"O Pokoju Ducha" ~ Lucjusz Anneusz Seneka. Część VIII

 



Powinniśmy także nabrać pewnej giętkości w postępowaniu, abyśmy zbyt

uporczywie nie obstawali przy raz powziętych postanowieniach, ale się

stosowali do wymagań okoliczności, w jakich los nas postawi, i nie obawiali się

przy tym odmieniać ani swych planów, ani obranego kierunku. Pod tym jednak

warunkiem, że nie damy się powodować lekkomyślności, tej wadzie, która jest

największym wrogiem pokoju. Jak bowiem z jednej strony upór jest z

konieczności zaprawiony goryczą i niepokojem, ponieważ los raz po raz coś od

niego wymusi, tak z drugiej o wiele szkodliwsza jest lekkomyślność, ponieważ

nigdzie nie znajduje dla siebie oparcia. A jedno i drugie nie sprzyja

wewnętrznemu pokojowi: i nie chcieć niczego zmieniać, i nie móc niczego

wytrzymać. W każdym razie należy odrywać ducha od rzeczy zewnętrznych i

przywoływać do wejścia w siebie. Niech w samym sobie pokłada nadzieję,

niech samym sobą się cieszy, niech będzie zapatrzony we własne dobra, a w

miarę swych sił niech się odwraca od cudzych i niech się samemu sobie

poświęca, niech zobojętnieje na krzywdy, a nawet w samych nieszczęściach

niech wyszukuje dodatnie strony. Kiedy naszemu Zenonowi oznajmiono o

rozbiciu się okrętu, wraz z którym zatonął cały jego majątek, rzekł na to: „Los

chce, abym teraz tym swobodniej zajmował się filozofią". Filozofowi

Teodorowi tyran wygrażał śmiercią, co więcej śmiercią bez pogrzebania ciała.

„Masz — odrzekł — pełną możliwość, aby sobie sprawić taką przyjemność.

Każda kropelka krwi. jest rzeczywiście pod twoją władzą, ale co się tyczy

pogrzebu, to jesteś naprawdę głupcem, jeżeli myślisz, że mi zależy coś na tym,

czy zgniję na ziemi, czy też pod ziemią." Kanus Juliusz był człowiekiem

wielkim z rzędu najznakomitszych, którego dostojnej chwały nie umniejsza

nawet ta okoliczność, że się urodził w naszym stuleciu. Ten długo spór toczył z

Gajuszem, a kiedy się zabierał do wyjścia, rzekł do niego ów nowy Falarys:

„Abyś się nie łudził niedorzeczną nadzieją, wydałem już rozkaz, aby cię

stracić". „Dziękuję ci — odrzekł — najmiłościwszy władco." Nie wiem na

pewno, co chciał przez to powiedzieć, bo wiele domysłów przychodzi mi do

głowy. Chciał może zniewagę wyrządzić władcy i wskazać na okrucieństwo

tyranii, pod którą śmierć była dobrodziejstwem? A może zarzucał mu jego

codzienne szaleństwa? Dziękowali mu przecież i ci, którym wymordował dzieci,

i ci, którym zagrabił mienie. A może śmierć uznał za wyzwolenie, które przyjął

z radością? Niezależnie od tego, co myślał, dał wielkoduszną odpowiedź. Ale

ktoś powie: „Po tym wszystkim mógł Gajusz rozkaz odwołać i darować mu

życie". Niestety, takiej obawy nie mógł mieć Kanus, któremu dobrze była znana

niezłomność Kaliguli w tego rodzaju rozkazach. Nie wierzysz może, że Kanus

owe dziesięć dni, dzielących go od stracenia, spędził bez żadnego zmartwienia?

Bo też jest rzeczą wprost nie do wiary, co ten mąż mówił, co czynił i jaki

niezamącony zachował spokój. W szachy grał sobie w chwili, gdy setnik, który

wiódł na stracenie rotę skazańców, rozkazał, aby i on się zbierał. Wezwany,

przeliczył figury i rzekł do swego partnera: „Pamiętaj, abyś po mojej śmierci

kłamliwie nie opowiadał, żeś mnie pokonał". Z kolei zwracając się do setnika powiedział: „A ty będziesz świadkiem, że o jednego pionka mam nad nim

