina i stwierdzenia, że ruch stały jest niedostrzegalny dla obserwatora zamkniętego wewnątrz poruszającego się pojazdu. Człowiek już bardzo dawno temu doszedł do przekonania, że tylko zmienność daje się zaobserwować. Pierwszy użytkownik świeżej jeszcze świadomości nie mógł nie dostrzec zmian dzień-noc, światło-ciemność, faz Księżyca, pór roku. Zmian determinujących jego przeżywanie i działanie. Periodyczność zmian jednego zjawiska, które grzeje i świeci jak ognisko, a drugie tylko świeci, choć nie grzeje, dać mogło pierwszą próbę abstrakcyjnego myślenia o Słońcu i Księżycu.

Światło jako element stymulujący myśl? Psychogeneza i światło? Jakkolwiek by stawiać sprawę, wszędzie niewiadome. Postawiona teza brzmiałaby: światło jest czynnikiem wyzwalającym myślenie u człowieka oraz czynnikiem zwiększającym pojemność informacyjną mózgu.

Teraz jednak czas na innego rodzaju analizę, już nie kształtowania behawioru praczłowieka, lecz molekularnych i elektronicznych podstaw tego zjawiska. Melanina jest barwnikiem z grupy chinonów. Odznacza się barwą czarną, wysokim niesparowaniem spinów elektronowych oraz półprzewodnictwem. Może więc spełniać podwójną rolę - wychwytu elektronów oraz absorbcji biofotonów. Nie posiada określonego maksimum absorbcji, może więc w szerokim zakresie od czerwonego zakresu do ultrafioletu dawać stany fotowzbudzenia. Melanina spełnia ważną rolę w kształtowaniu cewki nerwowej podczas embriogenezy oraz w postnatalnym rozwoju mózgu. Substantia nigra jest bardzo rozprzestrzeniona w mózgu. Znajduje się w brzusznej stronie rdzenia przedłużonego, w śródmózgowiu, u podstaw czwartej komory, w zwojach współczulnych i rdzeniowych, w miękkiej oponie mózgu.




Najnowsze prace wydają się potwierdzać rolę melaniny w mózgu i jego czynnościach. Wyodrębniono neuromelaninę, która warunkuje elektroniczne właściwości mózgu i pracę synaps (M.E. Lacy, 1981). Bioelektronika zaczyna się tu i ówdzie aktualizować i weryfikować. Tym samym wnioski z niej wypływające zyskują na prawdopodobieństwie słuszności. Nie mamy jeszcze pełnej wiedzy dla stworzenia kompletnej wizji problemu światła i jego roli w behawiorze mózgu, jednak rola światła w kształtowaniu mózgu przyjmuje konkretne zarysy. Dodać należy, że w szyszynce upatruje się organ reagujący na długie promieniowanie elektromagnetyczne.

Zanim się zjawiła twórcza myśl, elektromagnetyczna świadomość musiała przysposobić mózg do tej działalności. Niestrudzone światło, uparte, twórcze, konsekwentne, zmierzało wydajnie do mózgu, w którym trzeba było tylko przyrodzie wiadomy przełącznik nacisnąć, by obudziła się człowiecza jaźń.

Pojęcie światła rzeźbiarza mózgu nie jest poetyzowaniem. Jest podsumowaniem dziejów światła w funkcjonowaniu życia, jest przeanalizowaniem fotodynamiki w ciągu całej filogenezy. Jest stwierdzeniem, że światło jest nadal strukturotwórcze i decydujące w różnicowaniu życia.

Mózg świeci zresztą własnym światłem. Nazywamy jego obraz elektroencefalogramem. Przyjęliśmy niepisaną konwencję, że światłem jest każda fala elektromagnetyczna, niezależnie od pasma fizjologicznie określanego jako widzialne. Prawie nic nie wiemy o informacji, jaką niesie światło emitowane przez mózg. Nie rozszyfrowano tej informacji. Znamy zaledwie parę częstości oznaczonych greckim alfabetem jako promieniowanie alfa, beta, theta, delta i gamma. Nie bardzo wiemy, jaką treść włożyć nawet w te pasma częstości. Curiosum przyrody - mózg człowieka - czyta sygnalizację świetlną Wszechświata, a jest niemal zupełnym analfabetą w czytaniu tekstu nadawanego przez siebie. Paradoks nie tyle przyrody, ile tego geniusza nobilitowanego ze stanu drapieżcy i oswojonego nieco światłem ogniska, gwiazd, Księżyca, a przede wszystkim Słońca.

Nad człowiekiem jeszcze długo musi panować Słońce, by zrozumiał siebie, a przy tej okazji świat. Okres panowania Słońca nad ludzkością trwa dalej - w zmienionej i odczarowanej wersji. Wiadomo - inteligencja in statu nascendi. Człowiek.

Powyższy rozdział pochodzi z książki Włodzimierza Sedlaka "Na początku było jednak światło"
Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1986
Poprzedni rozdział, także z tej książki, pt. "Próżnia nie jest niczym" - TUTAJ*. 
Książka p. Sedlaka pochodzi z cyklu: Biblioteka Myśli Współczesnej. Jest to genialna seria złożona z arcy-ciekawych tekstów z różnych dziedzin, przystępna w wymowie dla każdego, nie tylko znawcy tematu. 

Poniżej ciekawy dokument nt. naszego koffanego Sol ;)

________________________________________







Popularne posty z tego bloga

"Wędrówka Dusz" - dr Michael Newton. "Śmierć nie jest ciemnością, lecz światłem". Część I

"Ulecz się sam" - Andrzej Żak. Część II - Wolność jest jak zdrowie: uzyskuje wartość i stajemy się jej świadomi tylko wtedy, gdy ją tracimy...

Mitologia Indyjska: Mit o powstaniu świata, Bogini Matce i wojnie bogów!