przewagę". Myślisz, że może Kanusowi aż tak zależało na tej wygranej? W

żywe oczy kpił sobie z oprawcy! Smutek gnębił przyjaciół, że muszą utracić

takiego człowieka. Powiedział do nich: „Dlaczego przygnębieni jesteście? Wy

dociekacie dopiero, czy dusze są nieśmiertelne, a ja już za chwilę się o tym

przekonam!" I tak do ostatniego momentu życia nie zaprzestał dociekać prawdy

i w własnej śmierci szukał rozwiązania zagadki. Towarzyszył mu jego filozof. I

kiedy już się zbliżali do wzgórza, na którym Cezarowi, bogu naszemu, dzień w

dzień składano krwawe ofiary, zapytał go ów filozof: „O czym teraz myślisz,

Kanusie? Albo w jakim jesteś nastroju?" Na to mu odpowiedział: „Mam zamiar

zbadać, czy poczuję w błyskawicznym momencie śmierci, jak dusza uchodzi z

ciała". Przyrzekł ponadto, że jeśli dowie się czegoś pewnego w tej sprawie,

odwiedzi po kolei swoich przyjaciół i odsłoni im tajem-

nicę o stanie dusz poza grobem. Oto pokój wśród burzy! Oto duch, godny

nieśmiertelności, który śmierć swoją wzywa na poświadczenie prawdy, który

już na samej linii granicznej życia jeszcze zadaje pytania swej duszy w chwili

uchodzenia jej z ciała i nie tylko do śmierci, ale i z samej śmierci pragnie się

czegoś nauczyć. Naprawdę, nie znalazł się jeszcze taki, kto by dłużej

filozofował! Nie skwitujemy przelotną wzmianką tego wielkiego człowieka,

którego imię trzeba wymawiać z nabożnym uszanowaniem. Przekażemy cię

nieśmiertelnej pamięci pokoleń, głowo najczcigodniejsza i wielka danino

krwawego okrucieństwa Gajusza!

Ale nie przyda się na nic usuwać ze siebie przyczyny osobistego smutku. Oto 

nierzadko ogarnia nas nienawiść do rodzaju ludzkiego i snuje się przed oczami 

nieprzeliczona ćma zbrodni — kwitnących szczęściem! Kiedy pomyślimy, jak 

rzadka jest szczerość, jak niespotykana niewinność, jak od niechcenia i 

wyłącznie dla interesu praktykowana prawość, jak wszystkie ponęty i 

spustoszenia rozpusty i zbytku są równie pożądane, jak pycha, burząc wszelkie

zapory przyzwoitości, posuwa się aż do tego, że za pomocą hańby stroi się w 

blaski, naprawdę, wtedy duch zapada w głąb nocy, a jakby nad cmentarzyskiem 

cnót, których ani się po innych spodziewać nie wolno, ani samemu uprawiać się

nie opłaca, kłębią się chmury ciemności. Musimy więc przyzwyczajać się do 

takiego sposobu myślenia, abyśmy wszystkie występki pospólstwa uważali za 

warte nie nienawiści, lecz śmiechu, i naśladowali Demokryta raczej niż

Heraklita. Ten pierwszy bowiem, ilekroć wychodził między ludzi, śmiał się, ten 

drugi — płakał. Jeden we wszystkich poczynaniach ludzkich widział niedolę, 

drugi komedię. Nie bierzmy sobie zatem wszystkiego tak głęboko do serca i 

każdą rzecz znośmy z uśmiechem. Bardziej po ludzku jest śmiać się z życia niż

lamentować nad życiem. Dodajmy, że więcej pożytku przynosi ludziom ten, kto 

się śmieje, niż ten, kto się smuci. Pierwszy nieci w nas przynajmniej iskierki 

nadziei lepszej przyszłości, drugi nierozumnie płacze z powodu zła, w którego 

możliwość naprawy nie wierzy. I rzeczywiście, kto głębiej zastanowi się nad 

tym, dojdzie do przekonania, że większą siłę ducha musi mieć człowiek, który 

nie może się wstrzymać od śmiechu, niż ten, który od płaczu, ponieważ ma 

umysł tak wzniosły, że głębiej nie wzrusza się niczym i niczego wielkiego, 

ważnego, tym bardziej godnego płaczu nie dostrzega w tej jednej wielkiej 

komedii ludzkiej. Jeżeli w poszczególnych przypadkach każdy z nas uświadomi 

sobie przyczyny, dla których raz smutni, raz znowu jesteśmy weseli, wtedy się

przekonamy, jak głęboką prawdę zawarł Bion w tych słowach: „Wszystkie 

sprawy ludzkie są najzupełniej podobne do komedii, a życie ludzkie nie ma 

większej wartości ani powagi niż treść komedii. Zrodzeni z nicości, w nicość się

obracają". Najlepiej jednak jest odnosić się z pobłażliwym spokojem do 

pospolitych zwyczajów i błędów ludzkich i nie reagować na nie śmiechem ni 

płaczem, ponieważ przejmowanie się cudzym nieszczęściem jest wieczną

męczarnią, a radowanie się cudzym nieszczęściem przyjemnością niegodną

człowieka. Bezużytecznym okazywaniem współczucia dla innych jest płakać i 

obłudnie zachmurzać czoło, kiedy na marach wynoszą syna któregoś z sąsiadów. Podobnie w przypadkach własnego nieszczęścia należy tak 

postępować, by tyle tylko dawać ujścia swym żalom, ile tego wymaga natura, 

nie ile zwyczaj. Wielu bowiem zalewa się łzami — na pokaz i dla pozoru, ale 

mają suche oczy, kiedy nikt na nich nie patrzy. Uważają za rzecz niegodziwą nie 

płakać wtedy, gdy płaczą wszyscy. Aż tak głęboko zapuścił korzenie 

nieszczęsny nawyk liczenia się z cudzą opinią, że w obłudę przekształca się

nawet najszczerszy objaw natury, jakim jest smutek.



Przejdziemy teraz do spraw, które z reguły, a nie bez racji, smucą i budzą
niepokój. Kiedy widzimy, jak dobrzy źle kończą, jak Sokrates musi umierać w
więzieniu, Rutiliusz żyć na wygnaniu, jak Pompejusz i Cyceron giną z ręki
swych faworytów, jak Katon, to żywe zwierciadło cnoty, na miecz się rzuca i
pozbawia się życia, a razem z sobą — grzebie rzeczpospolitą, z konieczności
ogarnia nas przygnębienie, że los tak niesprawiedliwie nagradza zasługi ludzkie.
Czego lepszego może się wtedy spodziewać każdy dla siebie, gdy widzi, że
najlepsi najgorszej doznali doli? Jaka tedy jest na to rada? Otóż zastanów się
nad tym, jak każdy z tych wielkich ludzi zniósł swoją dolę, i jeśli się okazali
nieustraszeni, możesz się smucić, lecz smutkiem na miarę ich męstwa, a jeśli
zginęli tchórzliwie i małodusznie, to taka strata nie ma żadnego znaczenia. Są
albo godni twojego podziwu z powodu męstwa, albo niegodni twojego żalu z
powodu tchórzostwa. Jaka to wielka byłaby hańba, gdyby nieustraszona śmierć
bohaterów napełniała nas trwogą.
Chwalmy bezustannie człowieka, który na pochwałę zasłużył, i powtarzajmy:
„Im byłeś dzielniejszy, tym jesteś szczęśliwszy! Już się wyswobodziłeś od
nieszczęśliwych przypadków. Wolnyś jest od zawiści i chorób! Skruszyłeś
okowy! W oczach bogów zasłużyłeś nie na to, byś poniósł klęskę ze zrządzenia
losu, ale abyś już nie podlegał tyranii losu". Przeciw tym, którzy od cierpienia i
walki chcieliby się uchronić i nawet w chwili śmierci rwą się do życia, należy
użyć przemocy. Nie będę płakał nad nikim, kto umiera z radością, nad nikim, kto z płaczem. Ten pierwszy sam moje łzy otarł, ten drugi własnymi łzami
sprawił, że nie jest żadnej łzy godny. Mam może płakać nad Herkulesem, że
żywcem płonie na stosie? Albo nad Regulusem, że tyloma został przebity
gwoździami? Albo nad Katonem, że coraz nowe rany sobie zadaje? Oni
wszyscy znikomym kosztem chwilowego istnienia znaleźli drogę wiodącą ich
do wieczności, a przez swą śmierć zdobyli nieśmiertelność!
Jest jeszcze inne przeobfite źródło troski i niepokoju, jeśli mianowicie
postępujesz z taką obłudą, że nikomu nie chcesz odsłonić szczerze prawdziwego
oblicza. Takie już, niestety, jest życie większości ludzi — zakłamane i
obrachowane na poklask uznania. Jakąż udrękę musi sprawiać wieczne
czuwanie nad sobą i nieustanna obawa, żeby się nie dać przypadkiem zaskoczyć
w innej roli, niż jaką z reguły odgrywamy. I nigdy nie opuszcza nas tego rodzaju
troska, skoro nawykliśmy mniemać, że każde czyjeś spojrzenie jest
przenikaniem naszego wnętrza, tym bardziej że i tak zachodzi mnóstwo
przypadków, które nas, wbrew naszej woli, ukazują w prawdziwym świetle, a
jeśli nawet takie dozorowanie siebie przyniesie upragnione wyniki, to jednak
jaką przyjemność i spokój mogą mieć ludzie, którzy swe życie wiecznie
prowadzą pod maską? A z drugiej strony, ile radości nam daje szczera, piękna
sama przez się i żadnym pozorem nie ubarwiona prostota, która cieniem obłudy
nie osłania usposobienia i charakteru człowieka! To prawda, że i takie życie jest
narażone na niebezpieczeństwo pogardy, jeżeli wszystko i przed wszystkimi jest
wystawione na widok, ponieważ są i tacy, którzy z lekceważeniem patrzą na
wszystko, z czym tylko zetkną się bliżej. Ale nie grozi to cnocie, by oglądana w
jaśniejszym świetle straciła swą wartość, i prawdę mówiąc, lepiej doświadczać
pogardy z powodu szczerości niżeli nieustannej udręki z powodu obłudy.
Najlepiej iść środkiem. Ogromna jest różnica pomiędzy szczerością a Często jednak trzeba się także zamykać we własnym wnętrzu, ponieważ
obcowanie z ludźmi, którzy różnią się obyczajami i sposobem myślenia, burzy
równowagę wewnętrzną, na nowo rozbudza namiętności i rozjątrza to wszystko,
co w nas było jeszcze słabością i raną nie wygojoną. Musimy jednak mieszać i
wzajemnie przeplatać dwie rzeczy: samotność i obcowanie z ludźmi. Samotność
będzie w nas budzić tęsknotę za ludźmi, ludzie — za nami. I w ten sposób jedno
stanie się dla drugiego lekarstwem — niechęć do ludzi uleczy samotność,
niechęć do samotności — przebywanie pomiędzy ludźmi.
Nie wolno trzymać myśli zawsze w tym samym napięciu, ale ją trzeba
rozpraszać rozrywką. Przecież i sam Sokrates nie wstydził się zabawiać z
dziećmi, i Katon winem orzeźwiał siły, kiedy czuł się strudzony pracą dla dobra
państwa, i Scypion swe ciało wojownika i triumfatora wprawiał w rytm tańca,
tylko bez takich zniewieściałych wyginań, jak to dziś mają zwyczaj tańczyć ci,
którzy już nawet w chodzie okazują więcej miękkości niż same niewiasty, ale
jak nasi dawni i wielcy przodkowie, którzy w dnie świąteczne i wpośród zabawy
zwykli tańczyć po męsku na wzór wojowników, tak że nie straciliby swojej
powagi nawet w oczach wrogów, z którymi walczyli. Musimy używać rozrywki
i wypoczynku, ponieważ wypoczęci z tym większą energią i chęcią stajemy
znowu do pracy. Podobnie jak nie należy coroczną siejbą wysilać urodzajnej
roli, ponieważ ciągłe rodzenie plonów szybko wyczerpie jej płodność, tak samo
bezustanna praca stłumi wszelkie porywy ducha, a chwila wypoczynku i
odprężenia na nowo przywróci mu siły. Z ciągłej i wytężonej pracy rodzi się
otępienie swego rodzaju i niezdolność do dalszego wysiłku. Gdyby więc różne
zabawy i rozrywki nie zawierały w sobie pewnej sumy przyjemności,
koniecznych naturze, zapewne nie gnałaby do nich ludzi taka przemożna ich
żądza. Z drugiej strony, zbyt częste używanie tych przyjemności wycieńcza
wszelką żywotność i osłabia energię. Sen także jest konieczny do odrodzenia
siły po trudzie, ale jeśli go zaczniesz przedłużać na dnie i noce, skończy się
śmiercią. Wielka różnica, czy sobie czegoś na chwilę pozwolisz, czy też się czemuś oddasz na stałe. Prawodawcy ustanowili dni świąteczne w tym celu, aby
ludzie dla wspólnej radości gromadzili się na miejscach publicznych, i w ten
sposób poprzeplatali niejako ciągłość pracy przerwami koniecznego
wytchnienia. Podobnie czynili ludzie wielkiego umysłu, którzy dawali sobie co
miesiąc po kilka dni wolnych od pracy, a niektórzy znowu każdy dzień bez
wyjątku dzielili pomiędzy zajęcia i wypoczynek. Pamiętamy przecież, że tak
właśnie czynił wielki mówca Azyniusz Pollion, którego żadna siła nie
zatrzymała przy pracy po godzinie dziesiątej, co więcej, nie czytał nawet
żadnego listu po tej godzinie, aby nie wyłoniła się jakaś konieczność zajęcia się
nową sprawą. Ale też tylko dwie godziny przeznaczał na wypoczynek po
całodziennym zmęczeniu. Inni znów czynią przerwę w południe, a na
poobiednie godziny przeznaczają co lżejsze prace. Również przodkowie nasi
zastrzegli w ustawie, by nie rozpoczynać w senacie żadnej nowej debaty nad
wnioskiem po godzinie dziesiątej. W wojsku czas nocny dzielą na straże, a ci
żołnierze, którzy powracają z wyprawy, są wolni od służby nocnej. Bądźmy
wyrozumiali dla siebie i od czasu do czasu używajmy wypoczynku po pracy,
który byłby pokarmem, ożywiającym i wzmacniającym na siłach. W tym celu
powinniśmy wybierać się na przechadzki i krążyć swobodnie po rozległych
polach, aby pod gołym niebem na świeżym powietrzu duch się ożywiał i
wprawiał w pogodny nastrój. Niekiedy przejażdżka, niekiedy podróż, niekiedy
pobyt pod innym niebem tchną w nas nowy zapał i życie, innym razem biesiada
w gronie przyjaciół i serdeczniejsze niż zwykle wypróżnianie kielichów. A
jeszcze kiedy indziej możemy sobie obficiej podchmielić, nie tak jednak, aby
nas wino oszołomiło, ale aby tym pełniej rozweseliło. Wino bowiem rozprasza
troski i aż do gruntu zmienia ponure nastroje, i leczy smutki, podobnie jak i
niektóre choroby. Toteż nie dla swawoli języka wynalazcą wina nazwano
Wyzwolicielem, lecz z tej przyczyny, że ducha z niewoli troski wyzwala,
uskrzydla, ożywia wigorem i zagrzewa do wszelkich śmielszych poczynań. Ale
podobnie jak wolność, tak samo i wino wychodzi na zdrowie, jeżeli używamy go w miarę. Utrzymują powszechnie, że Solon i Arcesilaus nie stronili od wina,
a Katonowi zarzucają pijaństwo. Ale łatwiej się uda złośliwym językom
uszlachetnić pijaństwo niż zhańbić Katona. Nie wolno jednak za często pić tego
trunku, by się nie wciągnąć w zgubny nałóg pijaństwa, ale tylko niekiedy, by
dodać sobie bodźca do podniosłej radości i beztroskiej swobody, jak również by
oddalić na chwilę od siebie ponurą trzeźwość. Zawierzmy bowiem greckiemu
poecie, że: — „Miło jest chwilami poszaleć", czy Platonowi, że: „Daremnie
kołatać do Muz przybytku na trzeźwo!", czy Arystotelesowi, że: „Nie było
jeszcze na świecie wielkiego geniuszu bez przymieszki szaleństwa!" Tylko myśl
podniecona natchnieniem potrafi wieścić sprawy wielkie i wzniesione ponad
poziomy. Kiedy bowiem wzgardzi już wszystkim, co mierne i pospolite, kiedy,
ożywiona boskim tchnieniem, uleci w górne regiony, wtedy dopiero pieśnią
zwiastuje prawdy niedostępne ustom śmiertelnych. Jest rzeczą niewiarygodną,
by duch się zdobył na myśli, które się rodzą na niebosiężnych i stromych
szczytach, jak długo przebywa zamknięty w sobie. Musi zboczyć z utartych
szlaków i wspiąć się w górę, i stargać wędzidła, i porwać swojego jeźdźca, i
ponieść go na takie zawrotne wyżyny, na jakie by nie miał odwagi wstąpić o
własnych siłach.
Takie są, drogi Serenie, środki skuteczne, by pokój ducha zachować, utracony
przywrócić, a chytrze nacierającym żądzom zwycięsko się oprzeć. Wiedz
jednak, że żaden z tych środków nie jest dość silny, by pomóc komuś, kto trwa
w swej słabości, jeżeli sam wytężoną i nieustanną troską nie otoczy ducha, który
wciąż skłania się do upadku.


Koniec

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Persian Mythology, Gods and Goddesses" (Part I)

Świat jest pełen symboli: K (Część II)

Leszek Kołakowski - Bajki różne. Część II